Nic nie może narobić nam w głowach większego bałaganu niż świadomość nieuchronnej śmierci. Paradoksalnie to chyba jedyne poczucie, które może zabić za życia. Ślęczy nad każdym jak posępny, cierpliwy kat i tylko Ty wiesz, jak często do niego wracasz. Bo też kiedyś umrzesz.
A życie nie pozwala zapomnieć o śmierci. Wątpię, czy znajdzie się ktoś, kto nie myślał o niej nigdy. Od kiedy pierwszy człowiek uświadomił sobie, co go czeka, mamy nadzieję zrozumieć śmierć. A potem odkryć, czy coś jest po drugiej stronie.
Nie można powiedzieć, że takie spekulacje są wyłącznie religijne. Niewierzący mają przecież własne poglądy na ten temat. A widmo śmierci potrafi zweryfikować, wydawałoby się niezłomne ludzkie postawy. I kiedy pozwolimy sobie na nieco więcej szczerości, może się okazać, że nie tylko o samej śmierci, ale i o własnej postawie wobec niej, nie wiemy praktycznie nic.
Księga Urantii do śmierci podchodzi rzeczowo. Swoim zwyczajem redefiniuje także to pojęcie, tym razem jednak nie pozostawia wielu niedomówień. Choć sama ma religijny charakter i zachęca do opartej na wierze nadziei w zmartwychwstanie, jej perspektywa wyraźnie różni się od tej, jaką zwykle proponują religie. Na stronach Księgi znajdziemy nie tylko chłodną klasyfikację, ale też historię naszych prób oswojenia śmierci; i oswajania się ze śmiercią.
Tabu
Dziś może być trudno uwierzyć, jak niewiele wiedzieliśmy o śmierci. U zarania gatunku i przez kolejne tysiąclecia wczesny człowiek nie zdawał sobie sprawy, że śmierć jest naturalnym i nieuniknionym końcem życia. Jakbyśmy byli pewni swej nieśmiertelności. Widzieliśmy, że rany ciała mogą być śmiertelne. Jednak gdy przychodziła bez widocznej przyczyny — z powodu choroby czy starości — wprawiała nas w konsternację. Uznaliśmy więc, że każda śmierć, jeżeli nie w następstwie obrażeń, jest nieszczęściem. Tajemniczym nieszczęściem.
Interpretacja świata podporządkowana była wtedy religii, sprowadzonej do wierzeń w świat kapryśnych, złośliwych duchów. To stamtąd pochodziło wszystko, co niewyjaśnione. Również śmierć. Byliśmy przekonani, że za zagadkowymi zgonami stoją nadludzkie siły. Człowiek żyjący wśród niezrozumiałych zjawisk szuka bezpieczeństwa w religijnych regułach. Podobne rytuały kultywujemy do dzisiaj; także by ustrzec się przed chorobą i śmiercią. Księga Urantii nazywa je tabu. Zmieniliśmy język, lecz potrzeba pozostała ta sama.
Tak też zrodziła się koncepcja grzechu jako zachowania (lub zaniechania), które obrażało duchy. Śmierć dzięki temu stawała się wreszcie logiczna. Grzech wynikał z pogwałcenia tabu — karą za grzech była śmierć. Najwcześniejsza religia nie wyrosła z miłości do życia, ale ze wstrząsu, jaki wywoływała nagła i niezrozumiała śmierć.
Przemoc i wypadki uświadamiały nam nie tylko, że śmierć jest realna — pokazywały też skąd się bierze. W swoich próbach zrozumienia jej natury człowiek skłaniał się jednak ku różnym koncepcjom. Wierzyliśmy, że choroby i śmierć przynoszą duchy. Później sądzono, że zachorować i umrzeć można w konsekwencji czarów; także samobójczych. Tam, gdzie brakowało wiedzy, lęk rodził kolejne domysły. Jednak pośród tych niepokojów i wymogów pojawiła się iskra nadziei.
