W takim czy innym czasie religia aprobowała wszystkie rodzaje sprzecznego i niekonsekwentnego postępowania, w pewnym okresie religia aprobowała praktycznie wszystko to, co teraz uważa się za niemoralne czy grzeszne. Sumienie, nie nauczane przez doświadczenie i pozbawione pomocy rozumowania, nigdy nie było i nigdy nie może być bezpiecznym i bezbłędnym przewodnikiem ludzkiego postępowania. Sumienie nie jest boskim głosem przemawiającym do ludzkiej duszy. Jest ono tylko całkowitą sumą moralnej i etycznej zawartości obyczajów każdego aktualnego stadium egzystencji; reprezentuje tylko wyobrażony po ludzku ideał funkcjonowania w każdym określonym zespole okoliczności.
92:2.6 (1005.2)
Zanim przysiadłem, żeby przygotować ten materiał, nie rozmyślałem wiele nad naturą sumienia. Może miałem je za zupełnie nieuchwytne, w jakimś sensie niebezpieczne; może wręcz przeciwnie — było zbyt oczywiste, więc uznałem, że zaduma nad nim nie ma większego sensu. Wiedziałem, że jest, głębiej jednak nigdy się nie zapędzałem. Religijne naleciałości zrobiły swoje.
W religiach sumienie to duchowy dar — głos, który pomaga i pozwala odróżnić dobro od zła. Czujemy zresztą, że tak właśnie (mniej więcej) działa; nieuchwytny charakter jego podpowiedzi również zdaje się takie tezy potwierdzać. Jest też chyba jedynym dowodem na istnienie nadprzyrodzonych, moralizatorskich sił, o których religie tak chętnie uczą. Łatwo więc odnieść wrażenie, że poprzez wyrzuty sumienia swoją dezaprobatę wyraża sam Bóg. Jak sumienie wybrzmiewa w definicji Księgi Urantii?
Niniejszy wpis otwiera serię opracowań zestawiających subiektywne interpretacje przesłań Kościoła katolickiego z naukami Księgi Urantii. W pierwszej kolejności moją intencją jest przybliżyć zapisy Księgi — i takie jest przeznaczenie tej strony; jednak krytyka najbliższej mi organizacji religijnej wyłania się przy okazji i naturalnie. Przekazy są spójne w swoim neutralnym tonie i choć bezpośrednio nie krytykują żadnej religii, jednoznacznie piętnują wszelkie błędne idee, które Boga i wiary dotyczą. Moje podejście nie będzie tak subtelne.
Bezbożnicy
Katechizm Kościoła katolickiego mówi, że „człowiek powinien być zawsze posłuszny pewnemu sądowi swojego sumienia” oraz że „ma prawo działać zgodnie z sumieniem i wolnością, by osobiście podejmować decyzje moralne. «Nie wolno więc go zmuszać, aby postępował wbrew swojemu sumieniu. Ale nie wolno mu też przeszkadzać w postępowaniu zgodnie z własnym sumieniem, zwłaszcza w dziedzinie religijnej»”. Oczywiście dodano, że „odrzucenie autorytetu Kościoła i Jego nauczania” może wypaczać postawa moralną, więc jednocześnie i sumienie. W innym miejscu jest mowa o tym, że sumienie „może wydać zarówno prawy sąd zgodny z rozumem i prawem Bożym, jak i — przeciwnie — sąd błędny, który od tego odbiega”, ale słuchając głosu sumienia człowiek „może usłyszeć Boga, który mówi”. Logiczne.
Człowiek z jednej strony powinien więc zawsze podążać za głosem sumienia — bo za jego pośrednictwem może dowiedzieć się, co ma do powiedzenia sam Bóg, z drugiej jednak okazuje się, że sumienie może się mylić. Czy oznacza to, że Bóg jest omylny? Ciekawa w tym kontekście jest również boża sprawiedliwość, gdy Stwórca z jakiegoś powodu nie podpowiada jak powinien tym, którzy nie mieli szczęścia, żeby urodzić się katolickim kraju. Moralność i etyka, a więc i sumienie, bywają przecież rozumiane zupełnie inaczej w zależności od miejsca pochodzenia czy wyznania. Z szerszej perspektywy sprawa jest jednak prosta — sumienie jest głosem Boga wyłącznie wtedy, kiedy jego napominania będą zbieżne z aktualnym interesem Kościoła.
