Według internetowych definicji „wiara” to przekonanie o słuszności twierdzeń dogmatycznych opierające się na uznaniu ich za objawione przez Boga. Wikipedia mówi, że wśród postaw wiary rozróżnia się postawę „wierzę, że”, która jest pewnym przypuszczeniem, oraz „wierzę w”, która odnosi się do Absolutu i jest mocnym przekonaniem o jego istnieniu jako prawdy absolutnej.
Odrywając go od religii, wyraz „wiara” oznacza nadawanie dużego prawdopodobieństwa prawdziwości twierdzenia w warunkach braku wystarczającej wiedzy. I ta definicja do mnie najbardziej przemawia.
Lekko ją zmodyfikuję. Dla mnie wiara, nie tylko ta religijna, to subiektywne przyjęcie czegoś za fakt, mimo że z jakichś powodów, nie można być tego w 100% pewnym.
To np. granicząca z przekonaniem nadzieja, że usłyszałem prawdę („Wierzę ci na słowo”). Wiara może być rozsądna, jak np. w momencie, gdy przyznaję, że mikro (makro) kosmos rzeczywiście istnieje, chociaż na własne oczy nigdy nie widziałem atomu (ani galaktyki). Wiarę można też pozbawić logiki, kiedy pomimo dowodów, niewzruszenie wierzę w coś, co im przeczy. Taką może pochwalić się np. mężczyzna, który wierzy żonie, że to nie to na co wygląda i z tym listonoszem tak naprawdę do niczego nie doszło.
Kiedy jedno, niepozorne słowo pozwala poruszać się w dyskusjach po tak szerokim obszarze tematycznym, nietrudno o nieporozumienia. W języku polskim brakuje rozróżnienia kontekstów, w jakich korzysta się z wyrazu „wiara”. Jak np. w języku angielskim, gdzie słowa „belief” i „faith”, choć zbliżone, ułatwiają werbalizację i rozróżnienie wiary wnikającej z możliwych do uchwycenia przekonań oraz wiary, której źródłem są nienamacalne uczucia.
Miej wątpliwość
Do czasu organoleptycznej, osobistej weryfikacji, wiara powinna być nierozłącznie związana z powątpiewaniem. Po sprawdzeniu przestaje być wiarą — trudno wierzyć w coś, co jest udowodnione. To chwila, z którą „wierzę”, musi zmienić się w „wiem”.
Wierzę naukowcom, przekonują mnie argumenty, obliczenia; nie mam powodów, aby zaprzeczać wynikom eksperymentów. Mimo to, do czasu kiedy samodzielnie czegoś nie sprawdzę, pod skórą zawsze będzie mi siedzieć nutka wątpliwości. Daleko mi do naukowca. Nie czuję też potrzeby, żeby sprawdzać, czy nie machnęli się w obliczeniach; wierzę. Większości tematów zresztą nie byłbym w stanie zweryfikować, niemniej gdzieś tam głęboko, chcąc nie chcąc, po cichu wątpię (szczególnie że naukowcy też, umyślnie bądź nie, publikują czasami fałszywe wyniki).
Aby wiara mogła być czymś więcej niż pustym stwierdzeniem, muszą być widoczne jej efekty. Jednak uzewnętrzniając to, w co wierzę, w istocie udaję, że żadnych wątpliwości nie mam. Gdy przyjaciel opowiada mi o swoich osiągnięciach, wierzę, że te historie naprawdę miały miejsce. Chętnie się o tym przekonam, z przyjemnością zobaczę efekty, ale zazwyczaj samo słowo wystarczy, żebym uznał, że tak właśnie było. Wierzę mu, więc bez wahania przekażę te informacje dalej; na własną odpowiedzialność. To jak z tymi naukowcami: Samodzielnie nie zbadałem ruchu Ziemi, ale gdy jakiś dzieciak zapyta mnie, co to na niebie się dzieje, bez zastanowienia opowiem mu, jak to wygląda (czyli de facto o tym, w co wierzę). Nawet nie przejdzie mi przez myśl, żeby wyskakiwać z jakimiś wątpliwościami.