Przed śmiercią ocaliły nas sny. Kiedy zmarły wódz po raz pierwszy przyśnił się współplemieńcom, człowiek otrzymał dowód na istnienie życia pozagrobowego. Okazało się, że my sami, poprzez śmierć, zasilamy świat duchów. To początki wierzeń w pośmiertną egzystencję. Myśl, że zmarli wracają, choć niosła wiele nowych tabu, pozwoliła nam zacząć mierzyć się z lękiem przed śmiercią. Bo śmierć nie musiała już oznaczać definitywnego końca. Zgodnie z pierwotnym, wewnętrznym przeczuciem mogliśmy żyć wiecznie.
Składniki życia
Być może błędy w naszych poglądach na śmierć mają wspólne źródło — wciąż nie wiemy, czym jest życie. Najczęściej patrzymy na nią w sposób skrajny: albo ktoś żyje, albo jest martwy. I to niezależnie od tego, czy mowa o biologii, czy o zbawieniu. A skoro mamy tylko jedno życie, wydaje się, że powinna być tylko jedna śmierć. Według autorów Księgi Urantii sprawa jest bardziej złożona.
W ujęciu Księgi Urantii rzeczywistość nie ogranicza się do poziomu materialnego. Nawet ta nasza, skończona rzeczywistość nie jest jednorodna — przejawia się w doświadczeniu ludzkim na pięciu, przeplatających się poziomach:
- Ciało — pochodzący od zwierzęcia mechanizm elektrochemiczny;
- Umysł — spostrzegający, odczuwający i myślący system, który prowadzi do poziomu duchowego;
- Duch — zamieszkujący umysł człowieka fragment samego Boga — Dostrajacz Myśli;
- Dusza — nieśmiertelny, wspólny wytwór umysłu i mieszkającego w nim Dostrajacza Myśli;
- Osobowość — czynnik jednoczący wszystkie powiązane ze sobą poziomy ludzkiego istnienia.
Intuicyjnie wydaje się, że w życiu i tak wszystkie te poziomy działają jako całość. I pod wieloma względami tak właśnie jest. Ale nie w przypadku śmierci.
Na chłodno
Mimo że w niektórych kulturach śmierć wciąż trąci mistycyzmem, dawne wierzenia przodków już prawie zniknęły. Wprawdzie ciągle spieramy się o to, co będzie (lub nie) po śmierci, a twarzą w twarz z kostuchą pytamy „Dlaczego ja?” albo „Gdzie jest Bóg?”, sam fakt istnienia śmierci udało nam się już zaakceptować. Dzisiaj ma jasną definicję: nieodwracalne ustanie oznak życia. Księga Urantii mówi jednak o trzech rodzajach śmierci:
- Śmierć materialna (śmierć ciała i umysłu). To rodzaj śmierci zgodny z naszą aktualną definicją. Oznacza zakończenie biologicznej aktywności organizmu. Autorzy Księgi są tu jednak nad wyraz precyzyjni: nie ma „zmartwychwstania ciał”, a śmierć materialna nie rozstrzyga niczego w kwestii życia wiecznego. Ciało jest jedynie narzędziem: pozwala doświadczać rzeczywistości, a doświadczenie to — przetwarzane przez umysł — staje się podstawą rozwoju duszy. To nieśmiertelna dusza jest sednem ludzkiego życia. Ciało zostaje na Ziemi.
- Śmierć intelektualna (śmierć umysłu). Nieodwracalne uszkodzenia mózgu wynikające z urazów czy chorób mogą być tak rozległe, że człowiek traci zdolność decydowania o sobie. W nadludzkiej administracji uznawany jest tym samym za martwego. Nawet kiedy jego ciało jeszcze funkcjonuje. Śmierć intelektualna, podobnie jak materialna, nie musi oczywiście oznaczać ostatecznego zakończenia bytu. Esencja człowieka — dusza — może, zgodnie z jego osobistą wolą, żyć wiecznie. Jednak bez umysłu ciało pozostaje jedynie pustym naczyniem. Nie odważę się zgadywać, gdzie leży granica pomiędzy życiem a intelektualną śmiercią.
- Śmierć duchowa (śmierć duszy). Jedyna nieodwracalna i ostateczna śmierć. Nieodłącznie związana z grzechem (czy raczej z prawdziwym grzechem, nie myl go z religijnymi nakazami — tabu). Nadchodzi, gdy człowiek ostatecznie, świadomie i w pełnej zgodzie ze swoją wolą, odrzuci boskiego ducha. To nie tylko najtragiczniejsza, ale i najbardziej zagadkowa ze śmierci, bo bywa zupełnie niezależna od materialno-umysłowej egzystencji. Biologicznie nic nie musi zdradzać, że z kosmicznego punktu widzenia śmiertelnik już nie istnieje.
