Ograniczony jak ateista

O

Jedyny, w moim mniemaniu zdrowy ateista to taki, który odrzuciwszy koncepcję Boga, przestaje zawracać sobie nim głowę i nie spiera się z wszystkowiedzącym szamanem. Powinien, rzecz jasna, mieć o zinstytucjonalizowanej religii swoje zdanie, ale na pewno nie marnuje energii na pyskówki z przedszkolakami w ich własnej piaskownicy.

To mój kolejny tekst w tematyce ateizmu. Będzie głównie krytyczny; przekoloryzowany i jak zawsze subiektywny.

Ateisto

Kwestię szczytnych idei, jakie przyświecają walczącym z religijnymi zabobonami, poruszałem już wielokrotnie. Takie aktywności bezsprzecznie są potrzebne. Wręcz konieczne. Dogmaty, a przynajmniej ich większość, stały się zbędnym balastem dla współczesnej cywilizacji. Dzisiaj są co najwyżej niedorzeczne. A na pewno społecznie szkodliwe. Co do tego nie mam wątpliwości. Zadaję sobie jednak pytanie: Czy nie lepiej byłoby przy okazji postarać się o sojuszników wśród wrogów? Jak wyglądałyby relacje religia-nauka, gdyby ci mądrzejsi, zamiast krzyczeć „Boga nie ma i nigdy nie było! My to wiemy, bo za nami stoją obliczenia i eksperymenty”, powiedzieli „Nic nie wskazuje na to, aby Bóg, tak jak go opisano w waszych księgach, faktycznie istniał; ale hej, może istnieje inny, a w tamtych czasach i dzisiaj wciąż nie mamy wystarczającej wiedzy, by się do niego zbliżyć? Nauka niczego nie wyklucza, chodź z nami, wspólnymi siłami dowiemy się więcej”. Zerknijmy zresztą na historię nauki. Ilu wybitnych wizjonerów wierzyło w Boga? Ilu wciąż wierzy? Nie przeszkadza im to w dokonywaniu ważnych odkryć.

Ateista powinien mocować się z obłudnymi, biznesowymi organizacjami religijnymi. Faktycznie tu w pierwszej linii walczą przede wszystkim oni. Ja jednak nie przepisywałbym tego oporu wyłącznie im. Szczególnie że wciąż za mało jest tych, którzy zauważyli, kto w tej szamotaninie jest prawdziwym zagrożeniem.

Podwójne standardy

Ci sami ateiści, którzy po prostu dzielą ludzi na wierzących i niewierzących, często mają skłonność do rozdrabiania własnych poglądów na szereg podgrup. Tych, co wierzą w Boga, niezależnie od ich rzeczywistych poglądów, wolno wrzucać do jednego wora. Wyznanie nie ma znaczenia. Tymczasem ateista może być antyteistą, agnostykiem, gnostykiem, słabym ateistą, mocnym ateistą, ateistą z odpowiednim numerkiem we właściwej skali i sam tylko Bóg wie kim jeszcze.

To nie pora na drobiazgową analizę takich podziałów. Domyślam się, że takie rozbicie, w odpowiednich okolicznościach bywa przydatne. Np.: Aby nie dostać w twarz swoją ulubioną bronią („Udowodnij!”), ateista nie może twierdzić, że Bóg na pewno nie istnieje. Dlatego nazwie się ateistą-agnostykiem. Nie wierzy w istnienie Boga, ale pozwala sobie na margines błędu. Ta niewiara nie daje mu stuprocentowej pewności, ale dzięki temu nie musi też niczego udowadniać.

Naprodukowaliśmy niezliczoną ilość definicji Boga. Poczynając od tych, którym nadaliśmy imię, kończąc na bezmyślnej dowolnie interpretowanej kosmicznej sile. Ateista musi więc i do tego zjawiska się jakoś odnieść. Może zatem nie wierzyć w Zeusa (albo Jahwe), ale nie odrzuci poglądu, że ludzkość została stworzona przez obcą rasę w ramach eksperymentu. Ewentualne działania obcych mogą być mylone z pracą Boga. Chociaż u swych źródeł ateizm nie wyklucza sił, które można nazywać Bogiem, wielu ateistów ma pewność, że każdy wierzący jest w błędzie.

Co zabawne, druga strona w dyskusji z ateistą ma obowiązek rozróżniania, który typ on reprezentuje. Bo jakże by tak szufladkować ludzi! Nazywa siebie ateistą, ale ma prawo mieć swoją indywidualną definicję tego słowa; i każdy powinien ją znać oraz respektować. W przeciwną stronę jednak już nie musi to wcale tak działać. Wierzący to wierzący — ułom, któremu należy wyjaśnić, jak bardzo się myli. Ateista nie potrzebuje wiedzieć nic więcej.

I teraz budzi się lament w duszy ateisty: „Ja nie jestem taki! Bo [tu wyjaśnienie, który z setek typów ateizmu jest mu najbliższy oraz jaki teoretycznie szlachetny stosunek do wierzących sobą reprezentuje], więc się gościu grubo mylisz!”.

