Znamię Bestii

Z

Kościół katolicki z mistrzowską finezją włada wydębionym autorytetem. I choć szczyci się troską o najwyższe wartości, trudni się raczej wzbudzaniem lęku. To wyrafinowana profilaktyka. Kościół grzmi i trwoży, aby wierni bali się powątpiewać w jego nauki; żeby dzielić, rządzić i piętnować wrogów. „Znamię bestii” jest jednym z wielu kościelnych straszaków, niemniej to wokół niego oscyluje niniejszy tekst. Niezmiennie niepokoją mnie wszelkie sekciarskie zapędy, nie obejdzie się więc bez krytyki. Po drodze omówię także, czy raczej przede wszystkim to, jak znamię bestii definiuje Księgi Urantii. Ta przecież kategorycznie odcina religię od strachu. Przekazy ukazują siły piekielne z nieco innej perspektywy i z pewnością zajmę się tym tematem w przyszłości. Ten dzisiejszy jest raczej wąski i — nomen omen — symboliczny. W trakcie pracy, i dzięki naukom Kościoła, okazał się niemal surrealistyczny, zatem moje stanowisko będzie też kąśliwe i przekoloryzowane.

Bu!

Kościół katolicki chyba od zawsze (a na pewno współcześnie) i przy każdej możliwej sposobności głosi, że złe moce tylko czyhają, aż niemądry człowiek zacznie kwestionować jego nieomylność. Oczywiście nie opowiada o tym wprost. Wypływa to z szerszej manipulacji, w wyniku której zarządzający nim hierarchowie wmówili wiernym, że są jedynymi wiarygodnymi przedstawicielami Boga. Dlatego to oni najlepiej wiedzą, jaka jest jego wola; wyłącznie oni mają prawo dyktować ludzkości boskie warunki; tylko oni mogą oceniać i potępiać ludzi w jego imieniu. Dlatego też to oni i tylko oni wiedzą kogo i za co spotka boska kara; i jak straszliwa będzie. Z pewnej perspektywy może to wyglądać, jakby podawali się za Boga samego.

Kościół ustalił więc (a kiedy mu wygodnie wprowadza nowe) okoliczności, w jakich złe moce mogą takiego nikczemnika opętać i zniszczyć; a w konsekwencji skazać na wiekuiste cierpienia (lub inny zestaw kar, jaki jest akurat ważny w kościelnych przekazach). Czy uchował się jeszcze ktoś, kto nie słyszał o piekle? Rzecz jasna to ksiądz otrzymał błogosławione uprawnienia, aby w tych kwestiach wyrokować. Ażeby wierni zbyt szybko nie skapnęli się, że wszystko to w pierwszej kolejności służy samej instytucji, a nie Bogu, zatrudniono najulubieńszy kapłański oręż — Biblię. A raczej jej wybiórcze, subiektywnie ponaciągane interpretacje. W końcu to święta księga zatem tak powiedział Bóg!

Znamię lub znak bestii jest składową większego straszaka, jakim jest diabeł (Szatan, Lucyfer, Belzebub itd.) — szubrawy reprezentant tych właśnie złych mocy; gospodarz piekieł. Kiedy wątpisz w Kościół, nie ufasz Bogu; jeżeli nie jesteś Kościołowi posłuszny, sprzeciwiasz się Bogu; jeżeli o kościelnych postawach wypowiadasz się inaczej niż pochlebnie, przeciwko Bogu bluźnisz. Wszystko to, i wiele więcej, popycha cię w ohydne łapska Szatana; a potem prosto w piekielne czeluście. Apokalipsa św. Jana, bo to z niej pochodzą interpretacje znamienia bestii, jest wręcz idealnym podkładem pod tego typu bzdury.

Cipujo!

Przygotowując ten materiał, pogooglowałem co nieco, żeby dowiedzieć się, co katolickie media mają do powiedzenia o znamieniu bestii. Doprawdy nie spodziewałem się tego, co znajdę.

Interpretacje Biblii są frywolne. Raz rozumiana jest dosłownie, innym razem metaforycznie, ale zawsze tak, żeby pasowało Kościołowi. Nie inaczej jest z katastroficznymi przepowiedniami św. Jana. Jak dotąd żyłem w błogiej nieświadomości, nie wiedząc, że znamię bestii to nic innego jak układy scalone — chipy — które już za niedługo będą pod przymusem wszczepiane ludziom! Po co?  — zapytasz. Ano po to, aby oznaczyć sługusów diabła.

