Cóż to będzie za wyjątkowy dzień; najważniejszy w ich życiu! Ona i on, razem; szczęśliwi, zakochani. Przed Bogiem przyrzekną sobie miłość i wierność; po grób. Wszystko przypieczętuje tradycyjna ceremonia oraz wesele, aby najbliżsi mogli radować się tymi wspaniałymi chwilami razem z młodą parą. Od tego momentu wszystko się zmieni; na lepsze. Jak w bajce.
Twoja kolej
Nie jestem specjalnie rodzinny (towarzyski też niezbyt), zatem z większością krewnych widuję się zupełnie przypadkowo; podobnie jak ze znajomymi, czy to z osiedla, czy z którejś ze szkół. Nieuniknionym tematem takich przypadkowych, niezobowiązujących rozmów w końcu staje się mój stan cywilny. Nawet jeśli nie pojawia się od razu, zaraz po pierwszym „Część, co tam, jak tam?”, pytanie „A kiedy Ty w końcu się ohajtasz?” wydaje się wymownie wisieć w powietrzu. Co ciekawe (lub oczywiste) to zainteresowanie kłopocze wyłącznie tych, którzy swoje obrączki już mają. Być może to taki synonim rozmowy o pogodzie, ale kiedy wreszcie pada to newralgiczne pytanie, ja od lat mam na nie taką samą odpowiedź: „Po co miałbym się żenić?”
Takie odbicie piłeczki w pierwszym odruchu najczęściej budzi rechot. Kiedy okazuje się jednak, że wcale nie żartowałem, śmiech przeradza się w specyficzną konsternację: „Jak to po co?!”. Jakby odpowiedź była tak oczywista, że nie trzeba jej na głos wypowiadać. Więc powtarzam: „Po co mam się żenić? Podaj mi jeden argument, który uzasadnia branie ślubu”.
Święty spokój
„Bo wszyscy się hajtają”, „Bo trzeba”, „Bo pobawiłabym się na jakimś weselu”. Rangi tych przesłanek nawet nie chce mi się komentować. Mimo że do ożenku mi daleko, nie odbieram nikomu prawa do wymarzonej ceremonii. Jednak trudno mi inaczej niż matołem nazwać człowieka, który bierze ślub „bo wszyscy tak robią, więc trzeba”. Nie wiem też, skąd moi rozmówcy biorą pomysł, że w ogóle zostaliby zaproszeni na moje hipotetyczne wesele; ale nawet jeśli — sugerowanie, że ich ochota na żarcie i melanż ma być argumentem, dla którego miałbym to organizować, jest co najmniej niesmaczna.
Moja, skądinąd bardzo katolicka, rodzina jest raczej świadoma moich poglądów na temat katolickich dogmatów, więc nie wyskakują już mi z uzasadnieniem „bo Bóg tak kazał”. A to też bardzo modny argument.
Wielokrotnie w swoich tekstach wyrażałem opinię na temat bezczelności Kościoła katolickiego (więc i innych organizacji religijnych). Bóg, w którego ja wierzę, nie patrzy na pieczątki i podpisy na formularzach. Brzydzę się ludźmi, którzy dla wygodnego i dostatniego życia manipulują tymi, którzy im zaufali. Udzielanie boskiego pozwolenia na seks jest, w moim odczuciu, jednym ze szczytowych osiągnięć perfidii religii. Cyrki z unieważnianiem kościelnych ślubów (bo przecież rozwód nie istnieje!) nadają temu niby sakramentowi tylko dodatkowej groteski. Daleko mi do dyskredytowania czyjejś szczerej wiary; jeżeli ktoś tego potrzebuje — proszę bardzo. Ubolewam nad tym, kiedy nabija się kabzy biznesmenom w sukienkach, ale spokój ducha i pewność wiary nie mają ceny. Szczerze powątpiewam w bezinteresowne intencje księży w wielu kwestiach. W tej szczególnie. Dziwnym trafem boskie prawa dotyczące małżeństwa niosą Kościołowi sporo wpływów i finansowych korzyści; każdy ma prawo wierzyć, komu chce. Jednak nie zmienia to faktu, że czyjeś wierzenia i poglądy nie są czymś, co mogłoby mnie do czegokolwiek przekonać.