Źródłem wiary są więc niepotwierdzone informacje, wiara wyjściowa zaś, zazwyczaj wypowiadana jest jako fakt. W trzewiach trzeba pójść na mały kompromis. To, co wychodzi, powinno oczywiście przejść wcześniej zdroworozsądkową ocenę. Tak nawiasem, warto czasami, korzystając ze słowa „wierzę” zostawić sobie pewnego rodzaju bufor, „Ja wierzę, że Ziemia jest płaska”, mimo wszystko, brzmi odrobinę lepiej niż: „Ziemia jest płaska”.
Należy wspomnieć także o specyficznej odmianie wyrazu „wierzę”. A mianowicie o „nie wierzę”. Z przyjętego tu punktu widzenia, nie nie będzie wielkich różnic. Wypowiedziane „nie wierzę” oznacza, że zabrakło impulsu, aby przyjąć coś za prawdę. Wspomniany już zdrowy rozsądek ma również tutaj szerokie pole do popisu. Np. w przypadku obietnic przedwyborczych.
„Nie wierzę” opiera się na tych samych zasadach. Nie wierzę w wampiry (wilkołaki, wróżki, Yeti itp.), ba, bez wahania powiem, że wampiry nie istnieją. Ta wypowiedź przeszła ten sam proces jak w przypadku wiary w coś. Nie mam dowodów na to, że wampirów nie ma; nie potrzebuję na to dowodów. Mimo to zmieniłem „nie wierzę w wampiry” na „wiem, że wampiry nie istnieją”.
Księdzu! Nie wstyd Ci?
Powyższą definicję wiary łatwo odnieść do religii. Wierzymy w coś, na co nie mamy jednoznacznych dowodów, wątpimy (choćby po cichu), ale na zewnątrz błyszczymy pewnością co do swojej wiary. A Bóg stroni od weryfikowalnych dowodów. Wiara jest więc fundamentem każdej religii.
Organizacje religijne usiłują wszystkim wokoło wmówić, że tylko ich Bóg jest prawdziwy. Dlatego wciąż wymyślają naukowe dowody potwierdzających słuszność takich przekonań — cuda, przepowiednie, opętania, ozdrowienia, poświadczenia osób, które miały fizyczny kontakt z jakimś tam bogiem lub jego posłańcami. Wierzącym przeważnie nie przeszkadza, że wszystko to brzydko śmierdzi i jest naciągane; mamy po prostu wierzyć (kapłanom), bo oni mają dla nas twarde dowody. Trudno odróżnić co w tej postawie jest szczerym poczuciem misji, a co sekciarsko-biznesową metodą manipulacji. Pomijam tu zupełnie etykę wciskania i zasłaniania się takimi dowodami.
Jak można wierzyć w coś, co jest zweryfikowanym faktem? Czy to nie przestaje, w momencie udowodnienia, być wiarą?
Powtórzę — wiara jest fundamentem religii; wiara w coś nieuchwytnego. Bóg, wraz z wolną wolą, dał nam wybór — wierzcie lub nie. Jak sądzę po to, żeby przefiltrować cwaniaków. Gdyby podstawił nam siebie na tacy, chyba tylko idioci by go nie czcili. Wybór, a więc i wolna wola, w końcu by zniknęły. Bo kto by nie żył w gorliwym hołdzie dla oczywistego Boga? Kto nie przekazywałby niebudzących wątpliwości informacji o jego wszechmocy swoim dzieciom? Kto wolałby piekło od nieba, mając namacalną pewność, jaka droga gdzie go zaprowadzi?
Skoro Bóg wymaga (lub nie), abyśmy wierzyli, po kiego wafla daje dowody na swoje istnienie? Dlaczego te znaki są takie nieoczywiste? Jednorazowe? Czemu nie wolno ich rzetelnie i niezależnie przebadać? I, do jasnej anielki, czemu przedstawia je tylko swoim ludziom? Przecież oni i tak o nim wiedzą. Czy upuści krwi figurce, czy nie; nie potrzebują dodatkowych potwierdzeń. Dlaczego tylko oni są godni, żeby je interpretować i przekazywać dalej? Nie może taki Allah oświecić papieża? Tak raz i do porządku?