Ja wolę tego nie komplikować. Chociaż w niniejszym tekście odnoszę się głównie do ateistów-gnostyków, z szerszej perspektywy i tak sprowadza się to do zero-jedynkowej postawy: Wierzący uważa, że Bóg istnieje, ateista zaś stoi na stanowisku, że Boga nie ma. Jeżeli takie uproszczenie jest dla ciebie czytelniku nie do zaakceptowania, zastanów się, po której ze stron sam dzisiaj byś stanął: Osobowy Bóg istnieje (wierzący); osobowego Boga nie ma (ateista). Nie musisz nikomu swojego wyboru uzasadniać.

Boga nie ma

Ateizm wyklucza istnienie Boga. Podważa więc autentyczność cudów, nawiedzeń, magicznych uzdrowień i całej reszty podobnych rewelacji. Idzie ramię w ramię z nauką, która zadowala się wyłącznie surowymi faktami i usystematyzowanymi dowodami. Aby rozwikłać co bardziej skomplikowane zagadki, naukowiec-ateista posiłkuje się często ryzykownymi założeniami, wysnuwa hipotezy i próbuje je udowadniać. Co nie zawsze musi się udać. Jest człowiekiem postępu, jednak tylko człowiekiem — może się przecież czasem pomylić. Dla nauki ateisty wszystko jest możliwe: równoległe wszechświaty, wielowymiarowość, załamania czasu i przestrzeni albo życie w cyfrowej symulacji. Wszystko, oprócz Boga; co to, to nie. Bądźmy poważni.

Doskonale rozumiem, dlaczego łatwe (a przy okazji zupełnie nieuchwytne) rozwiązania ważkich problemów ateistów nie zadowalają. Intryguje mnie jednak to powszechne wśród nich przekonanie, że odpowiedzią na ostatnie „Czemu?” na 100% nie będzie Bóg.

Nauka może błądzić — skomplikowane, analizowane latami teorie okazywały się ślepym zaułkiem. Jednak żeby ateista mylił się w kwestii Boga? Nie ma takiej możliwości. Nie twierdzę, że naukowcy mają zakładać, że na jakimś końcu odnajdziemy Boga, nie. Ateista powinien podchodzić z dystansem do wygodnickich hipotez nie do zweryfikowania, ale czy jednocześnie nie przeczy sobie, kategorycznie odrzucając jedną z dostępnych opcji? Może oczywiście nazywać siebie agnostykiem, ale na którą ze stron chciałby dzisiaj przejść?

Czy w takiej otoczce uparty ateista nie wygląda na równie ograniczonego, jak bezmyślnie wierzący? I jak to o nim świadczy? Wyznawca nie zasłania się tak chętnie otwartym umysłem; tym bardziej dociekaniem prawdy. Ateista-naukowiec ze wzrokiem skierowanym na nieskończony horyzont, z inteligencją przewyższającą wszystkich wierzących razem wziętych, pozuje na gotowego na każdą ewentualność. Otwiera szeroko oczy, widzi, jaki świat jest ogromny i jak wiele jego aspektów wciąż czeka na odkrycie. Pamięta porażki swoich poprzedników i autorytetów, ich trudną drogę, ale również spektakularne sukcesy, które są poświadczeniem prawdy, że w otaczającym wszechświecie wszystko jest możliwe. Oprócz Boga; jego nie ma. Tego już dzisiaj może być pewny.

Oczywiście koloryzuję — zdaję sobie sprawę, że nie każdy ateista jest pewny. Ci, którzy nie chcą oberwać swoją najulubieńszą bronią, dla świętego spokoju powiedzą, że tak naprawdę to niczego nie wykluczają. Nawet Boga. Nie mogę jednak oprzeć się wrażeniu, że prawdopodobieństwo istnienia Stwórcy plasują gdzieś pomiędzy założeniem, że pod powierzchnią Jowisza istnieje różowa ojczyzna jednorożców, a przypuszczeniem, że otaczająca nas rzeczywistość jest wytworem snu jednego z członków X-Men.

Jedną z pretensji części ateistów jest, skądinąd słuszne, wytykanie m.in. Kościołowi katolickiemu bezczelnego hamowania postępu cywilizacyjnego. Można polemizować czy takie spowalnianie nauki jest wyłącznie szkodliwe, aczkolwiek trzeba się bardzo starać, aby rzucanych przez Kościół kłód nie zauważać.

