Wyraz „służba” w religijnym kontekście ma mocny, acz rozmyty — żeby nie powiedzieć wyświechtany — wydźwięk. Wiele mówi się o służbie Bogu, służbie Kościoła czy służbie bliźnim. Zastanawiałeś się kiedyś nad tym, co to tak naprawdę znaczy?
Księga Urantii swoim zwyczajem redefiniuje także służbę; czy raczej przywraca należną jej siłę. Postarałem się esencję tego nowego znaczenia wyłapać i zrozumieć. Bo chociaż służba pojawia się w Przekazach bardzo często, autorzy nie proponują jednej, wyraźnej definicji. Ta sama w sobie jest przecież jasna. Problem ze zrozumieniem czym jest służba wynika ze stałego wypaczania znaczenia tego słowa (i wielu innych) przez Kościół katolicki i jemu podobnych. Ten materiał nie mógł więc stać się zwyczajną analizą reinterpretacji wyrazu, tak jak wybrzmiewa to z Księgi. Będzie to raczej swobodna próba uchwycenia mniej lub bardziej subtelnych przekłamań, jakimi służba przez wieki religijnej indoktrynacji obrosła. Dlatego nie obejdzie się bez subiektywnych interpretacji, dygresji i przejaskrawionej krytyki.
By nie pozostawić wątpliwości — Kościół katolicki w tych dywagacjach traktuję jako synonim organizacji religijnej. Katolicyzm to dominujące wyznanie w Polsce i z Kościołem miałem też najwięcej wspólnego. Dlatego to jego najmocniej się czepiam i stawiam za przykład. To nic, że „inni są gorsi”, albo, że „nie wszędzie tak jest”, czy „ale Katechizm mówi inaczej”. Przesłania Kościoła są tak niespójne i frywolnie interpretowane, że sam się podkłada. Wspomnę też, chociażby o Świadkach Jehowy, ale jestem przekonany, że w pozostałych wyznaniach wygląda to podobnie. Okołobiblijne pijawki działają na bardzo zbliżonych, sekciarskich zasadach. Różniące je szczegóły są zbyt drobne, by się nad nimi pochylać.
Aby w pełni zrozumieć stanowisko autorów Księgi Urantii w tej kwestii, wskazana jest znajomość definicji powiązanych, acz kluczowych zagadnień. Dlatego zachęcam, abyś sprawdził, co mówią o prawdziwej religii, wolnej woli czy grzechu.
Definicja
Słownik Języka Polskiego proponuje 5 definicji wyrazu „służba”:
- Służba, jako wykonywana z poświęceniem praca na rzecz jakiejś wspólnoty;
- Służba, jako instytucja użyteczności publicznej, np. służba zdrowia lub wojsko (pracownicy tych instytucji także mogą być nazywani służbą);
- Służba, jako działalność powyższych instytucji, np. służba wojskowa;
- Służba, jako obowiązki pełnione w określonych godzinach pracy w niektórych instytucjach;
- Służba, jako wykonywanie pracy służącego w czyimś domu, gospodarstwie itp. za wynagrodzeniem (to również osoby wykonujące takie prace)
Nawet jeżeli to pierwsza pasuje najlepiej, okazuje się, że w kontekście religijnym wolno czerpać z każdej z tych definicji wedle uznania. Tak robi Kościół i tak też czynią autorzy Przekazów. Z małą, aczkolwiek znaczącą różnicą.
Służba Bogu
By uzmysłowić sobie, skąd biorą się tak częste wykoślawienia religijnych terminów, należy sięgnąć do źródła problemu. Ja wskazałbym tutaj największy w moim mniemaniu grzech Kościoła — megalomanię.
Kiedy organizacja religijna stawia znak równości pomiędzy tym, co głosi, a słowem Boga, jej przedstawicielom uderza woda sodowa do głowy. A Kościół katolicki ma się za nieomylnego, niezmiennego i jedynego prawowitego przedstawiciela Stwórcy wszechrzeczy. Można odnieść wrażenie, że zrównuje się z Bogiem. Tak niebezpieczne równanie łatwo rozmienić na drobne. Zrzeszony ma mieć graniczącą z pewnością wiarę („wierzę w Kościół święty”), że kapłan zawsze przemawia głosem objawionej prawdy. A w ich słowach nie słychać domysłów, ale twierdzenia. Wiernym nie służą radą. Raczej wydają rozkazy. Nawet jeżeli nie wprost, to właśnie ksiądz decyduje o losie grzeszników i wyznacza ścieżki Pana nie do wyśledzenia. Przynajmniej takie powinien stwarzać pozory. Zwróć uwagę na szczegóły. Do księdza mamy mówić ojcze; witać się z nim słowami „szczęść Boże”. To ksiądz daje ślub, ale „Bóg złączył”; ksiądz odpuszcza grzechy i daje dyspensę. Ksiądz pokonuje Szatana, a krytyka Kościoła jest bluźnierstwem. Przykłady można mnożyć. Karykaturalna dostojność (tak garderoby, jak wypowiedzi) duchownych ma na celu to złudzenie potęgować. Życie bez Kościoła oznacza życie bez Boga. Kościół = Bóg.
