Dobro dzieci jest najważniejsze. To stwierdzenie jest tak naturalne, że dla większości stanowi niewypowiedziane motto.
Wolno nam spierać się o granice; zarówno dyscypliny, jak i bezstresowego wychowania. Sytuacja, w jakiej znajdą się najmłodsi, bywa również zależna od kultury oraz wyznania, a rodzinne patologie i nadużycia, których stają się ofiarami, niestety wciąż są na porządku dziennym. Niezależnie jednak od okoliczności i pozycji społecznej, świadomość roli, jaką dzieci odgrywają dla naszego przetrwania mamy chyba wyrytą w genach. Miłość, przywiązanie, poczucie odpowiedzialności — instynkty rodzicielskie dyktują nam jednoznacznie, że o potomstwo (i to nie tylko o swoje) należy dbać. Mimo iż umiemy te uczucia stłamsić, choćby wyłącznie podświadomie, każdy z nas czuje, że bez dzieci zginiemy.
Z tych lub innych przyczyn praktycznie każde wyznanie poświęca najmłodszym sporo swojej uwagi. Nie zawsze będzie to dla tych maluchów dobre, bo i tu zbyt często i to w różnorakich obszarach spotyka je krzywda, jednak organizacje religijne lubią szczycić się tym samym mottem. Jak zawsze zresztą to ich przedstawiciele najlepiej wiedzą, co tym dobrem w ogóle jest; tutaj też idą o krok dalej — znają postawę wobec dzieci, jaką reprezentuje sam Bóg.
Rola dzieci w religijnych dogmatach jest tematem niezwykle obszernym. W teorii ich dobro jest najważniejsze, i trudno zaprzeczyć — religia zazwyczaj o nie dba, jednak nierzadko stają się co najwyżej narzędziem utrzymania władzy i wpływów; tym gorzej, kiedy ofiarami indoktrynacji lub moralnie wątpliwego autorytetu. Niniejszy tekst dotyczył będzie zaledwie wycinka tego obszaru i przede wszystkim przez pryzmat Księgi Urantii. Wspomniane ludzkie odruchy u osób wierzących — troska o najmłodszych oraz religijny zew — zawsze spotkają się we wspólnym mianowniku, rodząc pytanie: Dlaczego Bóg pozwala, aby niewinne dzieci cierpiały i tak przedwcześnie umierały? A w następstwie — co czeka je po śmierci? Na te właśnie pytania postaram się znaleźć odpowiedzi.
Grzech pierworodny
Przygotowując materiały o szeroko pojętej religii, staram się robić chociaż minimalny przegląd internetu, aby dowiedzieć się, jak do omawianego tematu odnosi się Kościół katolicki. Uzyskuję dzięki temu dodatkowy ogląd na sprawę; poszerza to również mój wyuczony katolicki światopogląd, a jednocześnie ciekawie kontrastuje z naukami Księgi Urantii. Choć z biegiem czasu, a więc wraz z nawarstwianiem się kościelnych kłamstw i manipulacji, mam na to coraz mniejszą ochotę, i tym razem zrobiłem podobnie.
Nie było dla mnie niespodzianką, że również w przypadku śmierci dzieci Kościół się miota. „Grzech pierworodny” jest tutaj najjaskrawszym przykładem.
Dzieci, rodząc się z upadłą i skażoną grzechem pierworodnym naturą, również potrzebują nowego narodzenia w chrzcie, aby zostały wyzwolone z mocy ciemności i przeniesione do Królestwa wolności dzieci Bożych, do którego są powołani wszyscy ludzie. Czysta darmowość łaski zbawienia jest szczególnie widoczna przy chrzcie dzieci. Gdyby Kościół i rodzice nie dopuszczali dziecka do chrztu zaraz po urodzeniu, pozbawialiby je bezcennej łaski stania się dzieckiem Bożym.