I drugiej bestii pozwolono tchnąć życie w posąg pierwszej bestii, żeby ten posąg mówił i kazał zabijać wszystkich, którzy nie zechcą oddawać mu czci. Przymuszała wszystkich — małych i wielkich, bogatych i biednych, wolnych i niewolników — żeby na prawą rękę albo na czoło przyjęli znamię, tak iż nikt nie mógłby kupować ani sprzedawać oprócz osób, które mają to znamię — imię bestii albo liczbę jej imienia.

13 Ap 15,17

Lęk żeruje na niepewności i niewiedzy. Kościół straszy, ale odpowiedzi szuka nauka. Dlatego, kiedy okazuje się, że dowody niosą pewność, a fakty wiedzę, Kościołowi nie jest z nauką po drodze. Kilka interpretacji świętych ksiąg później ta staje się więc grzeszna; dowiadujemy się, że starcie nieskończonego ducha-Boga, ze z góry przegranym antychrystem-Szatanem, odbędzie się przez pryzmat technologicznego postępu. Szanse, by wyjść z tej potyczki zwycięsko, mają wyłącznie lojalni katolicy. Znamię bestii to nie tylko straszak, ale jednocześnie również przytyk w stronę impertynenckiej wiedzy naukowej. Sekciarskie kombo.

Owszem, trafiałem również na bardziej stonowane interpretacje, z których wynika, że rozwijająca się technologia może stać się początkiem czegoś, co w konsekwencji będzie wykorzystywane jako znak bestii. Niby małe słowo, a całość brzmi mimo wszystko ociupinę lepiej. Inne analizy odcinają się zupełnie od przypisywania wszelakim (Szczególnie medycznym! Bo i te niektórzy reprezentanci Kościoła uznają za szatańskie) wszczepom piekielnego pochodzenia; co niestety jest raczej wyjątkiem potwierdzającym regułę.

Oprócz chipów, według innych źródeł, znamionami bestii mogą być też tatuaże, blizny lub innego typu widoczne ślady oznaczające tych, którzy będą sługusami diabła-antychrysta. Kościołowi wolno więc lawirować i może wskazać dowolne symbole czy oznaczenia, niekoniecznie religijne, jako grzeszne (i co rusz to robi). W zależności od aktualnych potrzeb.

Zastanawiam się, czy hipotetyczny antychryst w swej przebiegłości i mocy nie mógłby jakoś inaczej rozpoznać swoich zwolenników? Nie wiem, np. po ich czynach? Albo po prawdziwych intencjach? Oni sami też muszą być nieźle skołowani. Przecież będą chcieli mu służyć; w końcu są jego zwolennikami. A jednocześnie mają być do tego zmuszani? Fakt, że Apokalipsa św. Jana nawet słowem nie wspomina o antychryście, tylko dopełnia ten obraz. No ale my mamy się bać i być posłuszni, a nie bezbożnie szukać w tym wszystkim krzty spójności czy sensu. Z drugiej strony zwolennicy antychrysta wcale nie muszą być jego zwolennikami. Wydawać by się mogło, że złym trzeba być. W takim sensie, że należy to jakoś uzewnętrzniać, żyć w taki, a nie inny sposób. Otóż nie do końca. Zwolennikami antychrysta stają się po prostu ci, których wskaże kapłan. Bo np. mają tatuaże. To skrajny przykład, niemniej w takich okolicznościach nie jest istotne kto, jakim jest człowiekiem. Co tam wolna wola. Nawet osoby obiektywnie dobre, ale oznaczone, i tak staną się sługami Lucyfera. To daje bezgraniczne pole do popisu.

Czytając tego typu rewelacje, nie spotkałem się z konkluzjami, które znamienia bestii nie zrównywałyby z jakąś formą oznaczenia (choćby niewidocznego) czcicieli antychrysta, bez którego handel stanie się niemożliwy. Ludzie niebędący jego sługami zostaną w ten sposób odsunięci na margines społeczny. Nawet nie próbuję dociec, jak ów zakaz handlu miałby zostać wprowadzony w życie w coraz bardziej kapitalistycznie zorientowanym świecie, gdzie chyba tylko pieniądz ma tak ogromną moc zjednywania pozornie niewspółpracujących ze sobą grup ludzi. Jak zatrzymać (niekoniecznie legalny) handel wymienny? Choćby tylko pomiędzy niezachipowanymi ludźmi. To chyba wie tylko antychryst.

