Przypomnij sobie ostatnią rozmowę. Nie jest istotne, z kim się odbyła ani jej temat. Wybierz z niej dowolne zdanie.
Jeśli wybrałeś swoje, zastanów się, czy wyraziłeś nim dokładnie to, co chciałeś. Rozważ, czy zawierało wszystko, co zamierzałeś przekazać. Jeżeli wybrałeś czyjąś wypowiedź, pomyśl, czy możesz być w pewny, że wychwyciłeś z niej to i wyłącznie to, co wynikało z intencji twojego rozmówcy?
Języki są skomplikowane. Talenty lingwistyczne nie są wielką rzadkością, jednak większość z nas tych obcych nie przyjmuje ot tak. Języki są też ułomne. Powyższa zabawa powinna to zobrazować. I nawet jeżeli twoja reakcja to: „Tak, powiedziałem dokładnie to, co chciałem”, zauważ, że taką odpowiedzią nie werbalizujesz, chociażby jej uzasadnienia, które na pewno przy okazji masz na myśli. Innym potwierdzeniem tej tezy może być sam wyraz „język”. Obdarte z kontekstu zdanie „języki są skomplikowane” może — zgodnie z tym, co miałem na myśli — tyczyć się zasad mowy i pisma, ale też np. mięśnia; nic nie stoi na przeszkodzie, aby odnosiło się do samej ortografii.
Właśnie tej ułomności języka, jako metody komunikacji oraz wyrażania się dotknie niniejszy tekst. Będą to moje subiektywne przemyślenia, ale korzystając z okazji, sięgnąłem też do Przekazów Urantii. Nie powiem nic o języku, jakim posługuje się Księga; o tym już pisałem. Będzie raczej o jego genezie, rozwoju oraz nieco o językach nadludzkich.
Gu gu, ga ga
Nauka interesuje się językiem od wieków. Grzebiemy w przeszłości, analizując pradawne dialekty; systematyzujemy formę tych współczesnych. I choć egocentrycznie szczycimy się ogromną wiedzą o świecie, mimo usilnych starań geneza mowy wciąż jest dla nas tajemnicą.
Jedyny fakt jest aż nadto oczywisty — tak zaawansowaną formą komunikacji posługuje się wyłącznie człowiek. Idąc jednak zaledwie krok dalej, zadając pytanie: „dlaczego wyłącznie człowiek?”, natkniemy się na tę samą odpowiedź. Nie wiadomo.
Przypuszczam, że jeszcze długo (i z wiadomych względów) odpowiedzi na te pytania nie będziemy chcieli przyjąć. Księga Urantii jednak i tutaj przychodzi z pomocą. Sprawa nie jest aż tak skomplikowana, jakby mogło się to wydawać. Mowa jest właściwością wyłącznie ludzką, ponieważ to człowiek jest Synem Boga; tylko nas zamieszkują boskie fragmenty — Dostrajacze Myśli, a dzięki temu wyłącznie my stajemy się religijni. Zwierzęta nie.
Ten właśnie potencjał duchowy stanowi źródło pochodzenia języka. Zwierzęta mają wolę i inteligencję, ale bez potencjałów duchowych, cechy te nie mogą być refleksyjne; ludzkie. Zwierzęta nie rozpoznają Boga. Dlatego nie gdybają, nie marzą, nie planują, nie szukają ideałów ani nie myślą o śmierci; zwierzęta nie rozróżniają etycznych znaczeń i wyższych wartości; z tego też powodu nigdy nie wykazują nawet prymitywnych tendencji religijnych. Zwierzęta nigdy nie wykształcą mowy, gdyż, jak sądzę, nie mają takiej potrzeby. Już teraz werbalizują wszystko, co jest im niezbędne do życia. Wyłącznie boska iskra, którą został obdarzony rozwijający się gatunek ludzki, może dać początek czemuś więcej. Wychodzi więc na to, że impulsem, który dał początek językowi, były te same do dzisiaj niewysłowione uczucia i tęsknoty.
Świadomość rozpoznawania wartości duchowych jest tym doświadczeniem, które jest superidealistyczne. W żadnym ludzkim języku nie istnieje słowo, którego można by użyć na określenie tego „zmysłu”, „czucia”, „intuicji” czy „doświadczenia”, tego, co my postanowiliśmy nazywać uświadomieniem sobie Boga. Duch Boga, który mieszka w człowieku, nie jest osobowy – Dostrajacz jest przedosobowy – ale ten Monitor stanowi wartość, daje przedsmak tej boskości, która jest osobowa w sensie najwyższym i nieskończonym. Jeśli Bóg nie byłby przynajmniej osobowy, nie mógłby być świadomy, jeśli byłby nieświadomy, wtedy stałby poniżej człowieka.