Chciałbym przy okazji poznać prawdziwe cyfry ze statystyk chrześcijan. Ilu ludzi wzięło kościelny ślub ze szczerej duchowej potrzeby, ilu ze strachu przed wmówionym im grzechem (więc i piekłem), a ilu, żeby zindoktrynowana rodzina się po prostu dała im spokój?
Cóż z tego, że nie wierzę Kościołowi? Cóż z tego, że mam go za szkodnika? Niektórym osobom i tak to nie przeszkadza; więc tak jak oni, i ja mam uczestniczyć w przedstawieniach, które uważam za zbędne. Bo tak robi większość; bo będą wytykać palcami; dla świętego spokoju; bo Bóg się wnerwia, że nie mam pieczątki. „Miliony much nie mogą się mylić”.
Jesteś aresztowany!
Następnym w kolejce argumentem świadczącym o słuszności zawierania związków małżeńskich, są obowiązujące przepisy prawa. W małżeństwie można wspólnie się rozliczać, dziedziczyć i co istotne, dowiadywać się o stanie zdrowia współmałżonka.
Kwestię rozliczania się uznaję za marginalną, bo pomimo upierdliwości i niedołężności urzędów skarbowych (choć zauważam pozytywne zmiany), mimo wątpliwej intuicyjności formularzy podatkowych, zarówna ja, jak i moja dziewczyna, jesteśmy w stanie raz do roku rozliczyć się samodzielnie. Wypełniamy dokumenty osobno, nie razem. To jedyna różnica, jaką zauważam. Ślub wydaje mi się niewspółmiernym środkiem do uzyskania takiej minimalnej wygody.
Nie jestem specem od podatków ani prawa; nawet zakładając rzeczywistą wartość hipotetycznych dodatkowych ulg, które przysługują małżeństwom, mi to wszystko śmierdzi najzwyklejszym wałem: Stworzono nieistniejący problem, następnie zaproponowano rozwiązanie. Rozwiązanie, które nie dość, że godzi w moją wolność, to jeszcze nadaje jednej organizacji religijnej dodatkowe przywileje, a więc dochody i wpływy (nie zapominajmy, że dla większości Polaków ślub jest równoznaczny z mszą i weselem).
Mam wziąć ślub, bo ułomne prawo utrudnia mi życie. Muszę załatwiać bzdurne formalności, przysięgać (!), a w razie niepowodzenia sądzić się, dzielić majątkiem (albo wcześniej załatwiać kolejne formalności), po to by państwo nie rzucało mi kłód pod nogi. Wprost genialne rozwiązanie.
Co stoi na przeszkodzie by sprawy zarówno podatkowe, jak i zdrowotne załatwiać jednym podpisem w urzędzie? Chce się rozliczać z partnerką (albo partnerem)? Podaję pani w urzędzie swoje dane, PESEL, moja dziewczyna (lub mój chłopak) dyktuje swoje, zaznaczamy „X” w odpowiedniej rubryce, składamy podpisy. Wiola! Zmieniłem (albo on/a) zdanie? Odwiedzam okienko urzędu, zaznaczam „X” w innej kratce, podpis. Po sprawie.
Od jakiegoś czasu można udzielić upoważnienia do informacji o stanie zdrowie całkowicie obcym osobom. Uprawnienie to potwierdza § 8 ust. 1 pkt 1 rozporządzenia Ministra Zdrowia z dnia 9 listopada 2015 r. w sprawie rodzajów, zakresu i wzorów dokumentacji medycznej oraz sposobu jej przetwarzania. Zgodnie z przepisami w indywidualnej dokumentacji zamieszcza się oświadczenie pacjenta o upoważnieniu do uzyskiwania informacji o jego stanie zdrowia i udzielonych świadczeniach zdrowotnych, ze wskazaniem imienia i nazwiska osoby upoważnionej oraz danych umożliwiających kontakt z tą sobą. Oznacza to, że podmiotem upoważnionym do uzyskania informacji może być ktoś spoza rodziny, więc też obca osoba (np. znajomy lub sąsiadka), a co dopiero partner.