To przeświadczenie jest nie tylko źródłem sekciarskich podziałów — bo albo jesteś z nimi, albo przeciwko Bogu — ale przyzwala ludziom Kościoła dowolnie i autorytatywnie ustalać znaczenia, nawet uniwersalnych, słów. Przecież to oni decydują, czym jest grzech, zło i dobro; czym jest pokuta, odkupienie i zbawienie; nawet czym jest miłość. Także czym jest służba.
Służba Kościołowi
Nawet kiedy służba to wykonywana z poświęceniem praca na rzecz jakiejś wspólnoty, Kościół zapuszcza się w znajome rejony. Trudno rozróżnić służbę Bogu od służby Kościołowi.
Przeszukując internet w poszukiwaniu objaśnień, co „służba Bogu” faktycznie oznacza, trafiłem na wiele katolickich stron. Znalazłem jednak przede wszystkim górnolotne frazesy: Służba Bogu to dzielenie się miłością, wdzięczność i dobroć; niewiele konkretów. Na lekcjach religii i w kościołach słyszałem o służbie Bogu, jako o podstawowej powinności wierzącego katolika. Podawane to było z taką samą poetycką gracją. Między wierszami jednak zawsze widniało to samo równanie.
Wśród katolików dobrze widziana jest służba Kościołowi. Jedna ze stron internetowych mówi m.in. tak:
Chrześcijanin powinien oddać swe uzdolnienia i umiejętności do dyspozycji wspólnoty, dla jej dobra, np. w przygotowaniu mszy św., w rozwiązywaniu problemów społecznych swojego otoczenia, w trosce o starych i samotnych ludzi, w pracy z młodzieżą i w radzie parafialnej.
Doceniam uwypuklanie dobrych intencji. To słuszna zachęta by pojawiały się oddolnie. Szkoda, że taka służba ma ograniczać się do wspólnoty. Służbę bliźniemu przemianowano na służbę swoim. Stąd właśnie biorą się wspomniane podziały. Wsparcie kierowane wyłącznie wewnątrz grupy hermetyzuje ją. A od podziałów najkrótsza droga do ksenofobii i nietolerancji. Co zresztą doskonale wśród katolików (i nie tylko) widać. Jesteśmy my, którzy wiemy, więc będziemy sobie pomagać; oni, jeżeli się do nas nie przyłączą i tak spłoną w piekle. Cuchnie to sektą. Katolicka niechęć wobec niewierzących (czy innych wrogów, np. homoseksualistów) niezmiennie mnie trwoży. Świadkowie Jehowy nie tylko ograniczają kontakty z niezrzeszonymi (poza służbą, o czym za moment), ale jednocześnie odcinają się od tych, którzy z organizacji odeszli; nawet kiedy dotyczy to najbliższej rodziny. Katolicy bywają na tyle bezczelni, że domagają się wsparcia również od innowierców i ateistów. Bo tradycja, bo polskość. Bo Bóg jest tylko jeden i wyłącznie Kościół otula jego ramieniem (ale tylko swoich!).
Uczepię się przy tej okazji wszelakiej (w małych parafiach często obowiązkowej) pomocy-służby dla duchownych. Dla dobra wspólnoty pomóż w przygotowaniu mszy, ale też posprzątaj kościół, zorganizuj festyn, jakiś transport i wyremontuj plebanię. Służbę Kościołowi odzwierciedla świadczenie usług księżom. A ci pozwalają, żeby wierni czuli, że kiedy służą Kościołowi, służą samemu Bogu. Zresztą, kto ureguluje płatność („Bóg zapłać”)? To dobry moment, by wspomnieć o specyficznej wariacji wyrazu „służba”: „Wysłużyć się kimś”.
Jeżeli istnieje różnica pomiędzy służbą Kościołowi a służbą Bogu, to na tyle subtelna, że ja jej nie dostrzegam. Zrzeszeni mają iść drogą Boga, na której drogowskazy wbija ksiądz; Bóg nakazuje czynić dobro, ale ksiądz ustala, co to właściwie znaczy; wdzięczność Bogu objawia się poświęceniem woli i godności dla wygód księdza; szacunek należy się Bogu, ale kłaniać się trzeba księdzu. Hojność, rzecz jasna, idealnie współgra z każdą z tych służb.