Ale czy współcześnie to nie właśnie sami naukowcy bywają najsilniejszą linią oporu dla nauki? Kościół i inne organizacje przez te wszystkie lata swoje nabruździły, to fakty. Jednak w XXI w. naukowe badania i dowody przedstawiane przez grupy wyznaniowe nie są już traktowane serio. Nazwałbym to raczej agonią, a nie przeszkadzaniem. Wyznawców (nawet tych zbratanych z nauką) i ich teorie traktuje się z pobłażliwością. Chętnie wypomina się im niechlubną przeszłość. Mnie zastanawia coś innego. Jak wielu oświeconych naukowców sabotowało (albo wciąż sabotuje) rozwój badań nad zagadnieniami, które burzyły ich kariery (lub światopogląd)? Nigdy nie dowiemy się, ile wartościowych badań zostało przerwanych, na ile odkryć będziemy musieli czekać kolejne dziesiątki lat, bo ich rezultaty mogą godzić w czyjeś interesy. Tacy ludzie, z racji swojego autorytetu i wpływów, są o wiele groźniejsi dla postępu niż nastolatek z nieudolnie spreparowanymi stygmatami. Tego wojujący o postęp cywilizacyjny jakby nie zauważali. Historia zna mnóstwo przykładów na to, że religijny naukowiec może za wszelką cenę udaremniać dotarcie do prawdy. Ale jak już wspomniałem — to w największej mierze przeszłość. Przyczyny takiego podejścia, w moim odczuciu były jednak takie same jak u upartych naukowców-ateistów — zafiksowanie na swojej nieomylności, pieniądze i władza. Bynajmniej nie Bóg.

Teoretyzowanie pokroju „Gdyby idea Boga nigdy się nie zrodziła i nie zaistniałyby religie, bylibyśmy dzisiaj o lata świetlne dalej, niż teraz jesteśmy”, zawsze będzie wyłącznie subiektywnym gdybaniem. Współmiernym z twierdzeniami w stylu „Gdyby Boga i religii nigdy nie było, nie wyszlibyśmy nawet z jaskini”. Ateista powie, że wyłącznie nauka jest źródłem postępu, wierzący, że to Bóg jest napędem umysłu, a więc zarazem samej nauki. I ponownie, o ile na wierzących rzucających nieomylnym tonem takimi rewelacjami jestem w stanie przymknąć oko — to zaledwie kamyczek na gruzach bzdur, które opowiadają, to ateistom, wciąż domagającym się dowodów i liczb, takie bajdurzenie po prostu nie przystoi.

Prosta sprawa

Ateiści, czy raczej ich specyficzna odmiana — gimboateiści, uzasadniają swoje stanowisko, uwypuklając niespójności w religijnych zapisach lub braki logiki kościelnych twierdzeń.

„Na arkę nie zabrali kangurów — Boga nie ma”, „Niby taki kochający, miłosierny i sprawiedliwy, a wszędzie wokół tyle zła, bólu i niesprawiedliwości — Boga nie ma”, „To ja, kiedy pan ksiądz zasłabnie z zawałem, pomodlę się za niego, zamiast wykonać resuscytację krążeniowo-oddechową. Jeżeli to go nie odratuje — Boga nie ma”, „Bóg zamordował o wiele więcej ludzi niż Szatan — Boga nie ma”, „Księża kłamią, łamią prawo, krzywdzą; grzeszą — Boga nie ma”, „Cudów nie da się udowodnić naukowo — Boga nie ma”, „Miał być koniec świata, a wciąż żyjemy — Boga nie ma”, „Ziemia nie jest płaska — Boga nie ma”, „Teoria ewolucji! — Boga nie ma”, „Widziałeś go kiedyś na własne oczy? Nie? — Boga nie ma”. Tego rodzaju przykładów jest multum. Brakuje jedynie argumentów w stylu: „Nie odnaleziono Zeusa na greckim Olimpie! — Boga nie ma”.

Jakże tanią satysfakcję musi przynosić takie wewnętrzne zaklinanie rzeczywistości. Zamiast zgodnie z prawdą przyznać, że poglądy ludzi na temat ewentualnego Boga są durne, nielogiczne i szkodliwe, przyjemniej jest podbić wagę własnego światopoglądu wytykaniem absurdów i czyichś ograniczeń. Bóg nie istnieje, bo ludzie są naiwni. Toż to niepodważalny dowód.

A wszystko to może mieć jedynie minimalny związek ze szczytnymi celami, którymi tacy nierozgarnięci ateiści usprawiedliwiają swoje postępowanie. To co najwyżej łechtanie ego wygraną ze słabszym. Podskórnie muszą przecież przeczuwać, że tak jak nikt nie potrafi udowodnić istnienia Boga, nie da się dowieść, że go nie ma (przynajmniej na ten moment nie mamy takiej możliwości). Można, i to nietrudne, uwypuklić, że Bóg, jakiego rysują szamani, nie ma racji bytu, jednak słabość ludzkich charakterów nigdy nie będzie dowodem na jego nieistnienie. Wygrana bitwa na argumenty z zacofanymi (albo zmanipulowanymi) katolikami, może ateistom dać co najwyżej płytką satysfakcję z punktowania czyjejś głupoty. To jakby szczycić się zdobyciem Mount Everestu, kiedy wlazłeś na trzydziestocentymetrową kupkę żwiru u jego podnóża.