Katechizm Kościoła Katolickiego, 1250
Miłosierny, sprawiedliwy Bóg uzewnętrznia swoją doskonałą bezstronność, zamykając bramy niebios przed niewinnymi, którzy z różnorakich powodów nie zostali wpisani do kajecika przez jego jedynych przedstawicieli. Żeby było jeszcze sprawiedliwiej, cała ludzkość ponosi i będzie już zawsze ponosić konsekwencje przeszłego nieposłuszeństwa dwojga ludzi. Okazuje się, że Bóg tak mocno kocha życie, że przychodząc na świat, nie jesteśmy zbytnio przez niego lubiani. Bo Adam i Ewa. Więc albo ktoś nas zaprowadzi do pana księdza, albo nici z boskiej miłości. Sorry; bez chrztu nie będziesz dzieckiem Bożym.
Co więc z dziećmi, które umarły nieochrzczone? Czy brak kapłańskich pieczątek skazuje te, zupełnie przecież czyste istoty na szybką, bezpowrotną drogę do piekła?
Ton odpowiedzi Kościoła, jak zazwyczaj w przypadku podobnych dylematów, się nie zmienia: „To oczywiste. Nasze nauki przecież głoszą, że bez chrztu człowiek nie ma wartości w oczach Boga (bo nie wniesie do Kościoła żadnych korzyści). Jednak w związku z tym, że wielu z was taka wizja napawa trwogą, będziemy tak rozmywać temat, żeby nie przyznać tego wprost. Coś nawymyślamy, żebyście się od nas nie odwrócili”.
Na jednej z katolickich stron zamieszczono m.in. takie wyjaśnienia:
„Czyżby stąd wynikało, że dzieci zmarłe bez chrztu nie będą zbawione? Tego nie wiemy i na tej ziemi wiedzieć nie będziemy. Wiemy natomiast, że na pewno zbawione są te zmarłe dzieci, które dostąpiły odrodzenia przez sakrament chrztu.
[…]
Odpowiedź na pytanie o los dzieci zmarłych bez chrztu — i to, co na ten temat wiemy, i to, czego nie wiemy — krótko da się ująć w kilku następujących punktach:
1. Bóg jest sprawiedliwy i miłosierny, i niewątpliwie nikogo nie skrzywdzi. Nie skrzywdzi też żadnego dziecka, które nie miało szczęścia zostać ochrzczone. Toteż Jemu właśnie, sprawiedliwemu i miłosiernemu Bogu, polecamy te wszystkie nasze dzieci, które — z naszej winy czy bez niej — umarły nieochrzczone.
[…]
3. „Bóg związał zbawienie z sakramentem chrztu, ale sam nie jest związany sakramentami” (Katechizm Kościoła Katolickiego, 1257). Upoważnia to nas do nadziei, że Bóg znajdzie sposób na zbawienie również dzieci zmarłych bez chrztu, jednak nie możemy mieć pewności na ten temat.
[…]
5. Rodziców wierzących, których dzieci bez ich winy umarły bez chrztu, wolno pocieszać nadzieją, że zostały one ochrzczone w ich wierze. Wydaje się, że taka ekstrapolacja starochrześcijańskiej jeszcze idei chrztu pragnienia jest w pełni uzasadniona.
6. Wydaje się, że uprawnione jest pocieszanie również tych rodziców, którzy zawinili przeciwko swojemu dziecku, dopuszczając do tego, że umarło ono bez chrztu. Wolno ich na przykład zachęcać do „podpowiadania” Panu Bogu, ażeby ich obecne życie wiarą (np. troskę o religijną atmosferę w rodzinie, itp.) przyjął jako próbę „wynagrodzenia” za tamto zaniedbanie oraz jako błaganie na rzecz zbawienia ich dziecka […]”.
