Uczucia religijne

U

Słowa opisujące moją wiarę nie są święte. Nigdy nie będą niczym wyjątkowym. To tylko słowa — werbalizacje, które same w sobie nie znaczą wiele; zapisane, są aż tym, czym są — tuszem na papierze albo ciągiem jedynek i zer.

Aby wierzyć, nie potrzebuję symboli. Nie muszę czcić przedmiotów. Doktryna nie nakazuje mi obnosić się z tym, w co wierzę. Moja wiara daje wybór. Pozwala wątpić i czuć zgodnie z tym, co uznaję za szczere. Nie mam monopolu na Boga, bo nie znam wszystkich odpowiedzi i mogę się mylić. Nie widzę konieczności żeby cokolwiek, komukolwiek udowadniać. Dla potwierdzenia słuszności tego, w co wierzę, nie potrzebuję wyników matematycznych równań. Aby wierzyć, nie muszę odprawiać obrzędów ani przestrzegać żadnych procedur. Nikt nie wie lepiej ode mnie w co wierzę, nikt lepiej ode mnie nie będzie wiedział, jak wierzyć powinienem. Moja wiara nie nadaje mi wyższości ani dodatkowych praw; nie czyni uprzywilejowanym, bo nie gloryfikuje ludzi. Moja religia jest osobista, więc niepowtarzalna. Chcę się nią dzielić, ale nie wymagam cudzego szacunku dla mojej wiary.

Moje uczucia religijne są nietykalne.

Po co kopać się z koniem?

Szczerze kibicowałem, zresztą zawsze będę, wyznawcom Latającego Potwora Spaghetti przy każdej próbie zalegalizowania ich związku wyznaniowego. Tak samo jak oni, miewam naiwną nadzieję, że Jego Makaronowatość natchnie miłościwie nam panujących, aby w końcu pochylili się nad absurdem uczuć religijnych. Te, jak sądzę, są smrodkiem ciągnącym się za gnijącą tolerancją religijną i spleśniałą już wolnością wyznania.

Do tej pory nie zastanawiałem się, jak przepisy prawa dotykają wyznania. Nigdy też nie miałem ambicji, żeby czynnie się angażować w ten problem. Ciągle takowych nie mam; aczkolwiek medialne przekazy dotyczące tematu, od zawsze dawały mi do zrozumienia, że jest to dotyk, który boli. Paradoksalnie, szeroko pojęte uczucia religijne, regularnie budzą we mnie cały wachlarz uczuć — od rozbawienia, przez litość, ale też złość i irytację, po lęk, obojętność i poczucie bezsilności.

Tutejsze publikacje mogą obrażać czyjeś uczucia religijne. Zatem osoby wrażliwe na punkcie swoich wierzeń uczciwie informuję, że czytają mnie na własną odpowiedzialność. Nie mam na celu nikomu ubliżyć, a jedynie zachęcić do samodzielnej analizy zjawiska oraz własnych uczuć religijnych.

W niniejszym tekście chciałbym zastanowić się, nie nad tym, co może naruszać art. 196 Kodeksu Karnego, ale nad tym, czym są i czemu możemy poczuć, że ktoś obraża nasze uczucia religijne. Dla równowagi dostanie się także ateistom.

Ciekawostki

Konstytucja Rzeczypospolitej Polskiej

Art. 32 ust 1.
Wszyscy są wobec prawa równi. Wszyscy mają prawo do równego traktowania przez władze publiczne.

Ustawa o gwarancjach wolności sumienia i wyznania

Art. 1 ust. 2.
Wolność sumienia i wyznania obejmuje swobodę wyboru religii lub przekonań oraz wyrażania ich indywidualnie i zbiorowo, prywatnie i publicznie.

Art. 1 ust. 3.
Obywatele wierzący wszystkich wyznań oraz niewierzący mają równe prawa w życiu państwowym, politycznym, gospodarczym, społecznym i kulturalnym.

Art. 2
Korzystając z wolności sumienia i wyznania obywatele mogą w szczególności:

1) tworzyć wspólnoty religijne, zwane dalej „kościołami i innymi związkami wyznaniowymi”, zakładane w celu wyznawania i szerzenia wiary religijnej, posiadające własny ustrój, doktrynę i obrzędy kultowe;
2) zgodnie z zasadami swojego wyznania uczestniczyć w czynnościach i obrzędach religijnych oraz wypełniać obowiązki religijne i obchodzić święta religijne;
8) wytwarzać i nabywać przedmioty potrzebne do celów kultu i praktyk religijnych oraz korzystać z nich;
9) wytwarzać, nabywać i posiadać artykuły potrzebne do przestrzegania reguł religijnych;

Art. 3 ust. 1.
Uzewnętrznianie indywidualnie lub zbiorowo swojej religii lub przekonań może podlegać jedynie ograniczeniom ustawowym koniecznym do ochrony bezpieczeństwa publicznego, porządku, zdrowia lub moralności publicznej albo podstawowych praw i wolności innych osób.