Zdaję sobie sprawę, że to echa ludzkich słabości. A wszyscy nimi tylko jesteśmy; nawet jeżeli duchowni chcieliby nam wmówić, że z nimi jest inaczej (nie bez powodu — głosem Boga — wyznaczają świętych ze swojego grona). Ubolewam jednak nad tym, że to obłudne kapłańskie wywyższanie się, to domaganie się pochlebstw, zaszczytów i przywilejów, przyjęto za akceptowalną, czy nawet oczekiwaną normę. Wielu naprawdę wciąż wierzy, że płaszczenie się przed księdzem jest tożsame z pokorą wobec Stwórcy. Że nie wspomnę o biskupie, czy, o zgrozo, papieżu (kult Karola Wojtyły bywa niepokojący). Deficyt impulsów do autorefleksji i samokrytyki, w połączeniu z polityką i biznesem tworzy wybuchową mieszankę. Kapłańska pycha i buta dorównują już chyba tylko tej celebryckiej. A Kościół nie robi nic, aby to wykorzeniać. Wręcz przeciwnie. Bóg wszak nigdy nie robi źle.
Służba Kościoła
Wedle słownikowej definicji o samej pracy księdza także można mówić jako o służbie. Pracują z ludźmi i teoretycznie dla ludzi, więc nie mam problemu z takim zastosowaniem tego słowa. Nawet kiedy praktyka wygląda zgoła inaczej.
Służba nie ma szczęścia, kiedy chodzi o pracę. Także poza religijnym terenem, w takim kontekście niemal zawsze brzmi jak oksymoron. Służba Policji, służba wojskowa czy służba zdrowia, zupełnie jak kapłańska, (zbyt) często są niestety smutną parodią tego, czym udają, że są. W rzeczywistości chyba tylko faktyczni służący nie plamią swojego fachu.
Kościół ochoczo przemówi, że służy swoim wiernym. Pomocą, wsparciem; nie tylko duchowym. Wielokrotnie słyszałem o różnego rodzaju zbiórkach dla potrzebujących, w które angażowali się ludzie Kościoła, albo które po prostu organizowali. To ten odłam jego działalności, którym hierarchowie, całkiem słusznie zresztą, chwalą się najchętniej. Jak najbardziej popieram takie inicjatywy. Oby były tak czyste, jak to tylko możliwe.
Organizacji wspierająco-charytatywnych jest bez liku. Nie chciałbym podważać oddanego przez nie dobra, aczkolwiek smuci mnie, że okazują się czasami przykrywkami dla wyłudzania albo prania pieniędzy. Nie należę do osób, które żałują wygodnego życia Jurkowi Owsiakowi; zasłużył na nie wieloletnią, konsekwentną pracą. Wątpię jednak w szczytne intencje fundacji, które po odliczeniu „kosztów obsługi”, na rzeczywistą pomoc przeznaczyć mogą całe 2% darowizn. Gdy w rachubę wchodzą pieniądze i wpływy, człowiek nie zna granic przyzwoitości. Po raz kolejny zapytam: Dlaczego religii miałoby to nie dotyczyć?
Gdy mowa o sektach, daleko mi do obiektywizmu. Dlatego także w ich intencje wątpię. W moim odczuciu to, co Kościół nazywa służbą, w największej mierze jest indoktrynacją. Dla niepoznaki nazwaną ewangelizacją. Zamiast szerzenia wiary i duchowej pociechy, zauważam raczej wyrachowane metody dyscyplinowania i werbowania członków. Tym pierwszym Kościół służy groźbą, ofiarując lęk; tym drugim materialnymi obietnicami dając jałową nadzieję. Religijna służba nie bazuje na wsparciu przy odkrywaniu Boga, ale na wmawianiu poszukującym, że ma się na niego monopol. No i kiedy to Kościół świadczy swoje usługi, to już nie ma „Bóg zapłać”. Raczej „Co łaska, ale nie mniej niż…”.
Tutaj ponownie dobrym przykładem będą Świadkowie Jehowy. Pewnie zapukali kiedyś do twoich drzwi albo mijałeś ich na ulicy, gdzie stoją z ulotkami. Wiedz, że to jest właśnie ich służba. Literalnie. Pozyskiwanie nowych członków to „pójście do służby”. Niestety za fasadą uśmiechu i życzliwości kryje się przewrotna strategia wabienia zagubionych, często pokrzywdzonych przez los, więc łaknących duchowej ulgi ludzi. Tak jak w Kościele.