Przytoczony na początku Przekaz zwięźle i trafnie definiuje, jak należy traktować sumienie. Zaczynając jednak od początku — sumienie po prostu jest i ma je każdy (normalny) człowiek. Tu, niezależnie od nomenklatury czy przekonań, raczej nie widzę pola manewru. Nawet ateiści się go nie wypierają, zatem trudno je wiązać z odczuciami wyłącznie religijnymi. Kościół katolicki zwyczajnie zagrabił sobie to (jak i wiele innych) naturalne, ewolucyjne narzędzie służące uspołecznianiu człowieka; i, jak zawsze zresztą, wydaje autorytatywne sądy również na ten temat. Stąd krótka droga do wskazywania tych, których poglądy nie zgadzają się z aktualnym przekazem organizacji, jako ludzi bez sumienia. A co za tym idzie gorszych i niewiarygodnych, bo pozbawionych tego niby boskiego głosu.
Suma moralnych i etycznych treści obyczajów
Księga Urantii jednoznacznie przeczy kościelnym rewelacjom. Sumienie nie jest boskim głosem. Fragment Boga — Dostrajacz Myśli, który wspiera każdego człowieka, nie ma z sumieniem nic wspólnego; co najwyżej możemy jego wskazówki z wyrzutami sumienia mylić.
Jakość filozofii religijnej wypływa ze zdolności do odróżniania świata materialnego od rzeczywistości duchowych. „Zdrowa filozofia religijna nie myli spraw Boskich ze sprawami Cezara”. Oznacza to, że wyrzuty sumienia o smaku codzienności, nigdy nie będą mieć bezpośredniego powiązania z Bogiem. Dosadnie obrazuje to jeden z Przekazów, gdzie prymitywne religie nazwano „bajkami opowiadanymi przez sumienie”. Stosunek do bliźniego oraz kierunek, w którym się chcemy się rozwijać, są oczywiście istotne, ale jacy jesteśmy i kim się stajemy, zależy wyłącznie od samodzielnie podjętych decyzji. Nie od Boga; nie od księdza. Wygodnie byłoby usłyszeć, co muszę robić (a czego nie), aby żyć zgodnie z wolą Stwórcy, nie przeczę. I na takim właśnie duchowym lenistwie żerują organizacje religijnie oraz sekty. Niestety, odpowiedzialność za siebie musimy wziąć sami. A jeżeli jesteśmy duchowo pouczani, to na pewno nie przez sumienie; i nie w sposób, jaki nam się wydaje.
Cytowany Przekaz mówi, że sumienie jest „sumą moralnych i etycznych treści obyczajów każdego aktualnego stadium egzystencji; wyraża po ludzku pojmowany ideał funkcjonowania w określonych okolicznościach”. Jest to więc wpojony przez aktualne (i lokalne) obyczaje moralny kodeks. Nic ponadto. Dlatego sumienia ludzkie tak bardzo się różnią; dlatego z czasem ewoluują. Australijscy Aborygeni, szejkowie z Arabii Saudyjskiej i polscy ateiści mają różne kodeksy moralne. Nie dlatego, że odwrócili się od jedynego prawdziwego — katolickiego Boga, ale dlatego, że okoliczności i obyczaje ukształtowały ich sumienia w taki, a nie inny sposób.
Arbitralne ocenianie ludzkiego postępowania przez pryzmat ustalonych przez siebie (i wielokrotnie zmienianych) dogmatów jest co najmniej bezczelne. Ustawiczne, agresywne indoktrynowanie dzieci, tak aby wtłaczane im, w wielu wypadkach szkodliwe osądy budziły potem wyrzuty sumienia, wywołuje u mnie mdłości. Tym bardziej, kiedy Kościół bez zająknięcia wypycha to wszystko w usta samego Boga.