Kodeks Karny

Art. 196.
Kto obraża uczucia religijne innych osób, znieważając publicznie przedmiot czci religijnej lub miejsce przeznaczone do publicznego wykonywania obrzędów religijnych, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2.

Policyjne statystyki dotyczące art. 196 Kodeksu Karnego

Rok Liczba postępowań wszczętych Liczba przestępstw stwierdzonych
2016 54 46
2015 59 32
2014 55 38
2013 51 54
2012 47 51
2011 42 33
2010 48 52
2009 33 39
2008 45 49
2007 55 57
2006 49 38
2005 44 88
2004 51 44
2003 30 32
2002 47 44
2001 54 56
2000 68 145
1999 61 59

Samo czytanie powyższych przepisów i statystyk musi, u osób posiadających chociaż minimalne pojęcie o rzeczywistości, budzić uśmiech politowania. Założenia prawa może i są szczytne, ale trzeba być naiwnym, żeby uwierzyć, że ich sprawiedliwe egzekwowanie jest realne; albo nawet pożądane.

Zacznijmy od tego, że prawo w żaden sposób nie definiuje, czym są ani czym mogą być uczucia religijne. W takim wypadku stosuje się wykładnię językową, która polega na „ustaleniu znaczenia i zakresu wyrażeń tekstu prawnego ze względu na język, w którym zostały sformułowane”. Wikipedia mówi po ludzku, że jest to „interpretacja prawa dokonywana na podstawie analizy języka”. Nie zaskoczyłyby mnie prace naukowe zajmujące się wyłącznie próbą zdefiniowania uczuć religijnych; Google znajduje mnóstwo publikacji i artykułów na ten temat.

Jak śmiesz?!

Jasne jest, że uczucia religijne muszą być powiązane z wiarą w (jakiegoś) Boga. Aby na razie tego nie komplikować, uznajmy, że jeżeli ktoś wierzy, może jednocześnie darzyć uczuciem idee, przedmioty czy słowa związane z jego wyznaniem oraz że można te uczucie obrazić. Jednak już tutaj pojawiają się schody, gdyż nie wiadomo jakie uczucia nadają się do obrażania. Trzeba więc założyć, że można obrazić wszystkie; byleby były religijne. O ile musiałbym się zastanowić nad tym, jak obrazić tęsknotę czy np. lęk, w przypadku miłości dałoby się to jeszcze jako tako ogarnąć — kocham Boga, więc jeżeli ktoś mówi o nim źle lub wyśmiewa go, rani mnie tym samym, więc obraża moje uczucia religijne. Niech będzie; szczególnie że miłość bardzo często jest w religię angażowana.

Wszystkie uczucia do bóstw i Bogów muszą być przejawem wewnętrznych, indywidualnych procesów wierzącego. Trudno kochać, tym bardziej Boga, za coś konkretnego. A jeżeli już mamy za co go kochać, są to zupełnie hipotetyczne sytuacje, nie sposób bowiem mieć stuprocentowej pewności, że owa przyczyna rzeczywiście była dziełem Boga; na tym polega wiara. Wierzymy, czujemy, że Bóg nam sprzyja, dlatego go kochamy. Możemy też kochać Boga „bo tak”. Podstawy tej miłości są nieistotne. Wolno mi kochać Boga z jakiegokolwiek powodu albo zupełnie bez żadnego. A jeżeli ktoś jest wobec niego obelżywy, może okazać się, iż obraża moje uczucia religijne. Jako że ta lub inna religia ma książki, budynki, kawałki ziemi, wizerunki, symbole, przedmioty z tworzyw sztucznych, a nawet innych ludzi za synonimy i substytuty Boga, znieważając te przedmioty albo ludzi, znieważa się jednocześnie jego samego; co za tym idzie, obraża uczucia religijne. W głowie nie brzmiało to aż tak absurdalnie.

Zastanówmy się zatem, co w sytuacji, jeżeli ktoś Boga nienawidzi? Czy musi mieć ku temu racjonalne podstawy? Skoro wolno Boga kochać, sądzę, że wolno też nienawidzić; i tak samo mieć ku temu setki indywidualnie wymyślonych powodów (i tyle samo dowodów naukowych).