Z Kalkuty
Na deser zostawiłem, moim zdaniem, najgorszy z kierunków, w jakim może podążać religijne rozumienie służby — czy Bogu, czy bliźnim — umartwianie się; tym gorzej, jeżeli wyłącznie na pokaz.
To jeden z tych posmaków kościelnej ewangelizacji, które najmocniej mnie brzydzą. Ból ma swoją moc, czasem nawet koi; zgoda. Wątpię jednak, by szeroko pojęta służba była dzięki niemu uświęcona. Wskazanie wszechmiłującego Ojca jako źródła szeroko rozumianego bólu dezorientuje. Czysta miłość i nieuzasadniona udręka nie mogą iść w parze. A Kościół je wręcz utożsamia. Kiedy boskim słowem wywyższa cierpienie, okaże się, że nie przystoi takiego daru z niebios unikać. Ba, powinniśmy go raczej szukać i się w nim pławić. Ojciec musi być przecież surowy. Tym oto sposobem błogosławi tych, których najmocniej umiłował… Rozumiem, dlaczego Kościół gloryfikuje cierpienie. Jak inaczej ma uzasadnić nieszczęścia dotykające błogosławionych wiernych? Jak inaczej potwierdzić słuszność ich poświęceń dla służby Bogu? A któż jak nie Bóg może przyniesie ulgę? Zrozumienie jednak nie czyni takich nauk mniej niesmacznymi.
Wierzący ma więc żyć skromnie, cicho i we wstydzie. A w konsekwencji z żalem i poczuciem winy. Odmawiać sobie, wyzbyć się ambicji i nie zazdrościć. Wszystko dla służby Bogu. A już na pewno nie patrzeć, czy ksiądz też tak robi; wyłącznie słuchać co mówi. Kościół, a przy wiadomym równaniu Bóg, pod wieloma względami wydaje się przeciwnikiem szczęścia. Nie tylko wywyższa, a zatem bagatelizuje cierpienie (a rękami swych ludzi od wieków namiętnie go przysparza), ale przy okazji demonizuje przyjemności i rozrywkę; nawet rozwój. To kapłan ma być jedynym źródłem ukojenia i wiedzy. Jak Bóg.
Dzieci Ojca
Wypływająca z Księgi Urantii definicja służby jest prosta. Żeby nie powiedzieć oczywista. Żeby ją przyjąć, istotne jest jednak wyzbycie się przeświadczenia, jakoby dostęp do Boga był jakkolwiek stopniowany. Kościół katolicki krzewi nie tylko skierowane na zewnątrz sekciarskie podziały — my, błogosławieni i cała potępiona, krnąbrna reszta — ale także wewnątrz cechuje się skomplikowaną hierarchią. To potęguje złudzenie, że im większa godność w organizacji, tym jest się bliżej Boga. Arcybiskup, nie mówiąc już o papieżu (czy ojcu Tadeuszu), jest o krok od Stwórcy. Nie to, co zwykły Kowalski, co to niezbyt zasłużył na jego względy. Niesie to za sobą wiele dalekosiężnych skutków. Najjaskrawszym jest samozwańczy duchowy autorytet Kościoła, ale ma to swój wydźwięk również we wspomnianej już służbie Bogu.
Księga Urantii kategorycznie odrzuca takie nauki. W oczach Wszechświatowego Ojca wszyscy jesteśmy równi. Odzwierciedla się to bezpośrednio i wyczerpująco w prawdziwej religii. Oznacza to, że nie może być mowy o odgórnym nakazie albo konieczności służby. Jakkolwiek rozumianej. Dobitnie wyraża to jeden z moich ulubionych Przekazów:
Ojciec Wszechświatowy nigdy nie narzuca inteligentnym, wolą obdarzonym istotom we wszechświatach, jakiejkolwiek formy arbitralnego uznania, formalnego czczenia czy niewolniczej służby. Ewolucyjni mieszkańcy światów czasu i przestrzeni muszą sami – w swych własnych sercach – zaakceptować go, kochać go i dobrowolnie czcić. Stwórca nie chce zniewalać, ani też zmuszać do podporządkowania sobie duchowej, wolnej woli stworzonych istot materialnych. Przepełnione uczuciem poświęcenie woli człowieka czynieniu woli Ojca, jest najlepszym ludzkim darem dla Ojca; faktycznie, takie uświęcenie woli stworzonego stanowi jedyny możliwy ludzki dar, posiadający istotną wartość dla Rajskiego Ojca. W Bogu człowiek żyje, porusza się i istnieje; nie ma niczego, co człowiek może dać Bogu, za wyjątkiem tego wyboru, by podporządkować się woli Ojca a decyzja taka, czyniona przez inteligentne, wolą obdarzone istoty z wszechświatów, jest rzeczywistością tego, prawdziwego czczenia, które szczególnie przypada do gustu zdominowanej przez miłość naturze Stwórcy Ojca.
