Pora zmian

P

Przychodzi taki czas, kiedy trzeba się ustatkować. Ponoć. Tak mówią. Bywa, że tak czujemy. Chyba podświadomie dążymy do stabilizacji; do etapu, w którym przyjdzie pewność tego, co mamy. Wtedy łatwiej przewidzieć przyszłość. To bezpieczne, a chcemy, aby tak było. Podskórnie potrzebujemy ustatkowania się, bo wydaje nam się, że dopiero wtedy będzie dobrze. W końcu przyjdzie moment na to, co jest naprawdę ważne.

Szukamy własnego eM, pracy z umową na czas nieokreślony i małżonka, którego nie opuścimy aż do śmierci. Dlatego zadłużamy się na życie; nadajemy pozycji społecznej wartość, której ta nie ma; składamy najważniejsze obietnice, nawet jeśli wiemy, że nie uda się ich dotrzymać. Cel ma wartość. Te to jedynie wyświechtane przykłady. Mamy swoje mniejsze i większe — takie, które raz na zawsze to całe zamieszanie uspokoją.

Stabilizacja jest fajna. Wiem, o czym mówię. Byłem tam co najmniej kilka razy. Równowaga pozwala zauważyć więcej, delektować się tym, co dzieje się wokoło. Knebluje jeden z tych natrętnych głosików w głowie; ten, który niedawno i wciąż przypominał, że coś ważnego czeka, aby to załatwić. Ta cisza jest błoga.

A potem zabija. Bezgłośnie i niepostrzeżenie wprowadza w marazm. Jest tak dobrze i milusio, a ni stąd, ni zowąd okazuje się, że jest źle, nudno i nie tak jak miało. Monotonia wkradła się pod przykryciem tak upragnionej stabilizacji i wszystko popsuła. Martwy punkt. To, co tak cieszyło, po którymś razie z kolei zaczęło drażnić, a spełnione marzenia ujawniają znamiona przekleństwa. Jest nawet gorzej, bo wyszło, że to, co miało być takie piękne, a nawet przez moment chyba było, wcale takim nie jest. Ktoś nas oszukał. Ekscytujące zawirowania opadły, a to, co wynurzyło się z dymu, jest bezbarwne i słabe.

I to jest właśnie ta pora; to wręcz ostatnia chwila. Pora na zmiany. W istocie nadeszła już wcześniej, ale teraz krzyczy o swoje na całe gardło. Małe symbole i delikatne znaki od dawna uśmiechały się tu i ówdzie: „Zrób coś; zmień coś!”. Wiem, aż za dobrze jak wygodnie jest ich nie zauważać.
Gdy przychodzi pora, nie jest wcale za późno. Tak to działa. Oby nigdy nie było. Ale jeżeli czegoś nie zmienisz, będzie tylko gorzej; i trudniej.

Nauczmy się czuwać. Chciałbym dostrzegać te sygnały, gdy są jeszcze subtelne. I uwierzyć, kiedy przychodzi pora na zmiany, bo im wcześniej to dotrze, tym mniej drastycznie.
By coś zmienić potrzeba jaj. Bez decyzji zmian nie będzie, oj nie. I gdy przyjdzie pora, coś zmień. Bo gdy w końcu tego nie zrobisz, zgnijesz i zdechniesz; w najlepszym wypadku finalnie ktoś zmieni to za ciebie, zostawiając wyblakłą i pustą wydmuszkę człowieka. Byłem i tam.

Jeśli czujesz, że przyszła pora na zmiany, to właśnie na zmiany jest pora. Nie zrobi się lepiej. Nie poukłada się jakoś. Dreptanie wciąż w tym samym miejscu sprawia, że muł staje się bardziej grząski. I będziesz się męczyć, dusić; tak, jeszcze bardziej niż teraz. Bo jeśli się męczysz, wiedz, że to pora na zmiany. Nikt za ciebie tego nie zrobi; a jeśli nawet, to raczej nie wyjdzie to tobie to na dobre. Ta pora może być właśnie teraz.