103:1.6 (1130.5)
Ę-ą
6. Efektywność języka. Cywilizacja musi czekać na pojawienie się języka, zanim się zacznie rozprzestrzeniać. Żywe i rozwijające się języki gwarantują szerzenie się cywilizowanego myślenia i planowania. We wczesnych epokach istnienia człowieka poczyniono znaczne postępy w języku. Dziś pojawia się wielka potrzeba przyszłego rozwoju lingwistycznego, aby rozwijająca się myśl mogła się szerzyć.
81:6.16 (908.5)
Boska iskra jest hen ponad naszą przyziemną egzystencją. Mamy ją jednak w sobie. Czujemy więcej, niż możemy zrozumieć; więcej niż jesteśmy w stanie wyrazić. Ów zew jest więc nie tylko źródłem języka, ale również jego motorem napędowym.
Nasza mowa zmienia się. W pewnych kręgach może to wyglądać jak regres, aczkolwiek ja wierzę, że z najszerszego punktu widzenia, tak samo, jak my, język ewoluuje wyłącznie w dobrym kierunku.
Prymitywny człowiek czuł tę samą potrzebę ekspresji, która drzemie również w nas. Kiedy gestykulacja okazała się niewystarczająca, sięgnął po dane mu przez Stwórcę narzędzia — struny głosowe i język. Czy dzisiaj tak bardzo się to zmieniło? Od małego wiemy jak mówić. Uczymy się jedynie wydawać konkretne, osłuchane dźwięki, jednak gama naszych zdolności wokalnych wydaje się nieograniczona. My szeleścimy, Amerykanie płyną, Azjaci płaczą. Niezależnie od brzmienia, w razie potrzeby, niezmiennie uciekamy się do słowotwórstwa. Podobno Eskimosi mają kilkaset słów na określenie śniegu. U nas to po prostu „śnieg”, ale my głównie co, to go odgarniamy. Eskimosi żyją otoczeni śniegiem, zatem odrębne określenia na wszelakie jego odmiany i stany okazały się im zwyczajnie przydatne.
Stół bez nóg
W normalnych warunkach, zaczątki języka pojawiają się na planetach wielkiego wszechświata po tym, jak istota przedludzka dojdzie do poziomu ewolucyjnego, który pozwoli jej na moralny osąd. To ten sam czas, kiedy człowiek gotowy jest na przyjęcie Dostrajacza Myśli. Zgodnie z zapisami Księgi Urantii, w 2020 roku upływa 993 505 lat od narodzin pierwszych dwóch istot ludzkich na Ziemi.
Tamto bliźniacze rodzeństwo znacząco przewyższało pozostałych członków plemienia. I to właśnie oni — Andon i Fonta — są prekursorami ziemskiej mowy. Para szybko, choć zupełnie nieświadomie zaczęła artykułować słowa; pierwszy ludzki język, składający się z prawie 50 wyrazów, wypracowali, zanim ukończyli 10 rok życia. Z czasem i przy okazji udoskonalili sposoby porozumiewania się całego swojego plemienia, ale nie zdołali nauczyć ich mówić. Rodzice Andona i Fonty, choć byli przodującymi członkami grupy, przyswoili zaledwie kilka nowych znaków i symboli.
Zanim ten nowy klan, czyli de facto gatunek ludzki, zaczął rozprzestrzeniać się po planecie, pierwszy ziemski język mówiony był już całkiem dobrze ukształtowany. Jego początki były szalenie dynamiczne. Zrodził się z gestów, znaków, krzyków, intonacji i dźwięków naśladowczych, by wyewoluować do poziomu wymowy późniejszych alfabetów. Bywały okresy, kiedy niemal codziennie dodawano do niego nowe słowa. Dialekt Andonowy pozostawał w użytku jeszcze wiele lat później, w czasach Edenu.