Łatwo sobie wyobrazić jak taki ktoś może uzewnętrzniać swoje przekonania religijne; teoretycznie ma do tego prawo. Nie musi nawet publicznie wydalać strawionych krucyfiksów ani skalpować kotów z podobiznami świętych na futerku (art. 3 ust. 1 ustawy o gwarancjach wolności sumienia i wyznania się kłania). Może np. przeanalizować przesłania Kościoła katolickiego (jak każdy wierzący Polak) i, w ramach obowiązującego prawa, zgodnie ze swoją wiarą robić odwrotnie. Niech zwyczajnie, jawnie modli się, wyzywając i złorzecząc Bogu; niech depcze święte księgi i symbole; niech głosi boską obłudę i niesprawiedliwość; może też namiętnie zniechęcać innych do uczestnictwa w obrzędach ku jego czci. Duchom, a nie ma wątpliwości, że jeżeli Bóg istnieje, jest duchem, można bez problemu okazywać nienawiść tak, aby przy okazji fizycznie nie krzywdzić przy tym innych ludzi ani nie niszczyć ich mienia. Sądzę, że gdyby nienawistnik był w tym wszystkim wyjątkowo gorliwy, prędzej czy później (zgaduję, że prędzej) uraziłby czyjeś uczucia religijne.

Zgodnie z obowiązującym prawem wolno mu wierzyć, w co chce i być religijnym tak jak uznaje za stosowne. I niczyje obrażone, enigmatyczne uczucie religijne nie powinno ograniczać jego wolności. Nietrudno jednak przewidzieć jak wyglądałoby to w rzeczywistości. „Przecież nienawistna wiara w Boga nie jest legalnie zarejestrowanym związkiem wyznaniowym!”.

Jak szybko by ukrócono jego prawo do swobody wyboru przekonań oraz do wyrażania ich publicznie? Wątpię, żeby jakakolwiek argumentacja czy nawet fakt, że nienawistnik został ochrzczony i wybierzmowany miały znaczenie. Bo w Boga wierzy na pewno; jak inaczej mógłby go nienawidzić?

Wolność wyznania

To zaledwie jeden z wielu przykładów, gdy wolność jest synonimem dyskryminacji. Wolno nam wierzyć, w co chcemy, ale żeby nabyć jakieś prawa z tym związane, trzeba wierzyć w tych Bogów, których panowie w garniturach wpisali do kajecika, a potem podbili pieczątkami. Nie ma problemu, kiedy słynny podróżnik z pogardą traktuje wierzenia prymitywnych afrykańskich ludów; to nikogo nie obraża. Wręcz przeciwnie, przeciętna pani Grażynka będzie rozbawiona faktem, że ci biedni murzyni wymyślili sobie jakiegoś dziwnego Boga; że tak fanatycznie w niego wierzą i się wydurniają; a potem może nawet trochę smutna, że nieszczęśnicy spłoną za to w piekle. Nawet jeśli ktoś poczułby się obrażony lekceważeniem obrzędów przeprowadzanych ku czci afrykańskiego Boga, sam oceń czy zostałby potraktowany w Polsce poważnie.

Trudno oczekiwać, że każde, nawet najbardziej absurdalne, praktyki religijne będą w cywilizowanym kraju tolerowane, ale udawanie, że każdy jest wobec prawa równy i że każdemu wolno wierzyć w swojego Boga jest, nomen omen, zaklinaniem rzeczywistości.

Wróćmy do nienawistnika. Ten, będąc rozsądnym człowiekiem, nie chce nikomu wchodzić w drogę i na siłę wciskać swoich wierzeń. Nienawidzi Boga — na tym oparł swoją religię, ale praktykuje po cichu. Ma prawo po swojej stronie, skorzystał więc z możliwości zachowywania milczenia w sprawach swojej religii i przekonań (art. 2 pkt 5 ustawy o gwarancjach wolności sumienia i wyznania).

Czy w takich okolicznościach inne organizacje religijne nie obrażają jego uczuć religijnych? Nie fair byłoby podważać czy taki człowiek ma uczucia i czy są one religijne; to już ustaliliśmy. W Polsce, przedstawiciele Kościoła katolickiego na każdym kroku zachęcają do kochania Boga, do zaufania mu; przekonują, że Bóg jest dobry i sprawiedliwy. Gdziekolwiek nie spojrzeć widać symbole chrześcijaństwa. Nienawistnik wierzy w coś zupełnie innego, a mimo to jest zewsząd bombardowany miłością do Boga. Nie można tego nazwać zniewagą dla jego wiary, a więc jednocześnie obrazą uczuć religijnych? Mówiąc bardziej obrazowo, czy ustawianie nieodwróconego znaku krzyża nie uderza w uczucia religijne satanisty?