Dziwię się, że Kościół nie wyklął jeszcze transakcji bezgotówkowych (i kart bankomatowych z chipami!). Albo przynajmniej Bitcoina, którego rosnąca popularność, jak w psyk strzelił, zwiastuje nadejście dni ostatecznych… Czyżby, w kwestii finansów kościelni przywódcy w drodze wyjątku postanowili pójść z duchem czasu?

Apokalipsa św. Jana, często nazywana jest najtrudniejszą częścią Biblii — zawiera mnóstwo skomplikowanych metafor i niedopowiedzeń; w wielu miejscach zostawia nadmiar miejsca na spekulacje. Tak się akurat złożyło, że zacytowany fragment dotyczący kupowania i sprzedawania przenośnią na pewno nie jest.

W dobie wszędobylskiej inwigilacji sam mam raczej sceptyczne podejście do chipów mających ułatwiać życie i nie widzę opcji, żeby przekonano mnie do takiego zabiegu. Jednak moje obawy w żadnym wypadku nie są motywowane lękiem przed diabelskimi knowaniami; raczej przed ludzką zachłannością i bezwzględnością.

666

Kto ma rozum, niech liczbę Bestii przeliczy:
liczba to bowiem człowieka.
A liczba jego: sześćset sześćdziesiąt sześć.

13 Ap 18

Karuzela fantazyjnych nadinterpretacji musi się kręcić. Uznano więc, że skoro w Biblii mowa o liczbie bestii, a „bestia” brzmi przecież złowrogo, to trzy szóstki muszą być symbolem diabła. Proste i logiczne.

Przypisywania mrocznej energii cyfrom — umownym znakom służącym do zapisywania liczb — to zwrot ku średniowiecznym zabobonom. A liczba 666 bywa tak absurdalnie demonizowana, że jakikolwiek z nią związek może zostać uznany za opętanie czy inny sygnał zwiastujący służbę złym mocom. Wierni odmawiają przyjęcia np. rejestracji samochodowej, w której taka kombinacja cyfr przypadkowo się znalazła! Wierzą, że sama styczność z szóstkami da Szatanowi przyzwolenie na przejęcie nad nimi władzy.

Posłużę się przykładem.
Wyobraźmy sobie przeciętnego, dobrego człowieka. Dba o swoją rodzinę; popełnia czasem błędy, ale raczej nie szkodzi nikomu ze złośliwości. Może rzuci dyszkę na biednych, 1% podatku odda choremu dziecku. Niech jest praktykującym katolikiem — przyjmuje księdza po kolędzie, modli się i każdy „dzień święty święci”. Ot, przeciętny Polak. I wtedy, nagle i zupełnie przypadkowo w jego życiu pojawia się liczba 666. Niech będzie to numer karty bankomatowej, adres nowego domu, czy identyfikator klienta sklepu internetowego. Bum! Człowiek ów (może nagle, może stopniowo) staje się potworem, a jedynym ratunkiem dla niego pozostają egzorcyzmy; a i tak może przez to wylądować w piekle.

Katolicy dorabiają trzem szóstkom mistyczną otoczkę; prześcigają się w odnajdywaniu coraz to nowych faktów, które miałyby potwierdzać demoniczne znaczenie liczby. Karkołomne obliczenia, przetasowania dat, odniesienia do (nie tylko starożytnych) języków, a nawet przypisywanie jej konkretnym (rzecz jasna tym w danej chwili złym) krajom czy osobom. Ludzka pomysłowość nie zna granic.