1:1.2 (22.5)
Kiedy Kościół w imieniu Boga chce wymóc na wierzących konkretny i jednowymiarowy rodzaj poświęcenia-służby, Bóg w rzeczywistości nie wymaga od nas niczego. Nie musisz służyć ani Bogu, ani Jezusowi, ani aniołom, ani kapłanom, ani nawet bliźnim; a już na pewno nie dlatego, że wmówiono ci, że jesteś od nich gorszy. Możesz za to (i powinieneś), służyć komu zechcesz. I tak jak uznasz za stosowne.
Służba jest wykonywaną z poświęceniem pracą na rzecz jakiejś wspólnoty. Z tym że Księga Urantii rozszerza rozumienie wspólnoty na każdą obdarzoną wolną wolą istotę wielkiego wszechświata. Taką wspólnotę tworzymy wszyscy. Nie tylko katolicy, nie tylko wierzący. Nie tylko bogaci, nie tylko biedni. Nie tylko cierpiący, nie tylko szczęśliwi. Nie tylko mężczyźni, nie tylko kobiety, nie tylko biali, nie tylko czarni. Nie tylko warszawiacy, nie tylko Polacy, nie tylko Europejczycy. Nie tylko ziemianie. Wszyscy jesteśmy równoprawnymi członkami bożej wspólnoty. O czym Kościół tak chętnie zapomina, służba odzwierciedla chęć do działania na rzecz wszelkiego dobra.
Tutaj też wyłania się esencja służby: Ta musi wypływać ze szczerych intencji. Nie uda się człowieka przekupić ani zmusić do religijnej służby. Ani siłą, ani strachem, ani wstydem, ani duchowymi czy materialnymi obiecankami. Musimy chcieć służyć; sami i od siebie. I to robić. To inspirowana prawdziwą religią wolna wola determinuje czystość, a więc i jakość służby. Poziom szczerości decyzji skłaniającej do służby wskazuje stopień, w jakim jest błogosławiona. Niestety organizacje religijne ewangelizacją i intencje zanieczyszczają. Motywowana egoizmem służba jest tylko wydmuszką. Nie oznacza to, że efekty zubożonych intencji nie mogą przynieść niczego dobrego. W rzeczywistości nawet zło przyniesie wyłącznie dobro. Czystość intencji ma jednak wpływ na stan ducha służącego. Żyjąc wbrew prawdziwej religii, szkodzimy przede wszystkim sobie.
Jakość służby nie zależy od pozycji materialnej czy stopnia wtajemniczenia w kościelne meandry. Efekty służby są niepoliczalne i drugi człowiek nie jest w stanie ocenić jej duchowej wartości. W praktyce szczera służba małego dziecka będzie mieć większą moc niż przekalkulowana materialistyczna służba biskupa. I nawet jeśli jej echo wybrzmi przy okazji materialnie, owoce takiej służby zawsze są ponadczasowe i nadmaterialne.
Boscy
Boskość jest rozumiana przez istotę stworzoną jako prawda, piękno i dobroć; w osobowości jest współzależna jako miłość, miłosierdzie i służba; na poziomach bezosobowych objawia się jako sprawiedliwość, moc i władza.
0:1.17 (3.4)
Powyższy Przekaz niesie ze sobą ciekawe filozoficzne reperkusje. Bo kiedy Księga Urantii boskością nazywa własność charakteryzującą się dążeniem do jedności, wszelka służba okaże się uniwersalna. Bóg jest jednością, dlatego boskość cechą upodobniającą, czy zbliżającą do niego. Służba bliźniemu staje się nie tylko pracą dla dobra wspólnoty, ale też służbą Bogu i zarazem służbą samemu sobie. Wszyscy jesteśmy różnymi wyrazami tej samej energii. Wspomniane w przytoczonym Przekazie miłość i miłosierdzie także do takiego zestawienia idealnie pasują. By w tym miejscu uwypuklić spójność nauk Księgi Urantii, wspomnę jeszcze o dwóch najważniejszych bożych przykazaniach:. „Bądźcie doskonali, nawet tak, jak ja doskonały jestem” oraz „Będziesz miłował swego bliźniego jak siebie samego”.