Szafot Pradawnych Czasu
Księga Urantii nie zdradza wielu szczegółów duchowej śmierci. Wiemy, że w przypadku ludzi i aniołów nie nasi bezpośredni stwórcy — Synowie Stwórcy — sądzą grzeszników. Ich relacja ze stworzonymi jest zbyt bliska, by mogli to robić. Wyroki duchowej śmierci zapadają wyżej, na szczeblu superwszechświata, w sądach Pradawnych Czasu.
Długo nie umiałem pogodzić obrazu kochającego Boga z myślą, że miałby zabijać swoje dzieci. Bo z duchowej śmierci nie ma odwrotu. Wyrok Pradawnych Czasu definitywnie kończy byt utożsamiającego się z grzechem nikczemnika. Nie ma apelacji ani dodatkowego zmartwychwstania. Jednak analizując Przekazy Urantii, doszedłem w końcu do wniosku, że taki wyrok śmierci powinien być raczej zwany przyzwoleniem na samobójstwo.
Grzech, w uproszczeniu, rodzi się ze świadomego negowania rzeczywistości Wszechświatowego Ojca. Nikczemność to stałe życie w grzechu. Ten, kto wypiera boską rzeczywistość, jednocześnie się od niej oddala — a tym samym staje się coraz mniej rzeczywisty; aż w końcu przestaje istnieć. Bóg nie szykuje kar ani nie obarcza grzeszników piętnem. Pragnie ich powrotu i z radością przyjmuje każdego, kto wraca. Wystarczy szczera skrucha. Nie można jednak żyć w rzeczywistości, której nie ma. I kiedy nikczemnik raz po raz odrzuca miłosierdzie Ojca, przychodzi moment, w którym przestaje się wahać. Niezależnie od najpoważniejszych konsekwencji nie zmieni się.
Ktoś może zapytać, czy Bóg ma wystarczająco dużo cierpliwości. Odpowiedź Księgi Urantii jest jednoznaczna: każdy otrzymuje dość czasu i sposobności, by dogłębnie przemyśleć swoje stanowisko. Jednak „To, czego miłosierdzie nie zdoła zrehabilitować, sprawiedliwość w końcu unicestwi”. Bóg nieomylnie rozpoznaje zarówno pełne zespolenie z jego wolą, jak i jej definitywne odrzucenie. Gdy ta decyzja zapada na najgłębszym poziomie osobowości, jest nieodwołalna.
Sądy Pradawnych Czasu orzekają więc nie o egzekucji w naszym rozumieniu, ale że zapadła ostateczna decyzja. Dodatkowy czas jest niepotrzebny. Obdarzona wolną wolą osobowość, dzięki tej właśnie, ofiarowanej jej (i respektowanej) przez samego Boga wolności, wybiera śmierć ponad życie w świecie, z którym nie umie się pogodzić. Pełne utożsamienie się z boską rzeczywistością jest gwarancją życia wiecznego. Pełen sprzeciw wobec niej oznacza duchową śmierć. Nikczemnik staje się w końcu zupełnie nierzeczywisty. Znika.
Bóg nie wymierza kar grzesznikom; piekło nie istnieje. Nikczemnicy niszczą się sami. Umierają, bo nie potrafią żyć w jedynej istniejącej — boskiej — rzeczywistości. Nie dlatego, że zwiódł ich diabeł, nie dlatego, że nie przestrzegali tabu, nie z powodu własnej niedoskonałości. To ich osobista i niezależna decyzja. Boska miłość objawia się w wolności wyboru, a Ojciec Wszechświatowy nigdy nie ingeruje w wolę swoich dzieci. Nawet gdy ich wybory prowadzą do śmierci.