Niech cię piorun trzaśnie
Wielokrotnie to powtarzam — bo choć szczycimy się wielkim zaawansowaniem, wcale nie wyprzedzamy naszych przodków tak dalece, jak byśmy sobie tego życzyli. Dotyczy to także języka. Wprawdzie od samych początków doskonalimy mowę, to ten współczesny nie dość, że jest ograniczony, to wciąż zacofany. Wystarczy wspomnieć o archaizmach świadczących np. o (niestety nadal aktualnych) magicznych przesądach. Ciągle bywamy „oczarowani” czy „opanowani”; niezmiennie rodzimy się pod „szczęśliwą gwiazdą”, a „wyplute” słowa powinny tracić swą sprawczą moc.
Widać (słychać) to szczególnie we wszelakich obrzędach religijnych. Kapłani, w swych rzekomo magicznych modłach używają obcych dialektów, trudnych, często dawno usuniętych z użytku słów, jakoby taka forma modlitwy była bardziej przyjazna Bogu. Bo wszechmądry Stwórca rozumie i akceptuje jedynie dystyngowane wierszyki. Wszystko to jest echem dawnych szamańskich cwaniackich sztuczek, które obecnie są równie skutecznym elementem budowania autorytetu i sprawowania kontroli nad wiernymi. I dzisiaj modlitwy recytowane przez księży mają większą moc, a niektórych zwykły śmiertelnik nie jest nawet godzien wypowiadać. Czym różni się współczesna ekskomunika od dawnych klątw? Niezmiennie wierzymy, że modlitwą jest wyłącznie to, co pobłogosławił Kościół, a jej słowa koniecznie muszą być wykwintne. Inaczej się po prostu nie będzie liczyć. Dla wielu wierzących każda najmniejsza ingerencja w modlitwę jest grzechem, a te w innej, czyli niezaakceptowanej przez hierarchów, formie są zupełnie bezwartościowe.
Jak kura pazurem
Język pisany, jak można przeczytać w Księdze Urantii, jest wtórnym następstwem mowy. Najpierw nauczyliśmy się mówić, a dopiero później spróbowaliśmy przenieść ulotne symbole dźwiękowe na trwalszy nośnik. Mowę możemy już nie tylko usłyszeć, ale i zobaczyć; a dzisiaj nawet poczuć (pismo Braille’a).
Piśmiennictwo rzecz jasna również rozwijało się etapami. Od „patyka wiadomości”, przez węzły na sznurach, pismo obrazkowe i hieroglify, aż do zestawów symbolicznych. Pierwszy alfabet, składający się z 25 liter, wczesnemu, acz już od dawna mówiącemu człowiekowi przekazał cielesny personel Księcia Planetarnego. Później, Adam i Ewa, doskonaląc dialekt Andonowy, stworzyli nowy alfabet — dwudziestoczteroliterowy. Gdyby nie następstwa buntu Lucyfera, prawdopodobnie do dzisiaj byśmy się nim posługiwali. W późniejszych latach znacznie lepiej rozwinięci Adamici (potomstwo Adami i Ewy) stworzyli trzeci ziemski alfabet. Wynika z tego, że choć korzystaliśmy z wielu metod zapisu, alfabetu nie wynaleźliśmy samodzielnie.
Pierwszą, ogólnodostępną literaturą była reklama soli.
Człowiek niebieski lubił pismo alfabetyczne i dokonał wielkich postępów w tej dziedzinie. Człowiek czerwony wolał pismo obrazkowe, podczas gdy rasy żółte używały symboli dla słów i idei, podobnie jak to robią dzisiaj. Jednak ten alfabet i nie tylko on, został później stracony dla świata, w trakcie zamieszania jakie towarzyszyło buntowi. Odstępstwo Caligastii zniweczyło nadzieję świata na uniwersalny język, przynajmniej na wiele epok.
66:5.10 (746.8)
Progres
Bunt Lucyfera odciska piętno na każdym aspekcie rozwoju człowieka na Ziemi. Poczynając od ewolucji biologicznej, przez rasową, kulturową, na tej religijnej kończąc; zaburzył nawet standardową kolejność epok życia. Konsekwencje jego nielojalności nie ominęły też języka.
Na planetach niesplamionych buntem, od wczesnych czasów Adami i Ewy ludzkość systematycznie przyjmuje język mówiony rasy fioletowej (adamicznej). W epoce po Synu obdarzającym posługuje się nim już cały świat.