Służba nie istnieje bez drugiej jednostki. Możemy wprawdzie służyć sobie, i faktycznie od tego należy zacząć, aczkolwiek bez drugiej istoty, byłaby zupełnym przeciwieństwem tego, czym rzeczywiście jest. Służba ma źródło w miłości i rozlewa się po świecie jako dobro. A dobro jest wolą Wszechświatowego Ojca. Nie możemy jednak zapominać, że wizja dobra, jaką teraz mamy, ze względu przez nasze zwierzęce-egoistyczne pozostałości, bywa zamglona. To, co nazywa się dobrem, czy to, co Kościół uważa za dobre, wcale nie musi takie być (ale też nie znaczy, że dobre nie jest). Służba, jako prawdziwa religia w praktyce, zawsze jest subiektywna i indywidualna.
Tak jak prawdziwa religia, służba nie jest urywkiem, czy częścią życia, jak chociażby praca. To raczej suma małych i większych poświęconych woli Wszechświatowego Ojca (czyt.: dobru) decyzji i działań, które złożą się na całość życia. Wydaje się, że służba powinna być czynna, ale nawet bezczynność — stan ducha wskazujący na gotowość do służby — także nią jest. Tu ponowie przewija się wątek szczerych intencji. Bo łatwo nam (się) oszukiwać w tej sprawie. Dlatego też służba ma tak ścisły związek z prawdziwą religią. Służba to miłość do siebie i do drugiego człowieka oraz ciągła chęć, by stawać się lepszym. To nieprzerwane praktykowanie życia w religii; a w rzeczywistości, po prostu życia. Dzięki tak rozumianej religii, a poprzez służbę stajemy się boscy i tę boskość objawiamy całemu wszechświatowi.
Wzór
No dobra, ja chcę służyć; ale co to niby, tak po ludzku, znaczy? — zapytasz. Co faktycznie mamy robić? Nie wiem. Wyłącznie ty czujesz, jaki rodzaj służby jest dla ciebie właściwy. Tak jak i ja. Nikt nigdy nam tego nie powie. Ba, jeżeli ktoś próbuje, powinna się nam zapalić ostrzegawcza lampka. My zresztą też nie możemy wiedzieć, jaka służba jest odpowiednia dla kogoś innego. To clou prawdziwej religii. Każdy musi samodzielnie, wewnątrz — w ciszy własnego serca — odkryć czym jest prawdziwa religia, a potem dowiedzieć się, jak służyć. Z zewnątrz możemy jednak brać przykład; i na zewnątrz go dawać.
Księga Urantii często mówi o służbie. Służbę wywyższa i do niej zachęca, ale w żadnym wypadku nie uczy jak służyć. Podsuwa jednak podpowiedzi. A co najważniejsze przedkłada wzór służby doskonałej — historię życia wcielonego Syna Stwórcy, Chrystusa Michała, którego lepiej kojarzymy jako Jezusa z Nazaretu.
Niestety i tutaj szkód narobiły kościelne przekłamania. Bo historię Jezusa nie dość, że zafałszowano, to, co gorsze, wciąż błędnie się ją interpretuje. Jezus rzeczywiście objawił wzorowe i wzorcowe życiem. Żył, jak żyłby Bóg pośród ludzi, zatem tak też służył. Nie oznacza to jednak, że mamy jego życie odtwarzać i robić to samo co on. To, co robił, powinno nas raczej zainspirować, żebyśmy zechcieli żyć tak jak on.
Nauki głoszone przez zatrważającą większość organizacji religijnych, są w kwestii podejścia Jezusa do służby całkowicie błędne. Zacznijmy od tego, że Jezus nigdy nie popierał religijnej izolacji. Wręcz przeciwnie. Zawsze zachęcał do otwartości, ciekawości i poszukiwań. Wbrew żydowskiemu nacjonalizmowi rozszerzał ideę bliźniego na cały świat, czyniąc tym samym rodzeństwem wszystkich ludzi. Sam żył takim właśnie idealnym życiem prawdziwej religii. Nigdy też nie nauczał służalstwa (i na pewno nie był komunistą). Ukazywał za to ideę czynnej i spontanicznej życzliwości. Ostrzegał apostołów, żeby nie dawali się wykorzystywać przez społecznych pasożytów czy zawodowych żebraków. Wyjaśniał, że bezkrytyczna życzliwość może przynieść wiele społecznego zła. W tego rodzaju okolicznościach powtarzał: „Bądźcie mądrzy jak węże, ale łagodni jak gołębie”.