Ofiara życia
W potocznym języku takie pojęcia jak osobowość, jaźń czy charakter często zlewają się w jedno. Księga Urantii precyzyjniej je rozróżnia, ale tutaj możemy pozwolić sobie na uproszczenie: istnienie materialnej jaźni — ego — zależy od funkcjonowania ciała. Wielu traktuje generowane przez ego strumienie myśli i emocji jako jedyne niefizyczne doświadczenie. Tak bardzo zajmują uwagę, że łatwo pomylić je z duchowością. Z jednej strony wyczuwamy nieśmiertelną odrębną od ciała duszę, z drugiej ego podpowiada nam, że bez śmiertelnego ciała nie zostaje z nas nic. Można się w tym wszystkim pogubić.
Śmierć ciała niewątpliwie jest pewnym końcem. Zakorzeniony w ego instynkt samozachowawczy podszeptuje, że definitywnym. I to prawda. Ego, w znanej nam formie, rzeczywiście przestaje istnieć. Dlatego tak bardzo boimy się śmierci — niemal w pełni utożsamiamy się z materialną jaźnią. Nawet religie deklarujące troskę o sferę ducha, w praktyce operują głównie materią: rytuałem, obietnicą doczesnej pomyślności czy cudem. Trudno więc oczekiwać, że nasze wyobrażenia życia po śmierci będą inne.
Autorzy Przekazów Urantii mówią jasno: przetrwać śmierć mogą tylko te fragmenty ludzkiej tożsamości, które umysł zwiąże z duchem, a nie z materią. Wszystkie materialne formy są przemijające — trwałą wartość ma wyłącznie to, co duchowe. „Celem istnienia wszystkich osobowości jest duch”. Pośredniczący umysł może zwrócić się ku jednemu albo ku drugiemu. Gdy nastawia się wyłącznie na materię, coraz mocniej splata się z tym, co materialne. Gdy współpracuje z duchem, staje się coraz bardziej duchowy. Z tej właśnie współpracy z zamieszkującym człowieka duchem — de facto samym Bogiem — rodzi się nieśmiertelna dusza. To jedyna droga do życia wiecznego. Materia jest wyłącznie środkiem do celu.
Nie odzyskasz ciała po śmierci. Nie zabierzesz ze sobą bogactw. Dla kogoś, kto całe życie budował swoją tożsamość na rzeczach, taka konfrontacja z rzeczywistością będzie bolesna. Świadomość zmarnowanego czasu i konieczność zaczynania od nowa mogą być tak przytłaczające, że niektórzy uznają przemianę za zbyt trudną. Kiedy ego krzyczy, że tylko to, co materialne nadaje życiu sens, duch cicho przypomina, że pomimo strat po śmierci to wciąż będziesz Ty.
Jak żyć?
Doczesne ludzkie życie jawi się w Księdze Urantii jako stadium duchowo embrionalne. To, co znamy i czujemy, to ledwo początek — ze wszystkimi jego ograniczeniami i potencjałem. Dlatego trudno mi traktować poważnie religijne nauki, jakoby ziemskie potknięcia miały rozstrzygać o wieczności. Zwłaszcza gdy ubrano je w czysto ludzkie tabu. To tak, jakby szkolne uwagi stawały się podstawą ciężkich wyroków w dorosłym życiu.
Perturbacje planetarne zaburzyły i opóźniły nasz duchowy rozwój. Jesteśmy religijnie zagubieni i duchowo niepewni. Nie ma w tym grzechu — to część procesu. Jest nam trudniej, bo jesteśmy agondonterami. Ale tej najważniejszej decyzji o życiu nie musimy podejmować przed śmiercią. Mamy czas. I pełną sprawczość.
To, czy będziesz żył wiecznie, zależy od Twoich intencji. W tym sensie Księga Urantii mówi o prawdziwej religii — jako osobistej relacji człowieka z Bogiem. Jeżeli liczyłeś na gotowe instrukcje, co należy robić, aby pójść do nieba, muszę cię rozczarować. Nie zapewni Ci tego żadna instytucja ani autorytet. Księga Urantii też nie. Tylko twoja relacja z Bogiem — poprzez wybory Twojej woli — wskazuje kierunek Twojego życia. I zawsze możesz zawrócić. Decyzja o życiu nie zapada w świątyni ani w oczach innych. Zapada w Tobie.