Gdyby ci ateiści dopuścili dręczącą ich myśl, że mogą się jednak mylić; że gdzieś, istnieje jakiś Bóg, którego naszym małym rozumkiem nie jesteśmy w stanie (być może jeszcze) ogarnąć, ich ego doznałoby bolesnego zwarcia. „Ja miałbym zmienić zdanie, w obronie którego tak głośno warczę? Ja mogę być w błędzie?! To absolutnie niemożliwe!” Widzisz tu czytelniku analogię do upartego wyznawcy, który nawet nie śmie wątpić w przekonania, które mu wtłoczono?

Postawa gimboateistyczna zakrawa na jedną z głównych przyczyn nienawiści na polu wiara-ateizm. Dziecinne pyskówki z pozycji mądrzejszego szybko przeradzają się w ataki personalne, które w ogólnym rozrachunku podważają zasadność całego życia religijnej osoby. Gimboateista nie zachęca do rozmyślania, nie budzi wątpliwości. On wskazuje wierzącego palcem, utrzymując, że większość tego, czym ten od lat żyje, jest bzdurą. To wspólna cecha wielu ateistów, aczkolwiek gimboateiści wiodą tu prym: Z aurą niby tolerancji i pseudo otwartości chcieliby poznać stanowisko wierzącego, ale faktycznie oczekują, że ten pod wpływem ich agresywnych, personalnie skierowanych kpin nagle dozna oświecenia i wkroczy na jedyną właściwą drogę. Drogę ateizmu.

W takim porównaniu ateista wypada zdecydowanie niekorzystnie. Wyznawcy raczej nie szczycą się, przy każdej nadarzającej się sposobności, logiką ani inteligencją. Jeżeli czymś, to nieuchwytną wiarą. Ateizm utrzymując, że po analizie dogmatycznych idiotyzmów pozbył się Boga, nie rożni się wiele od nadgorliwej, nieznoszącej wątpliwości wiary w kretyńskie kościelne fakty. Z perspektywy wypada wręcz gorzej. Wierzący, aby pokonać irracjonalny lęk wynikający z niewiedzy, tłumaczą zastaną rzeczywistość Bogiem; żeby wybielać własne słabości; by utrzymać społeczne przywileje. Aby ugłaskać ego. Ateiści podbudowują swoje szybką wygraną w nierównej walce. W tym wszystkim bezczelnie zasłaniają się szczytną ideą walki o dobro ogółu, kiedy brzmi to, jak zwyczajna, prostacka radość z poczucia wyższości. Wytykają religijną indoktrynację, kiedy sami, bywa, że wręcz na siłę, chcą innym wciskać swoje poglądy. Bo znają jedyną prawdę. Prawdę, którą od głupiej wiary odróżnia głównie to, że jest ich.

„No i gdybym ja był takim Bogiem, na pewno nie podglądałbym wiernych, kiedy walą konia. He he, ale ten Jezus jest gupi”.

Bo gdyby był, nie stworzyłby Tuska i Kac Wawa

Równie rozkoszny jest typ ateistów z roszczeniami: „Udowodnij mi, że Bóg istnieje! Nie umiesz? — Boga nie ma”. Tu, jedynie dla zasady, wspomnę o przenoszeniu ciężaru dowodu. To, że nie potrafię udowodnić obecności Boga, wcale nie musi oznaczać, że ten nie istnieje. To, że ateista nie ma jak dowieść nieistnienia Boga, w żadnym wypadku nie jest dowodem na jego obecność.

Ateista domaga się dowodów, on żąda potwierdzeń. Najlepiej na zawołanie. „Niech bozia zrobi to i tamto — wtedy uwierzę”. Hipotetyczny Bóg, ze swoją potęgą tylko czeka na to, żeby jakiś człowiek postawił mu kryteria, które warunkują jego obecność. Będzie, tresowany skakał, jak mu zagrasz. Czemu miałby nie?

Niektórzy stawiają siebie w roli wszechmocnego: „Ja bym to wszystko zrobił inaczej, lepiej! — Boga nie ma”. Nie zwracają uwagi na swój (nasz), ograniczony punkt widzenia; na szczątkową wiedzę, którą mamy; na naszą nic nieznaczącą pozycję w kosmosie. Umyka im, że z perspektywy (znanego nam) wszechświata ledwo sekundę temu przestaliśmy się napierdalać patykami. On wykonałby lepszą kosmiczną robotę, ponieważ wie już wszystko, co trzeba. Z takiego ujęcia ma pełne prawo, z całą pewnością, orzec, że Boga nie ma. Bo ten np. pozwala, by ludzie chorowali i nie wali piorunami, kiedy ktoś na niego złorzeczy. Gdyby ateiście dać wszechwładzę, za pyskowanie każdy by dostał w łeb i nikt nigdy by nie umarł. Logiczne. I gdyby nie było raka, jeżeli każdy bluźnierca dostawałby w pysk błyskawicą, wtedy dopiero ateista mógłby uwierzyć w Boga. Inaczej to wykluczone.