Oficjalnie Kościół katolicki nie pochwala takich praktyk i interpretacji, ale raczej się z tym nie wychyla. Poszczególni księża swobodnie podchodzą do tych (i nie tylko do tych) zaleceń. Przywódcy kościelni i tu stoją w rozkroku: z jednej strony niby nie aprobują wielu nauk głoszonych przed swoich przedstawicieli, z drugiej zaś nie robią nic, żeby ich zdyscyplinować. Jak na moje oko to wyrachowane działanie. W niezliczonej ilości przypadków punktowanie niedorzeczności nauk Kościoła krytykuje się jako bezzasadne, bo przecież gdzieś w czeluściach watykańskich zapisów (stanowiących formalne stanowisko całego Kościoła katolickiego) te głupoty również są punktowane. To, czego na co dzień uczy się na lekcjach religii i w świątyniach się przecież nie liczy. Śmierdzi to cichym przyzwoleniem na posługiwanie się kolejnym straszakiem. W tym akurat wypadku — liczbowym. Cóż z tego, że to durne jak diabli. Ważne, że działa.

Urantiańskie (nad)interpretacje

Księga Urantii i w przyszłości nie raz jeszcze dotknę tej kwestii, zaleca dystans w stosunku do wszelkich interpretacji świętych ksiąg; tym bardziej tych wiekowych.

Religijna tradycja jest niedoskonale zachowanym zapisem doświadczeń rozpoznających Boga ludzi z wieków minionych, jednak takie zapisy nie są godne zaufania jako przewodnik życia religijnego, czy jako źródło rzetelnej wiedzy o Ojcu Wszechświatowym. Te starożytne wierzenia zawsze były zniekształcane z tej przyczyny, że człowiek prymitywny był twórcą mitów.

4:5.1 (59.6)

Powyższy Przekaz jasno obrazuje to, co każdemu rozsądnemu człowiekowi podpowiada logika — Biblia (Koran, Wedy itp.) nie może być uznawana za nieomylne źródło wiedzy. Nie oznacza to, że jest zła albo, że trzeba wszystkie jej nauki odrzucać. Wręcz przeciwnie. Księga Urantii odwołuje się zarówno do Nowego, ale też do starego Testamentu i ich fragmenty wielokrotnie stawia za wzór. Należy jednak mieć świadomość, że wszystko to są dzieła typowo ludzkie. I o ile niektóre zawarte tam teksty są prawdą, to jednocześnie wiele z nich zostało dopasowanych do ówczesnych potrzeb, albo po prostu zmyślonych, więc nie mają z boskim przesłaniem nic wspólnego. Tylko osobiste doświadczenie może być wiarygodnym religijnym przewodnikiem; wyłącznie tak jesteśmy w stanie przefiltrować, które fragmenty świętych ksiąg są warte uwagi.

O Apokalipsie św. Jana Księga Urantii mówi tak:

W okresie tymczasowej banicji na Patmos, Jan napisał Apokalipsę, którą teraz posiadacie w bardzo skróconej i zniekształconej formie. Apokalipsa zawiera ocalałe fragmenty wielkiego objawienia, którego znaczne części zostały zagubione a inne później usunięte z zapisów Jana. Apokalipsa zachowała się tylko we fragmentach i w zniekształconej formie.

139:4.14 (1555.7)

Jeżeli wierzyć przytoczonemu Przekazowi, tekst Objawienia św. Jana, który mamy, sam w sobie ma wątpliwą wiarygodność. Czym zatem mogą być jego (tym bardziej dosłowne) interpretacje?

Używając Biblii jako przykładu, Księga Urantii czasami koryguje nasze jej rozumienie, ilustrując, co autor rzeczywiście miał na myśli. Np.:

To właśnie o Salvingtonie pisał Jan: „A z tronu wychodzą błyskawice i głosy i gromy” – transmisje wszechświata dla systemów lokalnych. Ujrzał on także istoty kontroli kierunkowej wszechświata lokalnego, żywe kompasy świata zarządu. Ta kierunkowa kontrola jest w Nebadonie sprawowana przez cztery istoty kontrolne z Salvingtonu, które operują prądami wszechświata i są umiejętnie wspomagane przez pierwszy działający umysł-duch, przyboczny intuicji, duch „szybkiego zrozumienia”. Jednak określenie tych czterech istot bestiami jest ich przykrym zeszpeceniem; posiadają one niezrównane piękno i znakomitą formę.

34:4.12 (378.6)

Omawiane znamię bestii również w Przekazach się pojawia. Oznacza jednak nie więcej niż pozostałości zwierzęcego pochodzenia, jakie wciąż w sobie nosimy. „Bestia” to wczesny, przedludzki przodek, podczas gdy „znamię” to animalne odruchy i pragnienia, które wciąż w nas siedzą (np. strach czy agresja).