Nie widzę w tym wielkiej filozofii. Również promocji takiego rozwiązania.
A co z oczywistym prostytuowaniem wzniosłego przeżycia, jakim jest małżeństwo? Mniejsze podatki, ulgi i finansowe bonusy. Jak nazwać ludzi, dla których życiowy partner jest sitkiem na pieniądze? To bardzo romantyczne: „Wyjdź za mnie, zapłacę mniejszy haracz państwu”. Wartość dodana jest marnym argumentem, kiedy wyjdzie na jaw, że jest głównym (albo, o zgrozo, jedynym).
Ja żyję w związku partnerskim mimo finansowych utrudnień i reszty prawnych przeszkód, którymi obdarza mnie państwo.
Kto zmieni Ci pampersa?
„Ślubowanie przed najbliższymi (i Bogiem) ma ogromną wartość”, „Taką przysięgę łatwiej dochować”, „Formalności rozwodowe uratowały z kryzysu wiele małżeństw”, „To symbol dojrzałości”.
Czy tylko ja zauważam, że takie podejście jest raczej dziecinne i bywa wręcz szkodliwe?
Zrzućmy z tego wszystkiego kolorowe szaty romantyzmu. Nie ma wątpliwości, że każdy związek, aby traktować go poważnie, musi opierać się na uczuciach. Intymność, emocje, wsparcie; to ma (powinno mieć) największą wartość. Oświadczyny, ślub to symbole wynikające z tradycji i potrzeb, ale sprowadzają się do idealizowania decyzji dwojga ludzi. Równie dobrze mogli ją podjąć i ci, którzy są po prostu razem.
Gdy zedrzeć z małżeństwa to ckliwe wdzianko, z samych źródeł wyjdzie, że jest to całkiem skuteczna smycz (z kolczatką) na partnera. Ślub skutecznie utrudnia ucieczkę osobie, z którą się wiążemy. Ceremonii nadano takiej wagi, że małżonkowie czują, że wydarza się właśnie coś ogromnego.
Czy przyrzekanie przy ludziach ma większą wartość niż słowo, które dajesz ukochanej? Może potrzebujesz podpisu, bo nie ufasz temu, z kim zamierzasz spędzić resztę swojego życia? Boisz się, że w kryzysie ot tak cię zostawi? Chciałbyś ją zmusić by, cokolwiek się stanie, była twoim wsparciem, albo — co gorsza — niańką? By zawsze cię kochała? Przecież to niemożliwe.
Dlaczego miałbym chcieć kogoś w tak perfidny sposób przy sobie zatrzymywać? Jak to świadczy o dojrzałości i odpowiedzialności, kiedy przy partnerze trzyma głównie wstyd i strach przed samotnością i piętnem? Ile małżeństw się nienawidzi? Ile par wykorzystuje do walki ze sobą Bogu ducha winne dzieci, tylko dlatego, że nie mieli zapału albo odwagi, aby się w końcu rozstać? Po ślubie wszystko miało się zmienić! Nie zmieniło się. Co powiesz o człowieku, który tkwi w nieszczęśliwym związku wyłącznie dlatego, że rozwód to przypał?
Ty też nie możesz mieć pewności, dlaczego małżonek wciąż jest przy tobie. Bo cię kocha i chce? Oby.