Pominę wszelakie groźby kary boskiej, bo trzeba serio być głąbem, żeby nie ogarnąć, że sami nawzajem się takimi dyrdymałami straszymy. Gość jednak nie wpadł na pomysł, że gdybyśmy nie chorowali na nowotwory, nawet by nie wiedział, że jakiś rak może go zabić. I wtedy i tak by nie uwierzył.

Równie dobrze mogę nawymyślać jakichś okropnych chorób. Np. „oddechówkę” — jeżeli oddychasz zbyt szybko (albo zbyt wolno), twoje płuca eksplodują i konasz w fontannie krwi; albo „paznokietkę” — jeśli pozwolisz, żeby paznokcie urosły ci poza pewną długość (1,46 cm), jedynym ratunkiem dla twojego życia będzie amputacja całej kończyny. Nic nie stoi na przeszkodzie, aby zaprojektować tysiące bardziej skomplikowanych, nieistniejących dolegliwości, a potem oznajmić, że skoro ich nie ma, Bóg w swej wspaniałomyślności je zlikwidował. Co oczywiście jest dowodem na jego istnienie. Ma to tyle samo sensu.

Szczególnie kiedy będziemy pamiętać, że w większości dogmatów życie materialne — czyli to, co Bóg miałby w opinii ateistów tak bardzo chronić — jest zaledwie tymczasowym przedsionkiem prawdziwego życia. Gimboateiści nie spoglądają jednak poza czubek własnego nosa. Nie wierzą w życie wieczne. A że boją się nieuniknionego końca, teoretyczny, nieistniejący Bóg, miałby im zapewnić cielesną nieśmiertelność. Skoro tego nie robi, wniosek może być tylko jeden — nie istnieje.

Ateiści również, zupełnie zresztą jak wyznawcy, są specjalistami od wyznaczania uniwersalnego, sprawiedliwego dobra i zła. Przypuszczam, że z racji swojej niedoścignionej inteligencji, to oni najlepiej wiedzą, co i jak powinien robić Bóg, żeby można było go nazywać dobrym.

Nie wykonuje poleceń? — Boga nie ma; nie zapewnia wygód? — Boga nie ma; ateista ustali, że sam zorganizowałby o niebo lepszy świat niż nasz — Boga nie ma; Bóg, usłyszawszy, na jakich warunkach powinien, wciąż nie udowodnia mu swojego jestestwa? — Taki Bóg jest głupi (a tak na serio to nienegocjowalny dowód na to, że nie istnieje).

Niedowiarki

Nie ma przecież nawet cienia szansy, że Bóg mógłby oczekiwać od człowieka wiary (nie wiedzy). I dzięki swojej wszechmocy, wszechobecności i wszechzajebistości po prostu uparł się, żebyśmy nie mogli udowodnić, że istnieje. Nie może też być tak, że jesteśmy za słabo rozwinięci (biologicznie lub duchowo), żeby go zauważyć. To całkowicie wykluczone. „Bo gdybym ja był Bogiem, zszedłbym na Ziemię i wszystkim pokazał! Pod groźbą piekielnych męczarni musieliby mnie czcić i masować mi stopy”.

Dzisiaj nikt już nie zmusza ateistów do wiary. Taka ewentualna presja bywa równie płytka, jak ich żądania dowodów. Poza tym żadne jęki nie zmienią faktu, że w obliczu wszechświata (a co dopiero przed hipotetycznym Bogiem) jesteśmy pyłkiem, który nawet nie mignie swoim jestestwem. To jakby jednokomórkowy pantofelek krzyczał: „Ludzi nie ma! Niech mi udowodnią, że są. Czekam!”. Nawet gdybyśmy bardzo chcieli, nie mamy jak mu się pokazać. Zresztą to porównanie jest i tak mierne. Jeżeli wziąć pod uwagę rozmiary, czas życia, czy inteligencję, nam o wiele bliżej do ameby niż do potencjalnego nieskończonego, nieśmiertelnego, wszechwiedzącego Boga.

Znając podstawę każdej religii — wiarę, ateiści domagają się dowodów na istnienie Boga. Toż to sama wiara może nim być — Bóg tego chce, a znaczna część ludzi od zawsze wierzy. Z wielu (często absurdalnych) powodów, różnie się to objawia, ale wciąż wierzymy. Jakoś i skądś tego Boga też sobie wymyśliliśmy. Psychologia (lub psychiatria) na pewno te zjawiska próbuje wyjaśniać, ale jak blisko naszym twierdzeniom o psychice, emocjach czy uczuciach do faktycznej nauki? „Potrzeby”, „bujna wyobraźnia”, „zaburzenia psychiczne” i moje ulubione: „tak działa ludzki mózg”, są dla ateisty wystarczającymi wyjaśnieniami. Kij z tym że w gruncie rzeczy niczego nie klarują. Ważne, żeby wykluczyć działanie inteligentnej siły, która od zarania dziejów mogłaby ku wierze natychać ludzkość. Każda odpowiedź będzie lepsza.