Choć z winy Kościoła tak nam się to kojarzy, służba nie musi objawiać się wielkimi — głośnymi — czynami. Parcie na szkło, nieważne jak szlachetnie uzasadnione, jest po prostu samolubne. Zwyczajne, niczym wyjątkowym nieodznaczające się, acz szczere życie może być najlepszą formą służby. Oczywiście to pamięć o fantastycznych czynach Jezusa jest najstaranniej pielęgnowana. Będę się jednak upierał, że w rzeczywistości najmocniejszy wpływ wywarły te pozornie bez znaczenia. Te zachowania, postawy i często proste słowa, które poruszyły i na zawsze zmieniły ludzi, z którymi miał styczność. Nie umniejszając jego uniwersalnej mądrości — tu nawet nie chodzi tak bardzo o to, co mówił i robił, ale o to jakim był człowiekiem. Cudowności są spektakularne. Jednak nawrócenia pod wpływem cudów są powierzchowne i nietrwałe. Duchowe natchnienia przetrwają na wieczność. A przez służbę natchnionych ludzi są zaraźliwe i skutecznie się rozprzestrzeniają.
Jezus robił to, co uznawał za słuszne i co podpowiadało mu serce; i zawsze dla duchowego dobra drugiego człowieka. Miał szeroką perspektywę i krystalicznie czyste intencje. Nikogo nie faworyzował (nawet rodziny!), nie było w nim krzty samolubstwa ani chciwości. Nigdy nie dawał się ponieść emocjom. Nie okazywał ani nie odwzajemniał agresji, ale nie był też popychadłem. Nikogo nigdy nie oszukał, ale potrafił upomnieć się o swoje. Był prawdomówny, ale nie arogancki. Łagodny, ale stanowczy i asertywny. I zawsze wierny podpowiedziom serca. W każdej sytuacji był wobec siebie szczery, gotowy bronić własnych przekonań i przyjąć wszelkie konsekwencje za taką postawę. Był spójnym, kompletnym człowiekiem. I nigdy nie uległ presji. Ani rodzinnej, ani społecznej, a już na pewno nie religijnej. Za to też zginął. Jezus żył niepowtarzalnym i jednorazowym życiem Boga, objawiając równocześnie ludziom, że tak właśnie wolno i trzeba żyć.
Nie bądź gnojem
Służba powinna być aktywna (nawet w bezczynności), ale budzić się może już wcześniej. By przysłużyć się bliźnim, nie trzeba od razu poprowadzić ich do zbawienia. Ani nawet uprzyjemniać im życia. Może na początek wystarczy, że swoim postępowaniem nie będziemy im go chociaż utrudniać? Pewnie nie będzie to jeszcze służba, ale wydaje się to świetną pozycją startową. Wierni pytają: Co muszę robić, żeby pójść do nieba? Zalążkiem religijnej służby byłoby raczej pytanie: Co mogę zrobić, aby do nieba mogli pójść inni?
Wyobraź sobie świat, w którym możesz wierzyć opisom na Otomoto; świat, w którym reklamy mówią prawdę, a „dobro klienta” jest czymś więcej niż marketingiem; świat gdzie nie karmi się ludzi truciznami, nie winduje cen, bo „ciemny lud i tak kupi”, ani nie pogarsza się trwałości produktów, byle by móc więcej opchnąć; świat, w którym politycy działają na rzecz ogółu, w którym koncernom farmaceutycznym zależy na zdrowiu, a powołani do wszelakich służb służą; wyobraź sobie świat, gdzie seniorom nie wciska się magicznych garnków, nie wmawia się im nieistniejących chorób, a oni sami nie dość, że szanowani przez młodych, to ten szacunek odwzajemniają; to świat gdzie na chodnikach nie ma kiepów, na trawnikach psich kup, a w obcym miejscu po zmroku nie dostaniesz po mordzie; świat, którym nie rządzą pieniądze, gdzie sława nie jest zrównywana z mądrością, a zgrabne ciało nie jest nieskazitelnym wnętrzem; to świat, w którym kapłanom zależy na rozwoju wiernych; świat, w którym wszystko załatwisz bez znajomości, w którym przysługi nie mają drugiego dna, a o zdradzie nie dowiadujesz się ostatni; świat, gdzie to nie inni zawsze są wszystkiemu winni. Wyobraź sobie świat, w którym ludzie nie godzą się, żeby ich świat wyglądał inaczej.
Ażeby przysłużyć się innym, musimy najpierw zadbać o siebie — służba to ciągłe odnajdywanie równowagi między troską o siebie a troską o innych. Weź jednak jakikolwiek aspekt codzienności, a znajdziesz tam miejsce na służbę dla bliźniego. Dla dobra wspólnoty nie musisz rozdawać majątku; nie musisz zawsze i każdemu ustępować ani biczować się, bo jesteś szczęśliwy. Możesz jednak chcieć by tym, których mijasz na ulicy, było odrobinę lżej. Nie wydaje się to nie do zrealizowania; wymaga jednak podjęcia pewnych decyzji.