Te wyciągnięte z kontekstu fragmenty (zachęcam, aby zapoznać się z całością) obrazują, w jakim rozkroku stoją przesłania Kościoła. Kapłani niby wiedzą, ale nie wiedzą; niby trzeba chrztu, ale może jednak nie trzeba…
Moja niechęć do tak ordynarnych dogmatów głoszonych przez samozwańczych, boskich wybrańców aż krzyczy. Znowu, za pomocą strachu („Jeżeli cię nie ochrzciliśmy, żyjesz w grzechu, a wszyscy grzesznicy spłoną w piekle”), poczucia winy („Odpowiadasz za jak najszybszy chrzest, a więc i zbawienie swoich dzieci”) oraz wątpliwego autorytetu („Wiemy na pewno, ale jednak nie do końca”) zagania się owieczki do zagrody. I tam trzyma pod butem. „Jeżeli do nas nie przyjdziecie, kochający i miłosierny Stwórca skaże was i wasze przedwcześnie zmarłe, niewinne pociechy na wiekuiste męki”.
Nieustanne wmawianie wiernym (i to od najmłodszych lat!) takich dyrdymałów, musi ryć im głowy; ale jest skuteczne. Znam sporo ludzi, którzy ochrzcili dzieci „na wszelki wypadek” (albo żeby agresywna rodzina dała im spokój). Potem, na kanwie „ponad 90% polaków to katolicy”, Kościołowi wolno domagać się wszelakich przywilejów i dodatkowych praw. Dla mnie jego postawa, także przez pryzmat chrztu, jest obrzydliwa (chociaż na tle konkurencji wypada wręcz anielsko).
Dziecko Boga
Te nauki Kościoła, jak zresztą sporo innych, wbrew kapłańskim zapewnieniom, nie mają nic wspólnego z przesłaniem Jezusa; ani z tym, co Przekazy Urantii nazywają prawdziwą religią.
Jak potwierdza Księga, Jan faktycznie chrzcił wyznawców; na prośbę ochrzcił również Jezusa. Faktem jest też, że apostołowie chrzcili swoich zwolenników. W przyszłości bardziej szczegółowo przybliżę te historie, aczkolwiek w tym miejscu istotne jest wyłącznie jedno stanowisko: Aby stać się dzieckiem Boga, wystarczy wiara i szczera, indywidualna chęć, aby czynić jego wolę, więc stawać się mu podobnym. Nic ponadto. Bóg nie wymaga sakramentów, pieczątek, poświęceń, błagań ani żadnej grupowej, wyznaniowej czy narodowej przynależności. Nie istnieje grzech pierworodny; nie ma narodu wybranego; Bóg nigdy nie karze za przewinienia przodków. Każdy człowiek samodzielnie zadecyduje o swoim duchowym losie. Żadne wydarzenie z przeszłości ani z przyszłości, na które nie miał wpływu, tym bardziej rodzicielskie zaniedbania, nie mogą wpłynąć na jego zbawienie. Niestety macki organizacji religijnych nie mogą pozwolić sobie na tak oczywistą prawdę.
My
Księga Urantii na różne sposoby klasyfikuje istoty ludzkie. Aczkolwiek z tego najważniejszego — duchowego punktu widzenia, Bóg widzi wyłącznie dwa typy ludzi: tych, którzy chcą być mu podobni, oraz tych, którzy tego nie chcą. To poniekąd odpowiedź na pierwsze z zadanych na początku pytań, bo życie doczesne nie ma tu większego znaczenia; a co za tym idzie również fizyczne bóle czy niedoskonałości ciała.
Nieważne jak długo potrwa to życie, każdy człowiek otrzyma możliwość dokonania tego w pełni szczerego, ostatecznego wyboru. Nie ma to związku z przemyśleniami ani werbalnymi deklaracjami. Umysł, a więc usta mogą kłamać. Dusza nie. Przekazy przekonują, że każdy z nas otrzyma wystarczającą ilość czasu, aby w pełni i zgodnie ze sobą podjąć tę jedyną w życiu istotną decyzję. W duchu najpobożniejszy kapłan może okazać się nikczemnikiem; najzajadlejszy ateista, może kierować się głosem Boga.
Dotyczy to również dzieci. Sprawiedliwy Bóg także im zapewnia warunki, aby mogły dojrzeć i samodzielnie zdecydować, którą ścieżkę wolą.