Konstrukt społeczny
Katechizm Kościoła katolickiego głosi, że „sumienie powinno być uformowane” i że „wychowanie sumienia jest zadaniem całego życia”; w czym oczywiście jesteśmy „prowadzeni pewnym nauczaniem Kościoła”. Być może źle interpretuję te słowa, ale czy nie oznacza to, że sami (no dobra, z niezbędną pomocą księdza) formujemy i wychowujemy głos Boga? Wydaje się, że słowo boże powinno być niezmienne i uniwersalne, a nie wychowywane; tym bardziej naukami innych ludzi. Wychodzi, że i tutaj rozbrzmiewa znana śpiewka — sumienie będzie głosem Boga wyłącznie wtedy, kiedy Kościół je odpowiednio wytresuje.
Kościół sprytnie wymyślił specjalną, służącą temu procedurę — rachunek sumienia. W Katechizmie nazywany jest „przygotowaniem do pokuty”, czyli do „radykalnej przemiany całego życia”; do „odwrócenia się od zła”. Kapłani, zgodnie ze swoją świętą misją, i ma się rozumieć, w imieniu Boga, wyłożą nam jak rachunek sumienia prawidłowo robić. Nie może przecież być tak, żebyśmy samodzielnie i w zgodzie ze sobą zastanowili się, jakiego postępowania rzeczywiście żałujemy.
W samym Katechizmie nie znalazłem wprawdzie informacji jak prawidłowo przeprowadzić rachunek sumienia, ale księża uczą tego w szkołach — jako codziennego (!) ćwiczenia duchowego; niektóre parafie publikują na swoich stronach internetowych zalecenia dotyczące rachunku sumienia. Sama procedura w pierwszej kolejności wymaga zapoznania się ze swoimi ewentualnymi grzechami. Polega to na wypowiedzeniu konkretnych twierdzeń — grzechów, aby ocenić czy się je popełniło. Jeżeli odpowiedzi będą twierdzące, oznacza to, że zgrzeszyliśmy. Wtedy należy się wyspowiadać i co najważniejsze, postanowić, że już więcej grzeszyć nie będziemy; i konsekwentnie się tych decyzji trzymać.
O ile niektóre z takich zagadnień są całkiem zasadne, jak np. „Odnosiłem się do rodziców w sposób ubliżający, kłóciłem się z nimi, obmawiałem ich, biłem ich, wstydziłem się swoich rodziców” czy „Życzyłem sobie lub bliźniemu śmierci”; i chociaż takich obiektywnie właściwych pytań-twierdzeń jest całkiem sporo, to między nie zgrabnie wpleciono takie, które służą wyłącznie Kościołowi. Np.: „Występowałem przeciw nauce Bożej lub nauce Kościoła”, „Opuściłem z własnej winy Mszę świętą w niedzielę lub w święto nakazane” czy „Nie dbałem o moralne i religijne wyrobienie i wychowanie dzieci (modlitwa, Msza święta w niedziele i święta, uczęszczanie na lekcje religii, przyjmowanie Sakramentów)”. Takich idiotycznych pseudo grzechów jest multum. Wiele z nich wręcz kipi od hipokryzji („Wierzyłem w zabobony, wróżby czy horoskopy”, „Ceniłem pieniądz, wygody, przyjemności, sport itp. bardziej niż sprawy Boże”, „Zmuszałem kogoś do przyjęcia poglądów sprzecznych z jego przekonaniami”).