Waga samej instytucji, napiętnowanie społeczne i zawiłości prawne często skutecznie wymuszają drugą szansą dla małżeństw. Dzięki temu uratowano wiele rodzin, nie przeczę. Nie sądzę jednak, że powinno się brać to za argument na korzyść ślubów. Tym bardziej, jeżeli mowa o dojrzałości. By dać (i wykorzystać) drugą szansę związkowi partnerskiemu potrzeba wszystkiego więcej. Siły, rozsądku, cierpliwości. Bo nie będzie wstydu, sądów ani handlu winą. Po prostu koniec. Od razu i szybko.
Można nazwać dojrzałym człowieka, który spieprza z relacji przy pierwszych problemach? A takiego, który chce, ale nie ucieka tylko dlatego, że nosi obrączkę?
Ostatnią rzeczą, jaką chciałbym sprowadzić na, de facto, najbliższą mi osobę to uczucie, że jest do mnie przykuta; nawet jeśli na łożu śmierci nie będzie miał mi kto podać szklanki wody.
Jesteś taka piękna…
Bo to ten wyjątkowy dzień, prawda?
Dla ciebie na pewno; a dla twojego przyszłego małżonka? Pomińmy to, co powiedział; stawiam dolary przeciwko orzechom, że gdyby dać mu wybór, którego konsekwencji (twój foch, burzliwe rozstanie, zwątpienie w miłość, wypominanie do końca życia itp. itd.) na pewno nie poniesie, nie byłoby już tak różowo.
Faktycznych statystyk nie poznamy nigdy. Odnoszę jednak wrażenie, że w świecie, w którym to mężczyzna mógłby bezkarnie podjąć ostateczną decyzję, ilość zawieranych ślubów stanowiłaby promil tego, co widzimy dzisiaj (i to w wypadku, gdyby pozwolono zawierać je homoseksualistom).
Mam pewien dylemat. Płeć piękna, zresztą bardzo słusznie, punktuje fałszywy obraz przedstawiany w filmach pornograficznych. Kobiety tak nie wyglądają; nie robią; nie podoba im się to. To fikcja trafiająca w najbardziej prymitywne instynkty mężczyzny. Oczywiste.
Dlaczego więc bez najmniejszych ogródek, domagacie się podziwu i zachwytów?
Ceremonia jak w ckliwych romansach. Szara myszka ewoluuje w księżniczkę. Księżniczka zostaje królową. Najpiękniejsza na balu; wszystkie oczy zwrócone w jej stronę. To jej wieczór. I to jeszcze jest całkiem urocze, ale dlaczego jedna z drugą oczekują, że ciąg dalszy potoczy się również jak w baśni? Mężczyzna, chcąc przetrwać, jest wręcz zmuszany do zaangażowania się w to przedstawienie. Karaty, kaplice, kwiaty, orkiestra i nakrycia do stołu. Pierwszy taniec, torty, żenujące zabawy i udawanie, że już lubi się wszystkich.
Po ślubie wszystko musi się zmienić na lepsze, chociaż nikt nie ma pojęcia, co to naprawdę znaczy; to punkt zwrotny waszego życia; sypialnia z płatkami róż i romantyczne kolacje przy zachodzie słońca; małżeństwo w końcu go uleczy z przywar i zmieni w wymarzonego księcia; zawsze wyjdą cało z opresji, silniejsi wspólnie i każde z osobna; będzie troskliwy i wrażliwy, stanowczy, twardy i zawsze po jej stronie; ona piękna, zmysłowa, ale zaradna i dzielna. Na zawsze razem. Życie jak z hardkorowego pornosa dla kobiet.
Wróćmy na Ziemię. Jak wiele kobiet domaga się ślubu z interesownym uśmieszkiem? Bo kandydat zamożny, więc ustawi. Pora nałożyć mu kolczatkę ze smyczy zapewniającą bezpieczeństwo.
Sam preferuję raczej tradycyjne podejście do związków. Zgadzam się, że to mężczyzna ma być filarem (zarówno finansowym, jak i emocjonalnym), ale wolę by decyzja czy chcę nim zostać (i być) wynikała ze szczerego zaangażowania mojej kobiety; żeby nie musiała być ustępstwem pod wyżebranym musem.