W obecnej epoce niewielu z nas podejmie taką ostateczną decyzję za życia w ciele. Z takiego, duchowego punktu widzenia, śmierć dorosłego różni się od śmierci dziecka jedynie szczegółami. Wszyscy jesteśmy — i w tym kontekście dosłownie — dziećmi Boga. Rozwój fizycznego ciała z wszechświatowej perspektywy nie zmienia praktycznie nic. W moim mniemaniu zdecydowana większość z nas po śmierci zmartwychwstanie na światach-mieszkaniach Satanii i tam będziemy kontynuować swój byt, rozwijając się w wybranym przez nas kierunku.
Księga Urantii mówi: „[…] żyć wiecznie będą wszystkie dusze, każdego możliwego stadium śmiertelnej egzystencji, pod warunkiem, że przejawiają wolę współpracy z zamieszkującymi ich Dostrajaczami i wykazują chęć znalezienia Boga oraz osiągnięcia boskiej doskonałości, nawet jeśli takie pragnienia będą tylko pierwszymi, słabymi przebłyskami prymitywnego pojmowania tej «światłości prawdziwej, która oświeca każdego człowieka, gdy na świat przychodzi»”.
Pytając o to, dlaczego Bóg pozwala, aby dzieci cierpiały i przedwcześnie umierały, wierzący demonstrują braki swej wiary; ateiści doszukują się argumentu potwierdzającego ich światopogląd. Nic w tym złego; jesteśmy tylko ludźmi. Szukając odpowiedzi, pamiętajmy jednak, że cierpienia wpisane są w ludzką ewolucję. Boimy się fizycznej udręki; utrata najbliższych może zaboleć nawet bardziej. Ale cierpimy, ponieważ to nas rozwija i wzmacnia. Bez wyzwań nie wyszlibyśmy z jaskini. Bo i po co? A każdy ból minie. Gdyby nasza wiara była silniejsza, czulibyśmy, że w wieczności zarówno trzy, jak i sto lat jest niczym; gdybyśmy mocniej ufali Bogu, wiedzielibyśmy, że nie pozwoli, żeby przypadkowe zrządzenia losu czy pech mogły wyrządzić nam rzeczywistą krzywdę.
Jeżeli popatrzeć na życie przez pryzmat szczerej wiary, i to nie koniecznie tej wynikającej z Księgi Urantii, to przedwczesna śmierć dziecka jest dla niego wręcz błogosławieństwem. Każda organizacja religijna głosi jakąś wizję Raju — bezpiecznego (choć to ledwie eufemizm tego, jak widzimy niebo) miejsca, do którego wybrani pójdą po śmierci. I tam właśnie trafiają dzieci. Wszystkie. Bez wieloletnich męczarni w niepewności i strachu; bez przepychanek w otoczeniu obłudy, brzydoty i kłamstw. Mimo wszelkich ewentualnych cierpień ciała, kiedy uda nam się to ocenić uczciwie, i tak walczą zdecydowanie krócej niż ktoś, kto dożyje starości; czy nawet wieku średniego. Powtórzę. Nie potrzebujemy chrztu ani certyfikatu przynależności; mamy też czas. Każdy człowiek jest dzieckiem Boga, ale byłbym skłonny przyznać, że to właśnie przedwcześnie zmarli mają mniej okazji, aby jego miłość egoistycznie odrzucić.
Odrębną kwestią jest ból rodziców, którzy muszą obserwować gasnące światło swoich ukochanych pociech. Nie jestem w stanie wyobrazić sobie, jak bardzo przytłaczające musi być mierzenie się z taką tragedią i mam nadzieję, że nigdy nie doświadczę tego na własnej skórze. Niemniej, i mam tu na myśli przede wszystkim wierzących, powinniśmy być świadomi, że wiele odcieni tego cierpienia wynika z naszego egoizmu. Egoizmu ubranego w opiekuńcze szaty. Zawsze dzielimy łzy i zgryzoty z najbliższymi, ale często nasz lęk przed pustką i niewyrażalną tęsknotą nie pozwala im odejść. Nie chcemy, aby cierpieli, jednak aby samolubnie złagodzić swoje katusze, ich cierpienia przedłużamy. Tym gorzej, kiedy dotyczy to dzieci.