Nie przeczę, dla wyznawców nieuchwytna wiara jest wygodnym boskim wymaganiem, ale Bóg, w samych swoich założeniach od zawsze był osobowością duchową; nie materialną. Zatem domaganie się jego fizycznej obecności wydaje się z leksza niedorzeczne. Zdaję sobie sprawę, ilu cwaniaków krzyczy, że Bóg przyłazi z nieba i odwala jakieś cudowne przedstawienia, żeby pokazać niedowiarkom, kto tu jest szefem (i kogo trzeba się słuchać), jednak tu po raz kolejny wracamy do punktowania banialuków aranżowanych przez ludzi.

Jeżeli Bóg istnieje, jest niewidzialnym duchem. Żaden rozsądny człowiek (niezależnie, w co wierzy) nie powie inaczej. To oznacza — uwaga — że jeżeli Bóg istnieje, jest niewidzialny. Niekoniecznie się ukrywa, nie musi też być tak, że potrzebujemy najpierw wynaleźć specjalne okulary, żeby go oglądać. Być może nigdy nie będziemy w stanie wypatrzyć go biologicznym okiem, bo duchowa, boska rzeczywistość nie ma nic wspólnego z tą fizyczną, która znamy; może to konieczne, aby zbudzić w człowieku akt wiary. Niezależnie od przyczyn, Bóg albo nie istnieje — i tu mamy koniec tematu, albo — uwaga — jest niewidzialny. Dlaczego ateiści ubzdurali sobie, żeby im go pokazać?

Jak mniemam, ateiści nie przeczą temu, że potrafimy myśleć. Że mamy bujną wyobraźnię, że miewamy dziwne sny i porypane halucynacje. Należy to wszystko uznawać za fakt. Naukowcy, w miarę możliwości, starają się te zjawiska rozszyfrować i dotrzeć do ich źródeł; jestem jak najbardziej za. Nic z tego, rzecz jasna nie jest żadnym dowodem na istnienie boskiej, duchowej rzeczywistości, jednak są to ewidentne przykłady, że już teraz (i od zawsze) umiemy zobaczyć i wejść w inne światy. Nie są ani fizyczne, tym bardziej namacalne. Nie da się ich jednoznacznie opisać matematycznymi równaniami. Są po prostu inne. W końcu dojdziemy do tego, jak (i gdzie) powstają, w to nie wątpię; nawet jeśli nieprędko uda nam się je rzetelnie opisać. Mimo to trudno zaprzeczyć, że istnieją.

Jakże więc absolutnie bezsensownym jest dopuszczać myśl, że mogłoby istnieć coś podobnego do naszych snów (marzeń, zwidów), lub nawet coś zupełnie innego, jednak jakaś alternatywna, niezrozumiała i niemożliwa do zbadania rzeczywistość, w której mieszka Bóg. Nie, to wykluczone. Jak ktoś wszechmocny i wszechpotężny, wymagając, że człowiek uwierzy, nie zobaczywszy, mógłby coś takiego wykombinować? To zupełnie nierealne! Nie ma jak udowodnić tego naukowo. A jeżeli czegoś nie umiemy dzisiaj udowodnić, znaczy, że nie udowodnimy tego nigdy, więc to na pewno nie istnieje. Nie ma dyskusji.

Bo jeżeli rozmawiamy o Bogu i jego cechach czy oczekiwaniach, to tylko o takich, które ateiści są w stanie od strzału obalić i wyśmiać. Ostatecznie o takich, które mogą zostać zbadane i ocenione przez naukowców, a dopiero potem obalone i wyśmiane.

Człowiek z otwartym umysłem nie będzie się godził na hipotezy, które sugerują, że coś go może przerastać; albo, o zgrozo, że nie jest na coś jeszcze gotowy. Może te kilkaset lat temu ludzie nauki nie wiedzieli zbyt wiele o świecie, może ich tezy raczkowały, a metody zakrawały na dziecinne; takie czasy. Ale dzisiaj? Absurd. Dzisiaj jesteśmy herosami, którzy chowają wszechświaty w kieszeniach. Nie ma dla nas niczego niezrozumiałego. Z tego wyłania się jedyny logiczny wniosek — Boga nie ma.

Poglądy niektórych ateistów, zupełnie jak zatwardziałych wyznawców, bywają odporne na wątpliwości. Są nieomylni w swoich racjach; niezachwiani, bo wiedzą już wszystko. Teraz tylko trzeba być wdzięcznym, że w swej wspaniałomyślności tak chętnie dzielą się tymi przekonaniami z innymi.

Ktoś tu się myli. I to nie jestem ja

Ja w Boga wierzę, niemniej poświęciłem tutaj sporo miejsca bezsensowi i szkodliwości dogmatów religijnych; również na aprobatę rozsądnych, antykościelnych postaw. Stoję w jednym rzędzie z ludźmi, którzy chcą pozbyć się religijnych łapsk z polityki i nauki. Zmiany obecnego stanu rzeczy są jak najbardziej potrzebne. W odróżnieniu od większości osób deklarujących ateizm ja mam jednak świadomość, że nie będą spektakularne. Jak każdy rozumny człowiek traktuję, w najlepszym wypadku, z pobłażliwością zgraję płaskoziemców i tych, którzy zaprzeczają teorii ewolucji. Mimo to zauważam szkodników, którymi ci niegroźni fanatycy na pewno nie są. Nie jest nim również sama wiara ani tym bardziej Bóg, a wyrachowany biznesmen, który przedstawił się w roli jego posłańca; i to od czasów pierwszego szamana.