Bóg w okazywaniu sprawiedliwości bywa trochę dziwny i zawsze faworyzował VIP-ów, więc to że, nie jest nachalny w udowodnianiu swojego jestestwa plebsowi, byłbym w stanie zrozumieć. Jednak nawet bystrzy inaczej politycy próbują przeciągać przeciwników na swoją stronę. Wiem, wiem, „[…] niezbadane są Jego wyroki i nie do wyśledzenia Jego drogi”. Całe szczęście religijne szychy te wyroki zbadały i drogi wyśledziły, żeby powiedzieć nam, prostym ludziom, o co w tym wszystkim biega.
Natomiast jeżeli owe znaki nie są jednak tak klarowne, czemu perfidnie wpycha się każdemu, że to na bank ślad Boga?
Faktem jest, że jeżeli rzucę kamieniem, to ten wyleci z mojej dłoni i upadnie w określonej odległości; zgodnie z obowiązującymi prawami fizyki, które jeśli się uprę, jestem w stanie zweryfikować i przewidzieć. Nie muszę w to wierzyć. Tak po prostu jest i tak się stanie. O dziwo czy kamieniem rzuci gej, muzułmanin, czy sam ojciec dyrektor, efekt tego eksperymentu się nie zmieni.
Jaką wartość mają fizyczne dowody widoczne jedynie dla wybranych? Swoją drogą, czy oparta na dowodach pewność co do istnienia Boga nie jest grzechem? Przecież mamy „wierzyć”, a nie „wiedzieć”.
Szach-mat ateiści
Żarty na bok — wiemy, że dowodów na istnienie jedynego, najprawdziwszego Boga nie ma, a te, które próbują nam wetknąć, są spreparowane i nadinterpretowane. Gdyby ktoś miał takie świadectwa, nie zawahałby się ich użyć i już dawno Ziemia byłaby rajem. W Boga, i w prawdziwość dowodów na jego istnienie, możemy tylko wierzyć. Koniec i kropka.
Czy to, że nie potrafię udowodnić obecności Boga, oznacza tym samym, że ten nie istnieje?
Słowem wstępu. Nie zaczepiam ateistów ignorujących ideę Boga — oni są ponad tym zgodnie ze swoimi poglądami. Rozumiem, popieram i bardzo szanuję też zapał do walki z dyskryminacją na tle religijnym; popieram ruchy na rzecz oddzielenia Kościoła od państwa. Jestem za ukazywaniem idiotyzmu doktryn, popieram walkę z ich społeczną szkodliwością. Również brzydzę się wypaczaniem moralności. Tak jak ateistów, niepokoi mnie, wyrzucanie na margines naukowych osiągnięć kosztem religijnych zabobonów i przesądów; irytuje mnie wciskanie religijnych bredni dzieciom. Popieram kampanię przeciw nadawaniu boskiej godności przedstawicielom związków wyznaniowych; śmieszy mnie robienie z nich autorytetów. Mimo że wierzę w Boga, stoję w tym wszystkim razem z ateistami. Pisząc tutaj o ateistach, czy raczej ateistach, mam na myśli tych, którzy uparli się, by udowodnić (albo już udowodnili), że Boga nie ma.
Łatwo wybrać sobie jakiegoś boga jako chłopca do bicia; co zapaleni ateiści z satysfakcją robią. Mogą też stawiać mu warunki lub żądania; odzew będzie taki sam, gdy robią to wierni. Udowodnienie braku Boga ma tyle samo sensu co każda religijna magia. Skupienie na takim celu opiera się i prowadzi wyłącznie do wiary. Żaden naukowiec nie jest w stanie wskazać jednoznacznych dowodów wykluczających istnienie Boga; na pewno nie na tym etapie i nie w najbliższym czasie. Zresztą żaden rozsądny naukowiec nie będzie się takimi dyrdymałami zajmował. Ateiści, co najwyżej mogą wypunktować idiotyzmy dogmatów religijnych. Skąd jednak pewność, że i sam Bóg nie uważa, że są durne?
Spróbujmy porównać Boga do życia pozaziemskiego. Aktualnie, tak jak w Boga, możemy wierzyć (lub nie), że takowe istnieje; tylko i aż tyle.