Kościół nie tylko od dzieci wymaga cyklicznego i jak najczęstszego rachunku sumienia. Przecież przed każdym przyjęciem komunii powinno się uprzednio wyspowiadać. A skuteczna spowiedź możliwa jest wyłącznie po przeprowadzeniu rachunku sumienia. Jeżeli więc notorycznie, systematycznie i od dziecka będziemy sobie wmawiać, np. że sceptyczność wobec nauk Kościoła jest grzechem, w końcu tak wytresujemy sumienie, że każda mała wątpliwość co do jego szczytnych intencji wywoła wyrzuty. Dostrzegasz perfidię takiej wyrachowanej indoktrynacji? Jak to wszystko wypływa na chłonne umysły dzieci? Jak na starszych ludzi, którym nigdy nie zezwolono na poznanie innej prawdy, więc przez dziesiątki lat, bombardowani naukami Kościoła, systematycznie przeprowadzali rachunek sumienia? Nie zapominajmy o sprzyjającej takiej tresurze wszechobecnej polityczno-społecznej katolickiej presji. Bo gdyby podczas przeprowadzania rachunku sumienia umknęło komuś wyodrębnienie grzechu „występowania przeciw nauce Kościoła”, błogosławieni duszpasterze za pośrednictwem każdego możliwego kanału środków przekazu przypomną, że „atak na Kościół jest atakiem na Boga, rodzinę i Polskę”. I tak latami.
Tego popołudnia trzech apostołów doznało szoku, kiedy uświadomili sobie, że religia ich Mistrza nie posiada klauzuli duchowego rachunku sumienia. Wszystkie religie, przed i po czasach Jezusa, nawet chrześcijaństwo, pieczołowicie wprowadzały dokładny rachunek sumienia, ale nie religia Jezusa z Nazaretu. Filozofia życiowa Jezusa nie zawiera religijnej introspekcji. Syn cieśli nigdy nie uczył tworzenia charakteru; nauczał rozwoju charakteru, oświadczając, że królestwo nieba jest jak ziarno gorczycy. Ale Jezus nie powiedział niczego, co mogłoby zakazywać rachunku sumienia jako środka zapobiegania zarozumiałemu egotyzmowi.
140:8.27 (1583.1)
Sumienny postęp
Pomimo tak wielu sprzeczności, w kwestii samego formowania sumienia, nauki Kościoła miejscami są zgodne ze stanowiskiem Księgi Urantii. Sumienie rozwija się i kształtuje z czasem; zarówno z punktu widzenia jednostki — wraz z wiekiem, jak i z szerszej perspektywy — idąc z postępem cywilizacyjnym całych grup społecznych. Z tego właśnie powodu Przekazy wskazują, że błędem jest osądzać „prymitywną religię człowieka” albo „religię człowieka prymitywnego” przez pryzmat współczesnych standardów. Widać to zresztą w samym Kościele, który z upływem czasu (acz cichcem i z bólem) modyfikuje swoje przesłania i niby niezmienne boskie prawa. W tym akurat wypadku należy to uznać za pozytywny trend. Choć niechętnie się do tego przyznają, przeszłe poczynania ludzi Kościoła, zgodne przecież ze słowem bożym, często bywały nieludzkie i ohydne. Wciąż są. Tu znów jak ulał pasuje przytoczony we wstępie Przekaz: „W takim czy innym czasie religia zezwalała na wszelkiego rodzaju sprzeczne i niekonsekwentne zachowania, w pewnym momencie aprobowała praktycznie wszystko, co obecnie uważa się za niemoralne lub grzeszne”.
To o czym Kościół doskonale wie i na czym tak chętnie żeruje, wynika również z Przekazów Urantii. Na kształt sumienia wpływają obyczaje i presja otoczenia. Nie Bóg. Rozwój, w ogromnym uproszczeniu, polega na poznawaniu siebie i podążaniu ścieżkami, które w danym momencie wyglądają atrakcyjnie. Jednak żeby móc się rozwijać, niezbędna jest doza samokrytyki; i wsparcie otoczenia (a przynajmniej jak najmniej rzucanych przed nogi kłód). Tym właśnie jest sumienie — odruchem samokrytyki opartym na wartościach i ideałach, które z jakichś powodów uznaliśmy za własne. Dzięki temu człowiek, rozwijając się, chcąc nie chcąc dostosowuje swoje postępowanie do zasad panujących w grupie. Niezależnie od tego, czy nazwiemy je świętymi, czy grzesznymi; ba, niezależnie od tego, czy rzeczywiście takie będą. Cywilizacja formuje czasem przedziwne zasady, ale na nich się wspiera. Sumienie nie jest wybredne i zaakceptuje je wszystkie. Dzięki temu ułatwia nam żyć obok siebie; tak, abyśmy mogli się rozwijać wspólnie. I to jest jego podstawowe zadanie.