Współczesne definicje grzechu noszą w sobie echo dawnych tabu. Tak pojmowany grzech nie musi rzeczywiście być „obrazą Boga” czy „przekroczeniem prawa Bożego”. Każda nasza koncepcja grzechu — nawet jeśli rości sobie prawo do boskiego autorytetu — pozostaje jedynie ludzką próbą uchwycenia dobra i zła. Wolność, jaką oferuje prawdziwa religia, jest tak głęboko duchowa, że zewnętrzne przejawy religijności trudno uznać za nadrzędne kryterium. Człowiek nie może właściwie ocenić drugiego człowieka. Nie jesteśmy jednak zdani wyłącznie na siebie.
Każdy z nas ma Boga w sobie — Dostrajacz Myśli to Twój osobisty i nieomylny doradca. Zdaję sobie sprawę, że w chaosie, jaki wprowadza ego, niełatwo rozróżnić jego cichy głos. Otrzymaliśmy jednak przykład doskonałego ludzkiego życia: Jezus objawił drogę, na której człowiek jednoczy się z zamieszkującym go Bogiem. Nie tylko dowiódł, że to możliwe — stał się żywym przykładem dla całego wszechświata. Czwarta część Księgi Urantii szczegółowo opisuje jego postawę i stosunek do bliźnich, korygując tym samym wiele utrwalonych wyobrażeń. To niewyczerpane źródło inspiracji. Jednak interpretacje życia Jezusa wciąż pozostają w gestii naszych osobistych refleksji — nie mamy przecież robić tego, co on, ale żyć tak jak on. Gdyby ktoś zapytał mnie „Jak żyć?”, odpowiedziałbym krótko: tak jak Jezus.
Jak nie umrzeć?
Niepewność w obliczu śmierci skłania nas, ludzi religijnych, do zadumy: Czy żyję godnie? Czy nie zmierzam właśnie ku duchowemu końcowi? A może już jest za późno?
Ja też, tak jak i Ty, czasami boję się, że nie rozumiem czegoś, co zrozumieć powinienem; że przegapiłem coś, co powinienem był zauważyć; że to, co wydaje mi się właściwe, wcale takie nie jest. Wracam wtedy do jednego z moich ulubionych Przekazów Księgi Urantii:
Jeśli idzie o szansę śmiertelnika na wieczne życie, należy wyjaśnić raz na zawsze: żyć wiecznie będą wszystkie dusze, każdego możliwego stadium śmiertelnej egzystencji, pod warunkiem, że przejawiają wolę współpracy z zamieszkującymi ich Dostrajaczami i wykazują chęć znalezienia Boga oraz osiągnięcia boskiej doskonałości, nawet jeśli takie pragnienia będą tylko pierwszymi słabymi przebłyskami prymitywnego pojmowania tej „światłości prawdziwej, która oświeca każdego człowieka, gdy na świat przychodzi”.
40:5.19 (447.4)
Powyższy Przekaz, choć bez wątpienia napawa nadzieją, nie daje praktycznych instrukcji. Autorzy Księgi są pod tym względem powściągliwi. Nie tylko nie precyzują, jakie czyny zapewnią zbawienie — nie mówią też wprost, jak człowiek sprowadza na siebie duchową śmierć.
Powtórzę: Bóg każdemu daje swobodę wyboru, a wraz z nią pełną odpowiedzialność za swój los. Paradoksalnie pozostawia to jednak pewien niedosyt. Sam też chciałbym wiedzieć, czego lepiej nie robić. Zamiast gotowych rozwiązań otrzymujemy jednak rozproszone wskazówki i opisy, które nie układają się w wyraźny schemat. Wnioski musimy wyciągnąć samodzielnie.
Analiza takich Przekazów skłania mnie do wniosku, że w naszych warunkach niezwykle trudno skazać się na duchową śmierć. Nie twierdzę, że to niewykonalne — skoro już za życia w ciele człowiek może trwale poświęcić się woli Ojca, musi mieć także możliwość jej wiecznego odrzucenia. Nie umiem jednak sobie wyobrazić, żeby ktoś, kto zna boską rzeczywistość i rozumie konsekwencje własnej postawy, mógł świadomie i ze stanowczością zdecydować się na duchową śmierć. Być może dlatego autorzy Przekazów mówią o nadziei z taką stanowczością. Dopóki człowiek szuka Boga, nie jest jeszcze na końcu drogi.