Egoistyczne bezpieczeństwo to kwestia obojga płci. A ślub rozleniwia. Niezauważalnie i konsekwentnie. Partner na smyczy, zatem po kij aż tak ciągle się starać? To uciążliwe; na dłuższą metę męczące. Powoli tracąc czujność, pokazujemy swoją prawdziwą twarz. Faceci hodują brzuchy, pierdząc w kanapę z piwskiem w łapie; kobiety tyją i brzydną, bo nie muszą już się podobać. Podobne zachowanie w partnerstwie nie ma raczej racji bytu. Jeżeli udajesz, druga strona w końcu się pokapuje, a wtedy wielce prawdopodobne, że ucieknie; gdy zdziadziejesz i zgnijesz też. Po ślubie z tym może być gorzej. Zresztą, jak niby powiedzieć rodzinie, że mam zamiar się rozwieść, bo ona się spasła? Jak mam wyjść do koleżanek, skoro rozwodzę się, bo mój (jeszcze niedawno) książę, po ślubie zamienił się w śmierdzącą potem baryłę łoju? Wygląd, atrakcyjność, seks to nie wszystko! Miłość się liczy, tamto to tylko szczegóły; tylko czasami zabierające ludziom szczęście, by go nie oddać już nigdy.
W surowym skrócie: Najpierw się uwodziliście; czyli okłamywaliście nawzajem, grając postacie, które nigdy nie pierdzą. Buzujące uczucia wspaniale łagodzą odbiór zachowań i ułomności, które normalnie was wkurwiają. Przemilczaliście iskry kłótni; małe i większe sprawy, których nie mogliście u partnera znieść. Takie trochę podwójne życie. Ciągła spinka, by utrzymać sztuczną kreację, która w waszym mniemaniu jest dla tej drugiej strony odpowiednio atrakcyjna. A potem ślub; „po ślubie” to idealny moment, by przestać wreszcie udawać.
Poznawanie się dopiero po ślubie nie wydaje się rozsądne, a jednak często tak właśnie się to odbywa. Po kiego grzyba wciąż tak kombinować, skoro i tak już nie ucieknie? Można zluzować hamulce i zrzucić maski (i nie mam na myśli wyłącznie makijażu). Nie wiem skąd tylu zdziwionych, że „to nie ta osoba, z którą brałem/łam ślub!”. Tym bardziej, kiedy sami nie są tymi, za których się podają.
Podejrzanie często ślub staje się cichym narzędziem. Pewnie jestem uprzedzony, ale dziwnym trafem najwyraźniejszą zmianą na lepsze, jaka następuje po zawarciu małżeństwa, jest pantoflarstwo mężczyzny. Nie czepiam się jednoznacznie pozytywnych zmian, kiedy Seba, zamiast pod blokiem handlować fetą, robi grilla z teściami; jak człowiek. Mam na myśli ten bezgłośny przeskok. Oficjalnie wiadomo, co się stało, ale poruszamy ten temat jednie w żartach. Jakby po nocy poślubnej mężczyzna wyrzekał się części siebie. Kobieta jedynie to nadzoruje.
Pasje tracą moc, zainteresowania to marnotrawienie czasu (i pieniędzy), żarty stają się niesmaczne, a znajomości zbędne. Powoli i konsekwentnie. Czasem nagle i z wiecznym zamieszaniem. Najczęściej sami uznajemy, że „hyhyhy, tak to już jest po ślubie”.
Małżeństwa to także pewnego rodzaju samonapędzająca się machina. Musicie być szczęśliwi. Inna opcja w grę nie wchodzi. Stefan łoi wódę na umór, a potem rozwala meblościanki; czasem i tobie (i dzieciom) się przyklei, ale wśród znajomych i bliskich wasze małżeństwo to bajka. Wspólne wycieczki, zabawy z dziećmi i sielska atmosfera. Przecież wstyd powiedzieć, że się nie układa! Co ludzie powiedzą!? Bywa, że takie rodzinno-przyjacielskie spędy to licytacja pt.: „Kto ma najlepiej”. Spotkają się trzy małżeństwa i wszyscy kłamią, jak to jest super; ileż w nich miłości, dobra; szczęścia. A potem wracasz do domu i widzisz tylko czerwony z przepicia pysk Stefana… „Oni wszyscy są tacy szczęśliwi, czemu nie ja!?”. A co jeśli oni kłamią zupełnie jak wy?