W drugiej rundzie, po udowodnieniu, że Bóg nie istnieje, (gimbo)ateiści naskakują na samych wiernych, wypominając im hipokryzję. Wprawdzie głównie walą tą samą bronią — Biblią, ale tym razem wskazując niespójność i zmienność jej interpretacji. Najpierw Bóg powiedział tak, potem trochę zmienił zdanie, a teraz to już w ogóle co innego gada; komedia. Raz, że to kolejny dowód na jego nieistnienie, dwa, potwierdzenie faktu, że ci, co w niego wierzą, są miotającymi się w zeznaniach imbecylami. Wierzący (i cały Kościół) powinni albo trzymać się tego, co religijni przywódcy wymyślili tysiące lat temu, albo, co oczywiście mądrzejsze, odrzucić naraz wszystko, co ma związek z jakimkolwiek Bogiem i tak jak ateiści podążać jedyną ścieżką prawdy. Dopiero wtedy świat stanie się lepszy. Ostatecznie chociaż przestaną być zasmarkanymi hipokrytami.

Jeżeli mowa o badaniach naukowych, to im dokładniej przeprowadzane, im ktoś więcej czasu poświęcił na analizę problemu oraz na obliczenia, im dłużej krył się ze swoją nową koncepcją, aby móc ją rzetelnie opisać, tym lepiej. To sensowne — tak uważnie przeprowadzanie eksperymenty są bardziej wiarygodne. Ile niegdyś zapoczątkowanych naukowych hipotez kiełkowało przez setki lat, czekając na swój moment? Jednak w przypadku religii zmiany muszą nastąpić już, na oczach ateistów; i z fajerwerkami. Dzisiaj dowalą się do omamionego katolika, a on jutro, z nimi ramię w ramię będzie bił swoich byłych współwyznawców. Dzisiaj pozbyli się Boga, nazajutrz znikają wszystkie szkodliwe efekty religijnych dogmatów. Superherosi ratujący świat przed zagładą. Zmiany w nauce mogą (bo muszą) następować powoli, stopniowo odkrywając tajemnice po kawałeczku. Religia nie powinna się zmienić w ogóle, a jeżeli już, to zniknąć ot tak, bo ateiści wszem wobec oznajmili, że Boga nie ma. Większość fanatycznie wierzących (szczególnie w Kościół) to ciemny beton. Ateiści dowiedli, że Boga nie ma, więc od jutra każdy już będzie mógł napawać się świecką mądrością. Zmiany czy aktualizacje paradygmatów naukowych lub praw są chwalebnym postępem i nieuniknioną drogą do wiedzy, ale wątpliwości wyrażane przez wiernych, czy nawet mozolne wycofywanie się Kościoła katolickiego z jego prymitywnych twierdzeń, kwitowane są z protekcjonalną wyższością. Systematyczne (i narastające) odsuwanie się od bzdurnych, kościelnych szopek ateista nazwie obłudą; nie obiecującą (bo zbyt powolną!) i pożyteczną tendencją. Ewolucja nauki idzie w parze ze zmianami pokoleniowymi, opiera się również na zmianie kadr i co ważne, jest zauważalna: Kiedyś wydawało nam się, że to świat obraca się wokół Ziemi, dziś wiemy, że jesteśmy zaledwie jego maleńką częścią. A religia? Kiedyś był Bóg i dzisiaj wciąż jest Bóg! Nic się nie zmienia. To, że nie palimy czarownic na stosach; że ksiądz nie ma już prawa wybijać pyrlikiem zębów, żeby zachęcić do swoich racji, nie ma najmniejszego znaczenia. Ewolucja wiary i religii nie następuje, bo ludzie ciągle wierzą w Boga. Naukowcy mogli uparcie tkwić w błędnych założeniach, ale to, że religia kiedyś miała (i wciąż jeszcze ma) głupkowate prawa oznacza, że po wsze czasy już takie będą. Bo ludzie nauki tylko dawniej bywali w błędzie. Religia jest niezmiennie i identycznie szkodliwa od zawsze i na zawsze, a każdy wierzący to głąb.

Obiektywnie rzecz biorąc, nie każdy, kto wierzy w Boga (nawet spośród tych gorliwie praktykujących), musi być ograniczony. Powtórzę: Wielu ważnych ludzi nauki wierzyło i wierzy w Boga. Tego, co poniektórzy ateiści również wolą nie zauważać i są w stanie wszystkich wierzących wrzucić do jednego wora. „Wierzysz w Boga? Jesteś idiotą; nie będziesz, dopiero kiedy jak ja przestaniesz”. Czym takie nastawienie różni się od postawy bojówki Radia Maryja, która nie zaakceptuje żadnego słowa szkalującego święte imię ojca Tadeusza? Każdy, kto śmie podnieść rękę na ojca dyrektora, jest synem Szatana i z niego ludzi już nie będzie.