I ujrzałem jakby morze szklane, pomieszane z ogniem, i tych, co zwyciężają Bestię i obraz jej, i liczbę jej imienia, stojących nad morzem szklanym, mających harfy Boże.

15 Ap 2

Kiedy św. Jan mówi o „zwyciężaniu bestii”, ma na myśli ludzi, którzy na drodze duchowego rozwoju na zawsze pozbyli się zaszłości — prymitywnych, zupełnie materialnych instynktów. Do takiego stanu wszyscy zmierzamy. Z kolei „szklane morze” jest czymś w rodzaju lądowiska, gdzie przybywają zaawansowani śmiertelnicy z siedmiu światów-mieszkań — planet-szkół okrążających stolicę (Jerusem) naszego systemu planetarnego. „Harfy Boże” zaś, to urządzenia, które pozwalają dostroić pośmiertny mechanizm zmysłowy do odbioru komunikacji kosmicznych.

Według Księgi Urantii człowiek w pierwszej chwili po zmartwychwstaniu budzi się właśnie na którymś z siedmiu światów-mieszkań. Na tych sferach, w razie potrzeby przechodząc szkolenie wyrównawcze, będziemy kontynuować nasz indywidualny tok rozwoju ducha. Możemy zostać „oczyszczeni z wszystkich pozostałości niefortunnego dziedzictwa, wpływów szkodliwego otoczenia i nieduchowych tendencji planetarnych”; w tym czasie znikają ostatnie ślady „znamienia bestii”. O światach-mieszkaniach więcej powiedziałem przy okazji opisywania stolicy SataniiJerusem.

Co z trzema szóstkami? Podobnych do powyższych wyjaśnień nie odnalazłem, mam jednak swoje przypuszczenia. Apokalipsa mów tak: „[…] liczba to bowiem człowieka. A liczba jego: sześćset sześćdziesiąt sześć”. Zestawiłem to z poniższym Przekazem:

Wasz świat ma numer 5.342.482.337.666 w wielkim wszechświecie. Jest to wasz numer w katalogu światów zamieszkałych, w rejestrze Uversy i Raju. Znam numer w rejestrze sfer materialnych, ale jest tak wielki, że dla śmiertelnego umysłu nie ma on praktycznego znaczenia.

15:14.8 (182.7)

Jeżeli uznamy, że św. Jan w swoich wizjach rzeczywiście dostrzegł „liczbę człowieka”, pasuje ona jak ulał do ostatnich trzech cyfr numeru naszej planety. Wątpię, że Jan był biegłym matematykiem i czy był wtedy w stanie ogarnąć tak wielką liczbę; być może zwyczajnie ją uprościł. Jeżeli planeta ma swój numer, to jednocześnie śmiało można rzec, że będzie to również numer mieszkańców tej planety. W tym wypadku „liczba człowieka”.

Trudno też ocenić jak wyraźne były wizje św. Jana. Być może objawiona mu liczba 666 tak naprawdę była nieco inna? Może np. 606?

Wasz świat zwany jest Urantią i ma numer 606 w grupie planetarnej albo systemie Satania. System ten zawiera teraz 619 zamieszkałych światów a ponad dwieście innych planet rozwija się pomyślnie w tym kierunku, aby kiedyś, w przyszłości, stać się światami zamieszkałymi.

15:14.5 (182.4)

Niewykluczona jest również prozaiczna omyłka pisarska. Mnie nie raz zdarzyło się w pośpiechu zanotować liczbę 0, która wygląda jak 6.

Nie boję się, gdy ciemno jest…

Bez względu na to, czy moje gdybania są słuszne, po lekturze Księgi Urantii ciężko podzielać zlęknione stanowisko Kościoła katolickiego; nie tylko w stosunku do liczby 666, ale w kwestii straszaka w postaci „znamienia bestii”. I wielu, żeby nie powiedzieć we wszystkich, innych. A nawet jeśli przyjmiemy, że Przekazy są kolejną religijną błazenadą jakich wiele, trudno zaprzeczyć, że zawarte w nich przesłania są zdrowsze niż u konkurencji.