Gdy wyobrażę sobie alternatywną rzeczywistość, w której powszechną podstawą wiary jest nienawiść do Boga, darzenie go miłością i obnoszenie się z tym, byłoby oczywistą obrazą uczuć religijnych; a więc zarazem łamaniem prawa. „W naszym kraju świętego Juliusza P. wyzywa się od najgorszych, a potem pluje na jego szpetną figurkę! A nie, klęczy przed nią i jeszcze, miej go Boże w pogardzie (wykonuje znak odwróconego krzyża), dziękuje mu i prosi o zdrowie! Zamknąć go w więzieniu, bo jeszcze dzieci nauczy, bezbożnik jeden!”.

Wolnościowym aspektem uczuć religijnych jest uznanie jednych Bogów za prawdziwszych niż reszta. Przekłada się to na akceptowanie pewnych obrzędów i zasad związanych z wyznaniem, gdy jednocześnie inne uznaje się za niedorzeczne. Egzekwowanie art. 3 ust 1 ustawy o gwarancjach wolności sumienia i wyznania idealnie wpasowuje się w definicję wolności wyznania. Cykliczne walące, donośne dzwony oraz procesje blokujące drogi są w porządku; sekciarskie zapędy, w których Bóg rozkazuje wykluczyć z rodziny i zabrania bliskich kontaktów z każdym, kto w niego nie wierzy, też są ok; niewykluczone, że za niedługo, w drodze do pracy czy szkoły, autobusy będą omijać chodnikami wiernych modlących się na środku jezdni. Religie oparte na manipulacjach i strachu są błogosławioną, nikomu nierobiącą krzywdy normą. Zdjęcie do dowodu w durszlaku na głowie jest nieakceptowalnym wydziwianiem.

Kiedy nabywamy prawo do posiadania uczuć religijnych? Kto ma prawo ocenić jakie praktyki religijne są głupie, a jakie ważne czy rozsądne? Kto ocenia ich społeczną szkodliwość? Urzędnicy rejestrujący związek wyznaniowy? Co, jeśli ktoś nie czuje potrzeby rejestrowania swojej wiary? Co w sytuacji, w której Bóg zabronił mu rejestrować cokolwiek? Zresztą, na przykładzie Polskiego Kościoła Latającego Potwora Spaghetti widać, że próba legalnego utworzenia wspólnoty religijnej to droga przez mękę, a koniec końców i tak nic z tego nie wyjdzie. Tu, dla uzupełnienia tego kolorowego obrazu, wspomnę o kościołach, zakładanych wyłącznie po to, żeby otrzymać jakieś, najczęściej finansowe, przywileje. Podobno takie rejestracje udaje się przepchnąć.

Prawdziwsi Bogowie

Wychodzi na to, że ci prawdziwsi bogowie nawymyślali jakiś niezbędnych do zbawienia aktywności i każdy ma prawo uczestniczyć w tych obrzędach zgodnie ze swoją wiarą. Chyba że wierzysz w coś innego niż tamci. Wtedy sorry; twój Bóg nie istnieje. A jeśli już, to pójdziesz do piekła, czy w co se tam wierzysz. Nie masz pieczątki? Obrzędy, które chcesz odprawiać to jakieś cyrki. Nie masz też prawa mieć uczuć religijnych. Z twojego Boga można lżyć, a święte zapisy na świętym Boga kamieniu wolno palić bez szacunku w piecu (Co? Że niby czczenie węgla byłoby głupie, ale płatka chlebowego już nie jest?). Ilu jest takich jak ty? Tylko tylu? Ktoś zapomniał dopisać do Konstytucji RP, że równość to prawo większości.

Wątpię, czy istnieje jakakolwiek sprawiedliwa metodologia rejestracji czegoś tak nieuchwytnego, jak wiara i religia. Ja zresztą nie widzę sensu prowadzenia takiej ewidencji; nie wiem czemu, w duchowym aspekcie, ma to w ogóle służyć. By kręcić biznesy, należy zarejestrować działalność gospodarczą.