2+2
Jedyną przemilczaną odpowiedzią na moje pytanie jest ta najbardziej oczywista: „Dla pieniędzy”. Oficjalnie wprost rzadko się o tym mówi, ale i tutaj chciałbym poznać prawdziwe statystki. Ile par biorąc ślub, nawet przez moment nie pomyślało o kasie; w żadnej formie.
Ślub to przecież zwieńczenie pięknej miłości! Nikt nie przelicza uczuć na złotówki, to obrzydliwe!
Jasne. Ale trzeba dokładnie przekalkulować, ile co kosztuje i ile średnio w kopercie dostarczą goście. Co się opłaca, a co nie. Impreza musi się zwrócić, a przecież fajnie jakby jeszcze coś zostało. Wiadomo, że na wesele zaprasza się tylko najbliższych, aby mogli cieszyć się szczęściem młodych; ale jakby co to mają kupić prezent z listy, żeby nie przynieśli jakiegoś niepotrzebnego gówna, które trzeba potem wystawiać na olx; zamiast kwiatków losy, bo tamte i tak zwiędną, a z totka może coś dodatkowo wpadnie. Babcine zaskórniaki trzymane w skarpecie specjalnie na tę okazję również są bez znaczenia; to, co da ojciec młodej też. W żadnym wypadku nie chodzi o kasę, aczkolwiek w przypadku rozwodu będziemy się szarpać o każdą złotówkę; a gdy los pozwoli to nawet o alimenty dla kobiety. Pieniądze nie są przecież najważniejsze! Dlatego też nawet jedno małżeństwo nie rozpadło się z powodu ich braku; ani dlatego, że ktoś inny miał więcej…
Jak zwierzęta
Ślub ukazuje się jako substytut odpowiedzialności: Jesteś małym człowiekiem, który w kryzysie ucieka od najbliższych? Zatrzymamy cię siłą. Jako perfidne narzędzie kontroli i wzbudzania poczucia winy przez organizacje religijne: Tylko płacąc (pieniędzmi i posłuszeństwem) twoja miłość w oczach Boga jest wartościowa. Jako przedmiot wyrachowanej kalkulacji: Tu zniżka, tam prezent, potem podział majątku. Jako wytchnienie od kłamstw: Już nie musisz wydziwiać, by małżonek cię chciał — masz na to papier. Jako uwolnienie od presji: Nie trzeba się wstydzić, że jest się starą panną czy starym kawalerem, których nikt nie chciał. Jako ułudne zwieńczenie dziecięcych marzeń: Od dziecka każdej dziewczynce wmawia się, że musi znaleźć męża — wszak wszystkie księżniczki znajdują. Jako narzędzie do emocjonalnego szantażu, bo jeśli naprawdę ją kochasz, to co ci szkodzi się ożenić?
Oczywiście nie śluby są przyczyną nieszczęśliwych związków, bo to ludzie odpowiadają za to, jak toczą się ich relacje. Dlatego też ślub sam w sobie nie może być źródłem szczęścia; a tak na każdym kroku próbuje się ludziom (szczególnie młodym) wciąż wmawiać. Udane małżeństwa byłby trwałymi i wartościowymi związkami i bez tej całej otoczki. Kwaśnych, słabych, niedopasowanych (również seksualnie!) partnerów ślub może i zatrzyma przy sobie, ale czy jest to dla nich (i otoczenia) dobra nowina?
A moje podstawowe pytanie i tak wciąż pozostaje bez odpowiedzi.