Grzesznicy
Księga Urantii nie daje wykazu grzechów — tabu, które prowadzą do duchowej śmierci. Opowiada jednak o grzesznikach: Lucyferze i Judaszu. Ich historie mogą nam powiedzieć więcej niż lista zakazów.
Nie wiemy, jak potoczyły się dalsze losy Lucyfera i Judasza. Ojciec Wszechświatowy gotów jest przyjąć z powrotem nawet najbardziej zatwardziałych nikczemników, więc niewykluczone, że się zreflektowali. Być może wciąż trwają w niezdecydowaniu. A może obaj już nie żyją.
O Judaszu Księga Urantii mówi więcej niż o Lucyferze — jako człowiek jest bliższy naszemu doświadczeniu. Interesujące jest jednak to, że mimo umysłowo-duchowego dystansu, ich postawy wykazują wyraźne podobieństwa. Właśnie w tych podobieństwach szukałem śladów prowadzącej do duchowej śmierci nikczemności.
Lucyfer i Judasz byli blisko Boga. Mieli bezpośredni kontakt z boską rzeczywistością — wyraźniejszy niż Ty czy ja. Podczas przesłuchania przed Piłatem Jezus powiedział: „Jednak twoja wina nie jest tak wielka, ponieważ nie znasz ewangelii. Ten, który mnie zdradził i ten, który wydał mnie tobie, większy mają grzech”. Wiara pozostaje elementem religii nawet w obliczu objawienia, jednak z naszej perspektywy obaj mieli Boga niemal na wyciągnięcie ręki. Wierzę, że każdy z nas doświadcza tej rzeczywistości na swój sposób, dlatego tak jak Lucyfer i Judasz możemy ją lekceważyć. Nie potrafię jednak wyobrazić sobie, by u nas mogło to być w pełni świadome. W ich przypadku sytuacja była inna. Logika podpowiada, że im bliżej boskiego światła, tym silniejsza powinna być wiara. Coś, co dla wielu byłoby religijnym przełomem, nie tylko nie umocniło ich wiary — stało się przestrzenią do świadomego buntu.
W postawach Lucyfera i Judasza widać, jak ich własne ja stopniowo wypiera lojalność wobec boskiej rzeczywistości. To, co początkowo wyglądało na szczere przekonanie o słuszności wyborów — że opierają się jej w imię większego dobra — w istocie wyrastało z długo podsycanego poczucia wyższości.
Judasz był wyobcowany. Nie ufał swoim najbliższym towarzyszom i żywił urazy. Nie akceptował rozczarowania jako części doświadczenia, ale szukał winnych. Był przy tym pamiętliwy i mściwy — nawet kiedy jego krzywdy były urojone. Zasady równości, którą głosił Jezus, nie przyjął z ulgą, lecz z poczuciem zagrożenia dla własnych aspiracji. Oczekiwał królestwa materialnego i pozycji, która zapewni mu uznanie. Z taką właśnie nadzieją przyłączył się do Jezusa. Judasz pielęgnował swoje ambicje i niechęć do wszystkich, którzy w jego odczuciu mogli stanąć mu na drodze do chwały. Gdy rzeczywistość okazała się inna niż to sobie wyobrażał, poczuł się zawiedziony, a z czasem oszukany. Nie zależało mu na srebrnikach. Wydał Jezusa, licząc na poklask żydowskich władców — na należne mu miejsce pośród zwycięzców.
Lucyfer nie działał odruchowo — miał przemyślaną wizję. Mechanizm był jednak podobny. Jego pycha żerowała na sobie, aż przerodziła się w świadome samozakłamanie. Z czasem idea wolności, którą głosił stała się ważniejsza niż wierność rzeczywistości, którą wcześniej reprezentował. Nie chodziło mu o zmianę wadliwego porządku — w tej wizji sam stawał się przedmiotem czci, „Bogiem wolności”.