Jestem w stanie zrozumieć odmowną decyzję o rejestracji Kościoła Latającego Potwora Spaghetti, bo z założenia ma on ośmieszać obowiązujące prawo i już funkcjonujące organizacji religijne. Nie zmienia to jednak faktu, że odmowa była równocześnie oczywistym zaprzeczeniem równości i wolności wyznania; wyznawcy Latającego Potwora Spaghetti nie mogą nawet uznać, że tą odmową obrażono ich uczucia religijne. Trzeba też się zastanowić czy, zarówno w sądach, jak i w Departamencie Wyznań Religijnych oraz Mniejszości Narodowych i Etnicznych Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji, nie ma ryzyka wystąpienia konfliktu interesów. Co, jeżeli któryś z pracujących tam decydentów jest za bardzo wierzący w innego Boga i czuje „misję ewangelizacji”? Co z presją (nawet bierną), jaką na władze państwowe wywierają przedstawiciele Kościoła katolickiego? W uzasadnieniu do wyroku Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego, którym oddalono skargę na odmowną decyzję Ministerstwa w sprawie rejestracji Polskiego Kościoła Latającego Potwora Spaghetti, napisano bez ogródek:

[…] wspólnota utworzona przez wnioskodawców jest ruchem prześmiewczym, który parodiuje inne religie, zwłaszcza chrześcijaństwo […].

I SA/Wa 1804/15 – Wyrok WSA w Warszawie

Jak widać wolność wyznania, opiera się również na porównywaniu prawd i poglądów jednej religii do innej oraz na relacjach, jakie mogą je łączyć. W przypadku stosunku muzułmanów do żydów, chrześcijan i wszystkich niewiernych problem oczywiście nie występuje. Bo oni się nie śmieją! No i mamy przecież wolność wyznania. Bum.

Zaiste ciekawymi byłby reakcje tych najbardziej zapalonych wiernych prawdziwych religii, gdyby publicznie i oficjalnie uznano ich bogów za niegodnych zalegalizowania, a ich obrzędy wrzucono na margines.

Zdaję sobie sprawę, że wolność wyznania, taka jak opisano to w prawie, pozwoliłaby nam zasłaniać wiarą nawet najbardziej kretyńskie aktywności; moglibyśmy się obrażać wedle zachcianek, więc też ciągać po sądach o byle co. Absurd i chaos. Ale czy już teraz nie bywa z tym jak w cyrku?

Nie moim zadaniem jest wynajdywać czy wdrażać w społeczeństwo rozwiązania takich problemów. Jedyne co przychodzi mi do głowy to zupełne i bezkompromisowe rozdzielenie prawa od wiary. Całkowita likwidacja procesu rejestracji związków wyznaniowych oraz, na co wskazuje zdrowy rozsądek, uznanie, że nie istnieje coś takiego jak uczucia religijne. Każdy ma prawo wierzyć, w co chce, jak chce, kiedy chce; każdy może praktykować swoją wiarę, tak jak mu się żywnie podoba. Dopóki robi to w granicach obowiązującego, świeckiego, prawa. Takie same zasady dotyczą niewierzących i wierzących wszystkich wyznań. Za zakłócanie spokoju dostajesz nakaz uciszenia się albo mandat, nieważne, czy to dzwony, czy walący na cały regulator Popek z Zenonem Martyniukiem. Na imprezę, jeżeli tak sobie ubzdurał organizator, nie wchodzisz ani w burce, ani w masce Dartha Vadera. Nie wolno ci blokować drogi procesją, ani partyjką pijackich szachów.

Bo jeżeli nie umiesz zwołać wiernych swoim czynem i słowem, oznacza, żeś dupa nie kapłan. Skoro Bóg kategorycznie zabronił Ci zdejmować worek z głowy, oznacza, że nie chce, byś była obecna na takim koncercie. Bóg kazał Ci chodzić — wynajmij bieżnię, a po wszystkim posprzątaj po sobie. Kupiłeś książkę, więc jest twoją własnością. Możesz przed nią klęczeć, ale możesz też ją ostentacyjnie podrzeć (albo nawet czasami czytać i starać się zrozumieć!).

Jesteśmy narodem o chrześcijańskich tradycjach, jasne. Oczywistym jest także, że tolerancja w rozwiniętych krajach staje się parodią. Rozumiem też aspekt religijnego mniejszego zła. Wątpię, że dożyję świata bezsprzecznie religijnie sprawiedliwego. Nie, żebym uznawał ten kraj za wzór, jednak w takim Pakistanie przynajmniej nie robią ze swoich obywateli (i gości) głupków udając, że każdy ma prawo wierzyć, w co chce. Jest to jakieś rozwiązanie.