Najmłodsi
Zgodnie z Przekazami Księgi Urantii, istota ludzka zostaje wpisana do rejestru osobowości wielkiego wszechświata w momencie podjęcia swojej pierwszej moralnej decyzji; jest to równoznaczne z obdarzeniem takiego człowieka boskim fragmentem – Dostrajaczem Myśli. Przybycie Dostrajacza „ustanawia tożsamość w oczach wszechświata”; ma to miejsce w okolicach piątego roku życia.
Po śmierci wszystkie istoty zamieszkałe przez tego Boskiego Ducha stają na „apelu sprawiedliwości”. Dzieci również. W przypadku planet we wczesnych epokach rozwoju oraz na tych splamionych buntem (jak Ziemia), wielu ludzi, także tych najmłodszych, umiera, zanim wybiorą rajską egzystencję. Zmarłe, zamieszkałe przez Dostrajacza dzieci i młodzież, podążają wtedy śladami najbardziej zaawansowanego duchowo rodzica — w momencie jego zmartwychwstania idą do świata finalistów systemu.
Z zapisów Księgi wynika, że dziecko zdobywa tożsamość fizyczną podczas ziemskich narodzin. Rozwój duchowy jednak, a co za tym idzie życie wieczne, uzależnione są od obecności Dostrajacza Myśli. Do czasu tego obdarzenia, dzieci uważa się za nierozerwalnie złączone z rodzicami. W związku z tym te, które umarły, zanim podjęły swoją pierwszą moralną decyzję (czyli poniżej pięciu lat), uosabiane są na światach systemów lokalnych, równocześnie z przybyciem któregoś z rodziców do światów-mieszkań.
Wznoszenie się któregokolwiek z biologicznych rodziców daje więc gwarancję, że dziecko zostanie ponownie uosobione. W odpowiednim czasie wszystkie otrzymają prawo wyboru — zgodnie ze swoją wolą — czy zechcą podążać drogą wznoszenia się śmiertelników.
Jeżeli dziecko umrze przed swoimi rodzicami, czeka na nich jako „śpiący przetrwały”. Jeżeli po nich, to albo podczas apelu sprawiedliwości, albo na trzeci dzień po śmierci zmartwychwstaną wspólnie na orbicie Jerusem. Należy przy tym pamiętać, że każde pośmiertne czekanie jest nim wyłącznie z perspektywy żywych — śpiący przetrwali, w żaden sposób nie odczuwają upływu czasu.
Miejsce, gdzie przybywają dzieci po ich przedwczesnej śmierci, nazywane jest „ochronką próbną”. Tam będą kontynuować swój rozwój.
Forma
Dzieci stanowią wyjątek, jeżeli mowa o formie, w jakiej człowiek zmartwychwstaje. Dorośli po śmierci kontynuują swój byt na światach-mieszkaniach systemu w nowym, przedduchowym, morontialnym ciele. Dzieci jednak wyglądają tam (nie dotyczy to cech płciowych, a więc potencjału rozmnażania się), jak na świecie rodzimym, a więc dokładnie tak, jak w momencie śmierci (zakładam, że wszelakie ewentualne fizyczne ułomności zostają wtedy wyeliminowane; to nie jest to samo ciało, jest takie samo). Dlatego życie zmartwychwstałych dzieci, do pewnego momentu, wciąż uznaje się za materialne.
Ochronka
Ochronka próbna — szkoła dla zmartwychwstałych dzieci, mieści się na świecie finalistów orbitującym wokół Jerusem, stolicy Satanii. To tam naucza się i wychowuje najmłodszych; niezależnie od ich statusu.