Przeznaczeniem każdej zamieszkałej planety jest jeden, wspólny język. Mimo perturbacji tak też w końcu stanie się u nas. Sądzę, że nastąpi to naturalnie i płynnie, zatem dopiero w odległej przyszłości. Gdy pokuszę się o zgadywanki, obstawiam, że będzie to jakaś modyfikacja języka angielskiego. Księga Urantii, wprawdzie nie wprost, sugeruje jednak, że języki alfabetyczne są w jakimś sensie lepsze niż te posługujące się symbolami. Dlatego wykluczyłbym języki azjatyckie, którymi przecież mówi obecnie najwięcej ludzi. Język angielski został także wyróżniony, bo to za jego pośrednictwem objawiono Przekazy. Niemniej są to wyłącznie moje luźne gdybania.
Nadludzkie
Języki istot ewolucyjnych, choćby najbardziej zaawansowane i tak będą ograniczone. Pisałem o tym w tekście o języku Księgi Urantii. W Przekazach wielokrotnie jest mowa o takich ograniczeniach.
W wielkim wszechświecie istnieje 7 odrębnych, głównych języków, którymi posługują się istoty pochodzące z poszczególnych 7 superwszechświatów; mowa ta obowiązuje we wszystkich sektorach tych superwszechświatów. Wszechświaty lokalne oraz systemy posiadają ponadto swoje unikalne sposoby porozumiewania się.
Język naszego superwszechświata — Orvontonu, to „język Uversy”; język naszego wszechświata lokalnego nazywa się po prostu „językiem Nebadonu”. Kiedy spotkają się dwie istoty z różnych wszechświatów lokalnych, porozumiewają się mową Uversy; jednak jeżeli przybędzie ktoś spoza superwszechświata, trzeba korzystać z pomocy tłumaczów.
We wszechświecie centralnym język nie jest zbytnio potrzebny — istnieje tam doskonałe i niemal całkowite zrozumienie. W języku Nebadonu w 30 minut można streścić przebieg całego ludzkiego życia, ale w Raju samo spotkanie dwóch istot daje więcej wzajemnego zrozumienia, niż można przekazać naszą mową w ciągu 1000 lat.
Aj em, ju ar
Jako że zmartwychwstawanie nie dodaje człowiekowi nic ponad zdobyte doświadczenie przeżycia śmierci, podczas wznoszenia się będziemy musieli się tych nowych języków po prostu nauczyć. Na światach-mieszkaniach najpierw nauczymy się mowy Satanii, później języka Nebadonu. Po jego opanowaniu zaczniemy przyswajać mowę Uversy. Na dalszych etapach potrzebne będzie już wyłącznie poszerzanie superwszechświatowego słownictwa.
Kosmiczne notatki
Na sferach morontialnych i duchowych możliwość przekładania myśli na język przekracza ludzkie pojmowanie. Nasze tempo redukcji myśli do formy stałego zapisu może zostać tak przyspieszone przez zdolnych rejestratorów, że ekwiwalent ponad pół miliona słów czy symboli myślowych można zarejestrować w minucie czasu Urantii. Języki wszechświata są znacznie doskonalsze niż mowa rozwijających się światów. Pojęciowe symbole Uversy zawierają ponad miliard znaków, chociaż zasadniczy alfabet posiada jedynie siedemdziesiąt symboli. Język Nebadonu nie jest aż tak skomplikowany, jest czterdzieści osiem podstawowych symboli, jednostek alfabetu.
44:4.4 (503.4)
Nie będzie zaskoczeniem, że również nadludzkie piśmiennictwo przewyższa to, co jesteśmy w stanie sobie wyobrazić. Księga Urantii podaje kilka przykładów. Poza przytoczonym w powyższym Przekazie mówi np. o (być może o tej samej) formie zapisu, z której w ciągu godziny można uzyskać więcej wiedzy, niż z czytanego przez 100 lat tekstu. Do utrwalania myśli używa się „obrazowania pojęć” oraz „techniki ideograficznej”, nie mam jednak bladego pojęcia, co to może oznaczać w praktyce.
Boska język, trudna język
Jeżeli uczciwie przeprowadziłeś eksperyment, który zaproponowałem na początku, pewnie już wcześniej zdawałeś sobie sprawę, jak niewiele z tego, co w sobie mamy, potrafimy wyartykułować. Przypomnij sobie, jak często brakowało ci słów, a potem już nawet siły, aby w sporze klarownie zwerbalizować swe racje; pomyśl, jak często jesteś zmuszony posługiwać się uproszczeniami i wyblakłymi zamiennikami tego, co rzeczywiście ci gra w duszy.