Szczere uczucia religijne

Za każdym razem, kiedy literalnie interpretuję uczucia religijne, mój zdrowy rozsądek zapala pomarańczową lampkę idiotyzmu; a im bardziej się w to zagłębiam, tym jest to bardziej debilne. Dla przykładu, czy lęk religijny — strach przed karą za grzechy, potępieniem i piekłem, można obrażać zachęcaniem do zaufania Bogu? Czy tęsknotę religijną — poczucie osamotnienia, porzucenia przez Boga, można obrazić wmawianiem, że Bóg jest ciągle przy nas? Pożądanie to też uczucie, co nie? Niektóre zakonnice są całkiem atrakcyjne; księża bywają przystojni (i bogaci). Wychodzi na to, że pożądanie również może być religijne…

Aby nie brzmiało to aż tak idiotycznie, zakładam, że uczucia religijne są synonimem samej wiary oraz nawiązujących do niej praktyk religijnych. Z uczuciami jako takimi nie ma to nic wspólnego. Trudno zresztą oprzeć się wrażeniu, że przepisy o obrazie uczuć religijnych (czy raczej wybiórcze ich egzekwowanie) służą przede wszystkim celom politycznym, a wiara w Boga jest w tym tylko wdzięczną wymówką.

Od początku jednak najbardziej intryguje mnie, a zarazem niepokoi, cichy, indywidualny aspekt obrazy uczuć religijnych. Obawiam się, że lista zachowań, które rzeczywiście, tak w duszy, mogą obrazić takie uczucia, jest nieskończona; jak głupota (albo Bóg). Uczucia religijne obraża nie tylko wyśmiewanie Boga czy jego współtowarzyszy, obraża samo sugerowanie, że taki Bóg może nie istnieć; uczucia religijne obraża również szeroko pojęty brak szacunku (a czasami wystarczy brak oddania czci) dla obrazków, książek, relikwii, miejsc, przedmiotów codziennego użytku i sam tylko Bóg wie czego jeszcze z nim związanego; także nieokazywanie szacunku (i czci) tym ludziom, których Bóg, z jakichś powodów, wybrał jako sobie bliższych — wytykanie im błędów, słabości, nawet przestępstw też może być obraźliwe. Granica pomiędzy nietolerancją dla bezrefleksyjności a obrazą uczuć religijnych jest cienka. Nie twierdzę, że wszystko kwalifikuje się pod art. 196 Kodeksu Karnego; nie o to mi chodzi. Jestem jednak przekonany, że wszystko to (i wiele więcej) może kogoś dotknąć i obrazić. Nie każdy poruszony musi od razu iść z tym do sądu. Przypuszczam, że na sali sądowej kończy się zaledwie promil takich spraw. Takiego bezczelnego bezbożnika wystarczy zwyzywać. Można go opluć, a gdy zdrowie pozwala, pogonić i spuścić mu manto. Zranione uczucia religijne są świetnym powodem, żeby komuś odmówić usługi, lub wykonać ją wadliwie. Nie zaszkodzi też obłożyć się materiałami wybuchowymi i profilaktycznie wysadzić w miejscu publicznym. Dzięki Bogu najczęściej wystarczy najzwyczajniejsze życzenie kary z niebios, czyli nieszczęścia, choroby i śmierci w cierpieniach.

Obserwujemy frywolne poszerzanie wewnętrznych granic uczuć religijnych. Spięte z tolerancją oznaczają już prawo do wciskania w gardło pewnych, uprzywilejowanych wierzeń. Uczucia religijne obraża więc też czelność do wiary w coś innego lub zupełny brak wiary. Kamieniowanie nie jest u nas (już) jeszcze tak powszechne, ale chyba każdy, kto nie podziela jedynej właściwej polskiej wiary, spotkał się z jakimś przejawem wrogości od kochających bliźniego wierzących. Z czego innego to wynika, jeśli nie z poczucia obrażenia uczuć religijnych? Gdyby tym ludziom magicznie wymazać z pamięci ich religię takie sytuacje nie miałyby miejsca.

Jestem Bogiem. Uświadom to sobie (sobie)

Meritum sprawy trafiłem już na początku tego tekstu zdaniem: Kocham Boga, więc jeżeli ktoś mówi o nim źle, wyśmiewa go, rani mnie tym samym, więc obraża moje uczucia religijne.

Uczucia religijne, w jakiejkolwiek formie, nie mają tak naprawdę wiele wspólnego z Bogiem czy wyznaniem. Kluczowym jest odmieniane przez wszystkie przypadki słowo „ja”. Wiernym bardzo łatwo utożsamiać się ze wszystkim, czego dotyczy ich religia, zatem automatycznie traktują to bardzo osobiście. To nie obraza Boga ma znaczenie. Jaką krzywdę marny człowiek może zrobić wszechwiedzącemu, wszechpotężnemu i nieskończonemu Bogu? Jakie są szanse, że jedyna prawdziwa religia dozna uszczerbku, bo ktoś podarł książkę albo wszedł do świątyni w butach? Jaki może to mieć wpływ na nieuniknioną przyszłość?