Owszem, ktoś może się obruszyć, że skoro jesteśmy my, mamy namacalny dowód na życie w kosmosie. Zatem szanse na to, że jest poza nami ktoś jeszcze, są zdecydowanie większe, niż na funkcjonowanie jakiegoś niewidzialnego kogoś. Ale oprócz nas przecież jest także Bóg. Nawet ateiści o nim słyszeli. Na każdym zakątku globu ludzie wymyślają sobie bogów, czczą ich od zawsze i niezależnie. Nieraz są to obrazy wykluczające się, ale w ideach i założeniach bardzo podobne. To, że „miliony much nie mogą się mylić” jest oczywiście słabym argumentem, jasne. Ludzkość, równolegle do wiary w Boga, od zawsze wierzyła w mnóstwo innych rzeczy, często podłączanych pod jego obraz. Czy to, że obalono założenia alchemii, kreacjonizmu, czy odejście (odchodzenie) od leczenia piecowymi zdrowaśkami, oznacza równocześnie, że i wiara w Boga (sama w sobie) jest głupotą?
Odnoszę wrażenie, że nie tak łatwo jest wynaleźć Boga. Skąd akurat taki pomysł? Zapewne psychologia (lub psychiatria) wysnuwa teorie wyjaśniające to zjawisko, ale czy możemy wykluczyć, że to Bóg objawił i objawia nam swoją obecność? Nie twierdzę, że to jest jakiś dowód; tym bardziej że można go zrównać z naszą, fizyczną egzystencją. W moim odczuciu jednak pasuje do wymogu wiary i ewentualnych zachowań ducha. Nie zapominajmy, że idea Boga zakłada jego wpływ na życie duchowe; fizyczne, niezbite objawy wiary zmyślili ludzie. Poza tym ja w Boga wierzę, więc mogę się tylko starać być obiektywnym. Sądzę jednak, że większość ludzi słyszała zarówno o człowieku, jak i o Bogu. Wiara w Boga jest taką samą wiarą jak ta w UFO; dyskutować można jedynie nad tym, który z wewnętrznych procesów aktywujących wiarę ma więcej sensu.
Antropocentryzm ograniczonych
Dopiero gdy zrozumiemy nieskończoność; gdy będziemy swobodnie poruszać się po czarnych dziurach; w momencie, gdy uzyskamy czytelną, wyczerpującą odpowiedź nie tylko na pytanie, jak coś działa, ale czemu akurat tak; dopiero gdy własną stopą staniemy na krawędzi wszystkiego, a jeśli takiej nie ma, to gdy będziemy w stanie bez wątpliwości wyjaśnić dlaczego (i jaki ma to cel) — dopiero wtedy możemy zacząć mówić, że Boga nie ma. Znamy wiele faktów, które zwyczajnie zaakceptowaliśmy; o wielu rzeczach jeszcze nie mamy bladego pojęcia, więc sobie hipotetyzujemy. Wszyscy bywamy, ale to ateiści wiodą prym w byciu aroganckimi megalomanami. Gorliwym wiernym nieco łatwiej pobłażać. Zazwyczaj są prości, naiwni; prawie zawsze zmanipulowani irracjonalnym strachem. Ateiści zaś pozują na myślicieli, na elitę świata; to oni przyczyniają się do rozwoju ludzkości! A wierzą zupełnie jak ci, których traktują tak protekcjonalnie. Dopiero w momencie, gdy poznamy wszystko, w sytuacji, gdy będziemy wiedzieć wszystko i potrafić to wyjaśnić, dopiero wtedy dostaniemy możliwość udowodnienia, jeśli Bóg gdzieś tam po drodze nie zrobi „a kuku!”, że go nie ma. To będzie dobry moment, żeby „nie wierzę w Boga” zmienić w „wiem, że Bóg nie istnieje”; „Jestem tylko ja”.
Zdaję sobie sprawę, że brak dowodów bezsprzecznie wykluczających Boga nie potwierdza, że ten istnieje. Działa to w obie strony. Nie mam ambicji udowodnić jego istnienia. Odnoszę się do samej wiary.
Osoby religijne wierzą w Boga; ateiści, choć gdy im to zasugerować reagują jak na wodę święconą, wierzą, że Boga nie ma. Obie strony w podobny sposób uspokajają swoje wątpliwości, wykrzykując innym w twarz argumentację, która w ich mniemaniu, w uniwersalny sposób uwiarygadnia proces wewnętrznej transformacji „wierzę” w „wiem”. Jak wyglądałby dzisiejszy świat, gdyby i jedni i drudzy byli częściej uczciwi? Zarówno wobec siebie nawzajem, ale przede wszystkim wobec samych siebie.