Sfery Jerusem są pierwszym nadmaterialnym szczeblem na drodze wznoszenia wszystkich śmiertelników, dlatego taka lokalizacja ochronki próbnej nie powinna dziwić. Dzieci, które nie doczekały obdarzenia Dostrajaczem Myśli, w odpowiednim czasie tam właśnie go otrzymają. Razem ze starszymi braćmi i siostrami dorastają, rozwijają się, aż dokonają ostatecznego wyboru.
Najmłodsi pozostają tam pod opieką finalistów (śmiertelników, którzy wznieśli się przed oblicze Wszechświatowego Ojca), jednak same zajęcia edukacyjne w ochronkach próbnych prowadzą Cherubini, pod nadzorem Melchizedeków.
Ochronkę dogląda również 1000 par Materialnych Synów i Córek (Adamów i Ew) — ochotników ze stolicy. To oni tworzą rodziny, do których adoptowane zostają zmartwychwstałe dzieci. Pomaga im prawie taka sama liczba ochotników z midsonicznych grup rodzicielskich.
Na świecie-ochronce, próbne istoty grupowane są zgodnie z tym, czy mają czy też nie mają Dostrajacza, ponieważ Dostrajacze przybywają zamieszkać te materialne dzieci tak samo jak na światach czasu. Dzieci w wieku przeddostrajaczowym wychowywane są w rodzinach pięcioosobowych, począwszy od mniej niż jednego roku do około pięciu lat, albo do tego wieku, kiedy przybywa Dostrajacz.
47:2.3 (532.1)
Dzieci, które otrzymały swoje Dostrajacze Myśli, ale przed śmiercią ciała nie zdecydowały, aby wyruszyć w drogę do Raju, także zostają ponownie uosobione na świecie finalistów. Tam też dorastają w rodzinach Synów Materialnych; tak samo, jak te, które zmartwychwstały bez Dostrajaczy. Również one żyją w ochronkach w grupach pięcioosobowych (nie licząc opiekunów) — w przedziale wieku od sześciu do czternastu lat. Takie zastępcze rodziny składają się najczęściej z dzieci w wieku około sześciu, ośmiu, dziesięciu, dwunastu i czternastu lat. Tak jak na planetach przestrzeni, im także towarzyszą opiekunowie seraficzni. Po ukończeniu szesnastego roku życia — jeśli dokona ostatecznego wyboru — młodzież transponowana zostaje do pierwszego ze światów-mieszkań, aby stamtąd rozpocząć wznoszenie się do Raju. Może to nastąpić wcześniej, jednak na światach-mieszkaniach rzadko spotyka się dzieci poniżej szesnastego roku życia. Po przybyciu do światów-mieszkań, część z nich może dołączyć do swych rodziców (jeżeli ci do tego czasu nie wyruszyli dalej).
Tutaj należy zaznaczyć, że to nie biologiczni rodzice wychowują zmartwychwstałe dzieci w ochronkach. Chociaż z naszej perspektywy może to zabrzmieć okrutnie, nadmaterialni nauczyciele mimo wszystko wydają się mieć ku temu lepsze kwalifikacje; bo dobro dzieci jest najważniejsze. Ziemscy rodzice otrzymują jednak możliwość współpracy z tymi morontiańskimi opiekunami. Mają więc wpływ na wychowanie swojego potomstwa. I choć nie mieszkają razem, mogą je odwiedzać 4 razy w roku. „Widok rodziców ze światów-mieszkań, przytulających swoje materialne potomstwo przy okazji ich okresowych pielgrzymek do świata finalistów, jest jedną z najbardziej wzruszających scen na całej drodze wznoszenia się”.
Po dostąpieniu Trójcy, zmarli jako dzieci, ale teraz dorośli już wzniośli śmiertelnicy zostają stałymi obywatelami Raju. Jednak ci, którzy nie zdobyli odpowiedniego doświadczenia ewolucyjnego na planetach swoich początków, nie zasilają Korpusu Finalizmu. To jedyna konsekwencja przedwczesnej śmierci ciała.