Bolesne jest wewnętrzne spięcie, że ktoś w ogóle śmie mieć inne poglądy niż ja. On chce zrobić ze mnie wariata; mnie atakuje, dyskredytuje mnie; to mnie dotyczy, to ma dla mnie znaczenie; ktoś usiłuje podważać to, na czym oparłem swoje życie. Bóg mi kazał go bronić, to ja zostałem wybrany, aby dbać o jego dobre imię; Bóg mnie ustanowił swoim przedstawicielem.

Wszystko to podsycone jest irracjonalnym strachem. Nie wolno poddawać pod wątpliwość tego, czym ja się kieruję, nikt nie ma prawa zmuszać mnie do analizy i samodzielnego myślenia. Wtedy mogłoby się okazać, że zmarnowałem moje życie na bzdurne, nic nieznaczące obrzędy i że ktoś mnie oszukał. Nie może przecież być tak, że ja się mylę; nikt też nie może być bliżej życia wiecznego ode mnie.

Nie bez powodu najbardziej agresywne w szerzeniu swoich doktryn organizacje religijne, nieważne jak bardzo tolerancyjne w ideach i założeniach, zawsze stosują podział na my i oni. My wiemy lepiej, my jesteśmy bliżej, my zostaliśmy wybrani, nie oni. To „my” jest ubranym w łachmany wspólnoty „ja”.

Nie ma dobitnych dowodów na istnienie jakiegokolwiek Boga; czują to nawet najbardziej nawiedzeni wierzący. Co więc, jeśli mój Bóg nie istnieje? Może mogłem przeżyć moje życie bez tych wszystkich teatrzyków? Ile zmarnowałem czasu, pieniędzy, ile razy działałem wbrew temu, co sam czuję, bo pozwoliłem sobie wmówić, że tamtego nie wolno, a tamto robić muszę? Co, jeżeli to wszystko na marne, a ja i tak zostanę potępiony? Co, jeżeli prawdę znają oni, a nie my?

To musi budzić lęk, do którego nie wolno im się przyznać. Nie można wątpić, zastanawiać się, szukać i błądzić; wszystko, co ważne zostało już napisane, zinterpretowane i jasno wyłożone przez tych, którzy okazali się (nazywają siebie) jedynymi prawowitymi wysłannikami Boga. To naturalnie rodzi konflikt. Jeżeli człowiek czuje Boga, jednocześnie chce go szukać; trudno szukać na krótkiej smyczy. Choć zdecydowanie łatwiej jest dostać go na tacy.

Wrażliwość uczuć religijnych rośnie wraz z intensywnością, a przede wszystkim wprost proporcjonalnie do okresu indoktrynacji religijnej. Zauważ, że to osoby starsze oraz te, które od dziecka były bezkompromisowo wychowywane w wierze, są tymi najwrażliwszymi — im więcej czasu poświęcili tematowi konkretnego bóstwa, im mocniej żyli w tej lub innej grupie wyznaniowej, tym trudniej jest im pozwolić sobie na wątpliwości.

Jak taka starsza osoba ma dopuścić do siebie, że całe swoje (zmierzające ku końcowi) życie mogła być w błędzie? Wszystko na marne? Że istnieje szansa, że, walczyła o błędne idee, że przekazywała je osobom jej najbliższym? Jak to świadczy o niej? Jak osoba nieakceptująca innej rzeczywistości niż ta, z jednoznacznie ukształtowywanym obrazem Boga, ma przyjąć, że świat może wyglądać inaczej? Że może być inna, równie dobra (albo, o zgrozo, lepsza) droga? Jeszcze gorzej jest, gdy przy okazji pojawia się widmo odebrania boskich przywilejów, wywyższających praw oraz wymówek, by móc robić to, co wygodne i przyjemne. Jak pogodzić się z faktem, że ich naród nie jest wybrany (czyt. lepszy niż wszystkie inne)?

Nie łatwo jest przekreślić to, co było nam wpajane przez osoby, które kochamy; to, czym kierujemy się od lat. Nieważne jak głupie to może się zdawać. W wielu przypadkach to wręcz niemożliwe. Uczucia religijne to defensywny odruch chroniący przed zniszczeniem świata, który ktoś nam zbudował i który z czasem przyjęliśmy za jedyny prawdziwy. Nie może być inaczej, niż ja myślę i wiem. Towarzysząca temu agresja to najczęściej kolejny odruch obronny. Nic nie stanowi większego zagrożenia dla poczucia własnej wartości niż wątpliwości.