Czasami się zawieszam. Zastygam nad klawiaturą i jak uczący się czytać przedszkolak niemo ruszam ustami z nadzieją, że coś, jakoś mi się wyduka. A dokładnie wiem, co chcę powiedzieć; mam to przecież w sobie, rozumiem to i czuję. Po prostu nie potrafię dobrać odpowiednich słów. Gdy w końcu coś wystukam, czasem aż mi przykro, jak niewiele wspólnego to ma z tym, co rzeczywiście chciałem napisać. To wtórny objaw, ale w mowie miewam dokładnie tak samo. Najpierw coś wiem (wspominałem już o tym w nieco innym kontekście), a gdy spróbuję to wyrazić, najpierw filtruje to umysł, a dopiero na końcu mięśnie ciała przekształcą w zrozumiałe przez ogół polaków dźwięki. I choć uważam się za człowieka elokwentnego, obserwując ten proces od samego jego początku, końcowy efekt musiałbym czasami nazwać co najwyżej popłuczynami początkowego natchnienia.
Boski wpływ jest wszechobecny i przez to niezauważalny. Wszyscy mamy w sobie to nieskończone źródło uczuć i znaczeń, jednak od dziecka przyzwyczajamy się, wyrażać ledwo jego kroplę. Posiłkujemy się np. poezją (całą szeroko pojętą sztuką), aczkolwiek inna rzeczywistość ekspresji jest dla nas abstrakcyjna. Ograniczony język to jedyna, oswojona norma, którą mało kto śmie kwestionować. Godzimy się z nią. Często nawet nie dopuszczamy do świadomości, że coś z tą gadką w ogóle może być nie tak. Jesteśmy więc sobą; uspokajamy się ułudą. Przecież zawsze odważnie mówimy, co mamy na myśli! Ciągły konflikt materialnej natury z wypieranym (lub niewspieranym) duchem rodzi nieznośny mętlik. Te pozornie niewinne kłamstewka pomagają go udźwignąć.
Ponoć jesteśmy ekspresyjni; niby potrafimy się komunikować, ale nie przeszkadza nam to ranić najbliższych nadinterpretacjami. Sam niejednokrotnie żywiłem podświadomy żal do rozmówcy, bo z mojej wypowiedzi nie wyłapał esencji, którą nieudolnie chciałem wyrazić. Jakby to była jego wina. Pomyśl czytelniku ile kłótni i nieporozumień w twoim życiu, wniknęło z ułomności naszego języka. Ile zawdzięczasz mu błędnych wniosków i niedomówień, błędów, ran i strat. Ileż to razy mityczny ton wypowiedzi znaczył więcej niż sama jej treść? Ile relacji legło w gruzach, bo „on/ona mnie nie rozumie”?
Nie zawsze to, co usłyszeliśmy, jest tym, co nasz rozmówca chciał powiedzieć; nie zawsze to, co mówimy, ujawnia nasze stanowisko, tak jednoznacznie, jak nam się zdaje. I nie chodzi nawet o to, jak mógłby wyglądać świat, gdybyśmy zawsze w pełni i tylko szczerze (także wobec siebie) potrafili się wyrazić. Zastanawiam się raczej nad tym, ile może zmienić sama świadomość ułomności języka.
PS Uniwersalny
Chociaż skomponowaliście na Urantii nieco pięknych melodii, muzycznie nie posunęliście się nawet tak daleko, jak wiele sąsiednich planet w Satanii. Gdyby Adam i Ewa nadal żyli, wtedy mielibyście prawdziwą muzykę; jednak dar harmonii, tak wielki w ich naturach, został tak mocno rozrzedzony przez rasy bez zamiłowania muzycznego, że tylko raz na tysiąc żyć ludzkich zdarza się wielkie zrozumienie harmonii. Ale nie upadajcie na duchu; kiedyś prawdziwy muzyk może się pojawić na Urantii i wszystkie narody zostaną oczarowane wspaniałymi tonami jego melodii. Jedna taka istota ludzka może na zawsze zmienić nastawienie całego narodu, nawet całego cywilizowanego świata. Jest literalną prawdą, że „melodia ma moc przekształcenia całego świata”. Muzyka zawsze pozostanie uniwersalnym językiem ludzi, aniołów i duchów. Harmonia jest mową Havony.
44:1.15 (500.6)