Głos Boga
To, że sumienie nie jest karcącym sądem Boga, nie oznacza, że powinniśmy je ignorować. Jego mechanizm wynika z reakcji czysto psychicznych, jednak jak mówi Księga Urantii „nie należy nim pogardzać”. Warto postawić przy sumieniu subiektywny, zdrowy margines.
Bo funkcjonuje w nas prawdziwy i autentyczny głos Boga w postaci Dostrajacza Myśli. I o ile sumienie kłuje, by postępować właściwie, to dzięki sygnałom Dostrajacza, możemy dowiedzieć się, co jest naprawdę dobre. Sumienie to typowo ludzkie, ewolucyjne narzędzie, które pozwala odróżnić, co aktualnie uznawane jest za złe; Dostrajacz Myśli podpowiada, co jest po prostu złe. Te dwa „zła” nie muszą być wcale tożsame. Pierwsze może być i często jest lokalne i tymczasowe, to drugie zawsze jest uniwersalne i niezmienne. Problemy z ustaleniem co jest czym, powinny być rozwiązywane przez indywidualne rozróżnienie i osobiste decyzje każdego z nas; nie przez nauki kapłanów.
Nie mam sumienia
Im bliżej czuję Boga, tym dalej jestem od Kościoła; choć wydawało mi się, że dalej już być nie mogę. Przygotowując materiały jak ten, ze zdumieniem przecieram oczy i wciąż nie dowierzam, jak bardzo można wypaczać uniwersalne prawdy; i jak niesmaczne są przez to poczynania tej organizacji. Kościół nie przestaje mnie zaskakiwać. A nie tylko w tym wypadku ma się za Boga samego. Zagrabienie sumienia jest jednym ze szczytowych objawów jego perfidii, bo nie dość, że rzeczywiście wydaje się czymś nadludzkim — nienamacalnym i trudnym do zdefiniowana — to zdecydowana większość ludzi je słyszy. Każdy przecież choć raz poczuł dyskomfort wyrzutów sumienia. Sumienie nawet brzmi trochę jak głos Boga. Uważam, że nie (pseudo) cuda, nie tradycja, a właśnie zatrute sumienia najskuteczniej trzymają zrzeszonych w obłudnych ryzach Kościoła; to też najsilniejszy wabik na niezdecydowanych i wątpiących. Księga Urantii kolejny raz wytrąca kapłanom z rąk narzędzia służące manipulacjom.
Poświęć kilka chwil na introspekcję. Samodzielnie oceń, co podpowiada ci sumienie. Następnie zastanów się, które z tych napominań są uniwersalne i służą dobru wszystkich i każdego z nas z osobna, a które wynikają z religijnej indoktrynacji, więc wiążą się z obrzędami czy przywilejami konkretnych grup ludzi. Choć to nie łatwe, cierpliwie tresuj swoje sumienie, aby być dobrym człowiekiem — bratem dla drugiego; nie żołnierzem wojującym w imieniu organizacji łasej na pieniądze i władzę.
Poczucie winy (nie świadomość grzechu) wywodzi się albo z zakłóconej komunii duchowej albo z obniżenia ideałów moralnych człowieka. Uwolnić się od tak kłopotliwego położenia można tylko przez uświadomienie sobie, że czyjeś najwyższe, moralne ideały niekoniecznie są równoznaczne z wolą Boga. Człowiek nie może się spodziewać, że będzie żył zgodnie z swymi najwyższymi ideałami, ale może być wierny swemu celowi, aby znaleźć Boga i stawać się coraz bardziej jemu podobnym.
103:4.3 (1133.3)