Nie bez uczuć

Odrębnym, ale jakże podobnym aspektem uczuć religijnych, są poglądy ateistów.

To też kolejna cegiełka w imię równości, gdy wierzący, uznając jakieś siły wyższe, nabywają dodatkowe prawa ateistom nieprzysługujące. Wątpię, czy Temida przewiduje obrażenie uczuć ateistów, co niewątpliwie jest dyskryminujące. Ja jednak bez wahania uznaję, że ci również mają uczucia; jak najbardziej religijne. Co poniektórzy są na ich puncie przewrażliwieni niczym moherowe babcie. Może dlatego, że wierzą równie mocno, ale w przeciwnych kierunkach?

Człowiek, żeby móc określić się ateistą, musiał Boga szukać. Trudno nazywać siebie niewierzącym, jeżeli nawet przez sekundę nie zastanawiało się nad duchowością i istnieniem Boga. Jeżeli nie wierzę, muszę mieć ku temu podstawy. Szukałem Boga, dowodów, znaków, czegokolwiek co mogłoby mnie przekonać, że ktoś lub coś, gdzieś tam jest; nie znalazłem, więc nie wierzę; koniec. Tu ateista powinien Bogu dać spokój (niekoniecznie organizacjom religijnym). Niestety, w tym momencie, u części z nich, pojawiają się kwaśne uczucia religijne. Podobnie jak gorliwi siewcy wiary, czują misję, by na każdym kroku przekonywać innych do swojej racji. Mogą argumentować, dyskutować, mogą też wierzącym ubliżać, wyśmiewać ich; w najlepszym wypadku traktować protekcjonalnie. Wybitni ateiści potrafią całkiem przekreślić drugiego człowieka jako kandydata na partnera, przyjaciela lub współpracownika, bo tamten w coś wierzy. Wszystko pod dyktando swoich uczuć religijnych. Bo są to uczucia związane z religią, prawda? Każdy z nas ma prawo do wyboru ludzi, którymi się otacza, nie przeczę; mam na celu wzkazać, że pod tym względem ortodoksyjny ateista nie różni się tak bardzo od nawiedzonej babci z różańcem. Agresywny, matematyczny upór ateisty jest takim samym uczuciem religijnym jak piana na ustach bojówki Radia Maryja. I jestem skłonny uznać, że wynika z tego samego lęku.

Co, jeśli Bóg jednak istnieje i ja się pomyliłem? Co, jeśli ja nie jestem na tyle inteligentny, ażeby go pojąć? Co, jeśli inni go widzą, a ja nie umiem odkryć? Ja nie znalazłem dowodów na istnienie Boga, ale kurde, kto z nas nie chciałby stada dziewic na własność? Co, jeśli to prawda i przez brak wiary mnie to ominie?

Taki ograniczony ateista nie zajmuje się nauką po to, aby odkrywać i poszerzać swoje horyzonty — nauka wybiórczo służy mu za oręż do walki z religią. Wątpię też, żeby prawdziwy ateista czuł potrzebę, żeby na każdym kroku oznajmiać, że nim jest. A ci postrzeleni brandzlują się tym jakby byli co najmniej studentami prawa.

Zagadka. Kto wypowiada te słowa, katol czy ateista: „To ja wiem, jaka jest prawda, mam dowody, że się mylisz. A jeśli tego nie widzisz, jesteś głupcem i jest mi Cię tylko szkoda”?

Ja, ja, ja i tylko ja

Niełatwo orzec kto jest większym ignorantem — zaślepiony wierny czy wytrwały bojownik, ateista. Pierwszy bezmyślnie wierzy w to, co mu ktoś wcisnął, drugi, kreując się na rozsądnego myśliciela, jest co najwyżej arogancki. Już nawet nie chodzi o przepychanki na fakty i dowody, których obie strony mają dokładnie tyle samo (zero). Raczej o bezrefleksyjną wiarę w autorytety i zasłanianie swoich przekonań małymi liczbami. Obu stronom wystarczy książka, żeby wiedzieć wszystko.

Trudne słowo na dziś, dla ateistów i wierzących: pokora. W dupie byliśmy, gówno widzieliśmy. Nie znamy zbyt dobrze procesów zachodzących na tej planecie, ba, w naszych własnych ciałach. Poznaliśmy ledwo kilka skutków, niewiele przyczyn. Niektórzy mogą jednak mieć pewność, że książka wyjawia calutką prawdę, bez względu na fakty, gdy inni mogą być pewni, że w olbrzymim wszechświecie poznaliśmy już wszystko. W końcu jesteśmy gigantami i władcami wszystkiego, co żywe i martwe. Jak Bóg.