Takie skrajności są tylko szkodliwe, ale o niby inteligentnych ateistach znowu świadczą wyłącznie gorzej.

Nietrudno wychwycić, że święte, religijne prawa są ludzkie — od ludzi (i dla ich korzyści) i dla ludzi (dla ich spokoju ducha). Wszyscy bogowie od zawsze byli bardzo ludzcy. Zawistni, mściwi, przekupni, ułomni i niesprawiedliwi; też łaskawi, litościwi i kochający. Byli i są odzwierciedleniem naszych, człowieczych cech: „Gdybym ja był Bogiem, tak właśnie bym robił”. Byłbym zawistny, kochający, mściwy, miłosierny, zazdrosny, łaskawy; ułomny, interesowny i niesprawiedliwy — ludzki. Ani trochę nie wydaje się podejrzane, że nasze próby oswojenia Boga są krojone naszą miarą? Ateiści, w swej otwartości, nie przyjmą założenia, że mógłby istnieć Bóg, który jest tylko dobry, kochający i sprawiedliwy. Toż to nieludzkie, absurdalne, więc niemożliwe! Bóg przecież musi, aczkolwiek nie może, być do nas tak bardzo podobny, więc nie istnieje. Logiczne.

Koncepcja Boga jest dla nas całkowicie abstrakcyjna i też w takie szaty ubrana. Czym jest miłość? Nieskończoność? Indywidualnie interpretowana dusza? Nawet uniwersalna, absolutna sprawiedliwość? Nie ma problemu, by rozmyślać nad tego typu filozoficznymi, niematerialnymi ideami, ale gdy mowa o nich w kontekście Boga, trzeba na to najpierw wyprowadzić matematyczne wzory. Ograniczeni ateiści ignorują diametralne różnice pomiędzy nienamacalną religijną filozofią a fizyczną materią. Próbujemy to analitycznie wyjaśniać i jakoś poukładać, ale wątpię, czy ktokolwiek dzisiaj odważy się bez wątpliwości powiedzieć, że już na bank wie, o co w tym wszystkim chodzi. Wspominałem już o snach i o wyobraźni. Nauka nie odrzuca hipotez o równoległych wszechświatach, w których nie obowiązują znane nam prawa fizyki. Takie teorie, choć zupełnie abstrakcyjne, są jak najbardziej akceptowalne i ciekawe. Oczywiście ewentualna Boska, duchowo-równoległa rzeczywistość musi zostać już w tej chwili zmierzona suwmiarką. Jeżeli to niewykonalne — Boga nie ma.

Gdzie dwóch się bije…

To człowiek wykorzystuje ideę Boga do swoich egoistycznych celów.

Wierzący stawiają się w gronie wybrańców („My pójdziemy do nieba, oni nie, bo nas Bóg najbardziej lubi”); jednocześnie zostali przez kapłanów zwolnieni z myślenia i z ryzyka podejmowania trudnych decyzji. Hiperkardynał zrobi to za nich. Ateiści kopią ryżego chłopca do bicia, bo mogą wtedy poczuć się silni i ważni. Kpią z wyznawców, wytykając im podążanie za dogmatami, o których tamci najczęściej nie mają bladego pojęcia.

Księża i cała reszta szamanów, imamów i innych samozwańczych guru odnajduje się w tym najlepiej; od zawsze. Za szekle, wpływy i posłuszeństwo zdradzą kilka tajemnic swoim owieczkom. Wykorzystają słabości nauki i niepoznane jeszcze odpowiedzi, by podkopać jej autorytet. Rozsiedli się w swoich złotych tronach i z satysfakcją przyglądają się, jak ateiści biją się z wiernymi; jak ci drudzy bronią ich pozycji własną piersią. Trudno szamanów ruszyć ze stołków (nie tylko dlatego, że się spaśli), skoro tacy przemądrzali ateiści ciągle nie umieją udowodnić, że Boga nie ma. Gdy grunt pod nogami zacznie się sypać, wyskoczą z kolejnym przedszkolnym „Czemu?”. Tacy niby geniusze-naukowcy, a wciąż nie wiedzą i nie potrafią. „Och, jesteś nikim przy naszym wszechmądrym Bogu (czyli przy nas)”. Wiernym zaś namalują ponurą wizję zła — wroga, którego uosobieniem są niewierzący, a źródłem impertynencka nauka. Trudne dla siebie pytania przedstawiają jako atak na wiarę i Boga, którego wielu ludzi faktycznie w sobie jakoś tam czuje (niezależnie od przyczyn i powodów). Ateiści swoim postępowaniem takie zamachy tylko potwierdzają.

Szamani napuszczają jednych na drugich i leją w rajty ze śmiechu, wycierając smarki studolarówkami.