Lucyfer i Judasz wierzyli w słuszność swoich intencji. Przynajmniej na początku. Z czasem jednak zrozumieli, że błądzą. A gdy ta świadomość przeszła w pewność, ich błąd nosił już znamiona grzechu. Jak mówi Księga Urantii: „Jest droga, która człowiekowi zdaje się słuszną, lecz w końcu prowadzi do śmierci”. Wreszcie zdali sobie sprawę, że pogrążyli się we własnym złudzeniu i że to ono stało się ich pułapką. Mogli się wycofać. Nie brakowało im ku temu okazji, ale pokory. Jezus próbował otrzeźwić Judasza, aż do ostatniej chwili. Lucyferowi także przez długi czas oferowano miłosierdzie, ale wielokrotnie je odrzucał — i to „z coraz większym lekceważeniem i pogardą”. Jeśli drogą do życia jest naśladowanie Jezusa, to wybory Lucyfera i Judasza zdają się prowadzić w przeciwnym kierunku.
Nie wiem, jak moglibyśmy w obecnych warunkach stać się nikczemnikami. Jednak pobudki, jakimi kierowali się Lucyfer i Judasz, wydają się znajome. Nam również łatwo uwierzyć, że jesteśmy lepsi od innych. Też potrafimy być nieustępliwi, bez względu na okoliczności. Umiemy kłamać i zdradzać, a złapani za rękę reagujemy wyparciem. Bywa, że okłamujemy samych siebie, byle nie przyznać się do błędu. Czasem wciągamy w te kłamstwa innych, żeby ktoś zobaczył w nas ofiarę, a nie sprawcę. Kiedy zaczynamy wierzyć w taką wersję wydarzeń, prawda nie ma już znaczenia; liczy się tylko poczucie, choćby powierzchownej, racji. Zdarza się, że i szczerym przebaczeniem pogardzamy. Nawet świadomość nadchodzącego bólu czy największej straty nie złamie wtedy uporu dumy. Im dłużej trwamy w samozakłamaniu, tym wyższy mur wokół siebie budujemy. Ludzie, którzy mogliby przypominać o tym, co się stało, stają się niewygodni, a prawda zdaje się trudniejsza do zniesienia niż życie w kłamstwie. Wolimy spalić za sobą mosty, niż przyjąć konsekwencje własnych decyzji — jakby w pewnym momencie rzeczywiście nie było już odwrotu.
Nie twierdzę, że taka postawa musi prowadzić do duchowego końca. Są to jednak tendencje, które pielęgnowane mogą z czasem stać się niebezpieczne. Jeżeli Lucyfer i Judasz nie otrząsnęli się z egoistycznego amoku zaprzeczania rzeczywistości, przestali istnieć. Wykoślawiona duma i przekonanie o własnej wyższości, nawet ponad Bogiem, mogły sprowadzić na nich duchową śmierć. Dlaczego mielibyśmy wierzyć, że ten mechanizm nas nie dotyczy?
Biały tunel
Całe tysiąclecia oswajamy śmierć; lęk nie zniechęca nas do badań i eksperymentów. Wielu wciąż wierzy, że można ją przechytrzyć. Są i tacy, którym zdaje się, że wyrwali się z jej objęć. Niektórych śmierć fascynuje bardziej niż życie. A jednak mimo całej tej wiedzy i wyobraźni wciąż pozostaje dla nas tajemnicą.
Ateiści wiedzą, że po śmierci nie ma nic. Ludzie religijni, mimo wiary w zmartwychwstanie sprawiedliwych, nie przestają jej demonizować. Jakby w obu wypadkach stosunek do śmierci miał uprościć samo życie. Lektura Księgi Urantii wykaże, że w odpowiednich okolicznościach jedni i drudzy mogą mieć rację. Wszystkich nas jednak łączą te same obawy. Trwoga, jaką budzi śmierć, to nie tylko echo lęku przed nieznanym. W rzeczywistości to suma wielu lęków: lęku przed stratą, samotnością, ostateczną pomyłką i samym umieraniem.
Księga Urantii niesie światło nowej religijnej nadziei — wolnej od tabu i poczucia niższości. Ta nadzieja, nawet jeśli nie zdejmuje ze śmierci ciężaru cierpienia, może sprawić, że łatwiej będzie go dźwigać. Bo Ty też kiedyś umrzesz. Ale jaka będzie Twoja śmierć, zależy wyłącznie od tego, jak żyjesz.