Nie jesteś Jezusem. Ale dobrze, kiedy chcesz być jak on. Ja na pewno chciałbym. Realizując te chęci, pomału stajemy się lepsi. A zacząć możemy nawet od zera; i teraz.
Nigdy nie zapomnijcie, że tylko jedna przygoda jest bardziej jeszcze zadowalająca i pasjonująca od próby odkrycia woli żywego Boga, a jest nią najwyższe doświadczanie uczciwej próby czynienia Boskiej woli. I postarajcie się nie zapominać o tym, że wolę Boga można czynić w dowolnej ziemskiej pracy. Niektóre powołania nie są święte a inne są świeckie. Wszystkie rzeczy są uświęcone w życiu tych, którzy są prowadzeni przez ducha; oznacza to podporządkowanie prawdzie, uszlachetnienie przez miłość, zdominowanie przez miłosierdzie i trzymanie się w ryzach bezstronności – sprawiedliwości. Duch, którego mój Ojciec i ja poślemy na ten świat, jest nie tylko Duchem Prawdy, ale jest także duchem idealistycznego piękna.
155:6.11 (1732.4)
Baw się dobrze
Przyjemnie jest sprawiać przyjemność. Każdą. To tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że wszystkie religijne smuty to brednie. Życie powinno być przyjemne. Choć czasem późno akceptujemy, że nie materializm takim je czyni, fajnie jest czuć się choć przez chwilę spełnionym. A służba na pewno przynosi spełnienie. I nawet kiedy, tak jak ja, wciąż nie masz pojęcia, jak miałbyś służyć, na pewno doskonale wiesz, o jakim uczuciu jest mowa.
Pamiętam jakże oklepane powiedzenie trenerów motywacyjnych: Rób to, co kochasz, a nigdy nie będziesz musiał pracować. Ja mówię: Rób to, tak jak kochasz, a będziesz szczęśliwy.
PS Jak on
Prowadzi nas Bóg. Osobiście. Nie jednoznacznymi drogowskazami a szeptem wiecznych wartości i uniwersalnej prawdy. Podczas prób dostosowania się do jego woli każdy doświadczy smaku sukcesu; doświadczymy też gorzkich porażek. Nie będziemy żyć doskonale i służyć jak Jezus, możemy jednak żyć za jego przykładem i służyć najlepiej, jak potrafimy. Dlatego życie, twoje życie, też może być wzorem dla innych. Czyż to nie ujmująca perspektywa?
Wzorowe życie nie musi być życiem pełnym wielkich czynów i doskonałych wyników. To raczej życie pośród coraz czystszych intencji. Życie, w którym człowiek robi to, co w głębi serca uważa za słuszne, prawdziwe, piękne i dobre, bez względu na to, co myślą inni i jakie są tego wymierne rezultaty.
Wzorowe życie nie musi być łatwe. Nikt nie podejmuje samych słusznych decyzji. Nikt nie zna wszystkich rozwiązań. Możemy jednak przezwyciężać wszelkie trudy uczciwie, z godnością brać odpowiedzialność za własne czyny i wytrwale szukać odpowiedzi. Bo wszystko to czyni nas lepszymi. Wzorowe życie to ciągły rozwój; nawet jeśli mozolny i niepozorny.
Wzorowe życie jest życiem bez oczekiwań. Nie musi być życiem głośnym od chwały i zaszczytów. Nie wywyższanie się inspiruje, a skromność. A wzorowe życie nie jest życiem przeciążonym wygórowanymi ambicjami. To życie w dążeniu do doskonałości w rzeczach małych. Odgrywajmy dzisiaj rolę rodzica, małżonka, przyjaciela i pracownika najlepiej jak potrafimy; a jutro jeszcze lepiej.
Wzorowe życie nie musi być trudne. Wolno nam służyć (z) humorem i czerpać radość z doświadczania. Wzorowe życie to szukanie i pielęgnowanie talentów. Wolno nam wymagać uczciwej zapłaty za pracę i cieszyć się z pochwał.
Bo wzorowe życie to życie poświęcone woli Wszechświatowego Ojca. Za jego przykazaniem zmierzajmy do doskonałości; i kochajmy drugiego człowieka, tak jak sami chcielibyśmy, żeby nas kochano. Jeden zainspirowany człowiek to postęp całego wszechświata.