Gdy życie materialne dobiega końca, jeśli nie został dokonany wybór wznoszącego się życia lub jeśli te dzieci czasu zdecydowanie opowiedziały się przeciw przygodzie Havony, śmierć automatycznie kończy ich próbne misje. Nie ma orzeczeń takich spraw; nie ma zmartwychwstania z takiej drugiej śmierci. Stają się one po prostu takie, jak gdyby ich nie było.
47:2.7 (532.5)
Doświadczenie rodzicielskie
Żaden przetrwały śmiertelnik, pośredni czy serafin, nie może wznieść się do Raju, nie może dostąpić Ojca i zostać zamustrowany do Korpusu Finalizmu, nie przeszedłszy wzniosłych doświadczeń w związkach rodzicielskich z rozwijającym się dzieckiem ze światów, albo doświadczeń analogicznych lub im odpowiadających. Pokrewieństwo dziecka i rodzica jest fundamentem zasadniczej koncepcji Ojca Wszechświatowego i jego wszechświatowych dzieci. Dlatego takie doświadczenie staje się niezbędne w empirycznym szkoleniu wszystkich wznoszących się istot.
45:6.4 (516.2)
Ludzkie doświadczenie często (zawsze?) jest fragmentaryczne. Czy to ze względów dziedzicznych, środowiskowych albo kulturowych, ale też z powodu przedwczesnej śmierci. Na światach-mieszkaniach Jerusem wznoszący się otrzymują możliwość nadrobienia takich empirycznych braków. Dotyczy to również doświadczenia rodzicielstwa.
Na pierwszym świecie-mieszkaniu Jerusem przetrwali śmiertelnicy, muszą spełnić wymogi „komisji rodzicielskich” ze swych rodzimych planet. Nasza — urantiańska komisja składa się z dwunastu doświadczonych par, które na Ziemi wychowały co najmniej troje dzieci do wieku dojrzewania (służba w takiej komisji jest rotacyjna i trwa z reguły 10 lat). Ci z nas, których doświadczenie rodzicielskie w opinii komisji okaże się niewystarczające, będą uzupełniać te niedobory w domach Synów Materialnych na Jerusem, bądź częściowo w omawianej ochronce próbnej.
Wznoszący się, których potomstwo przebywa w ochronce, mogą starać się o tymczasowe przeniesienie na świat finalistów, aby tam uzupełnić część swoich braków, w roli wspólnych rodziców własnych oraz innych dzieci. Może to zostać później uznane na Jerusem za wywiązanie się z połowy szkolenia, które śmiertelnicy muszą przejść w rodzinach Materialnych Synów i Córek. W takich okolicznościach biologiczni rodzice przynajmniej część czasu będą mogli spędzić ze swoimi dziećmi.
Dobro dzieci jest najważniejsze
Nauki Księgi Urantii i kwestii najmłodszych są stonowane. Potrafią przy tym uspokoić, gdyż przedstawiają Boga, który faktycznie nie ma względu na osoby, a najmłodszych otacza należną im opieką. Dogmaty Kościoła katolickiego także przy tej okazji brzmią jak nieśmieszny żart.
Jesteśmy dziećmi Boga. A każdy z nas, na swój choćby wyłącznie przyziemny sposób, czuje tę wzniosłą ideę rodzicielstwa. Jak wszystkie, ją także wypaczamy, zniekształcamy i bezcześcimy, jednak pod skórą, żeby nie powiedzieć w duszy, wszyscy czujemy jej ponadczasową moc. Być rodzicem to jeden z nieskończonej ilości boskich przywilejów; doceńmy go. I również przy tej okazji chciejmy być Bogu podobni.
PS Domyśl się
Uważni czytelnicy zapewne nie będą w pełni usatysfakcjonowani powyższymi wyjaśnieniami.
Skoro dzieci klasyfikuje się jako te duchowo samodzielne (które otrzymały swoje Dostrajacze Myśli) oraz niesamodzielne (które nie mają jeszcze Dostrajaczy, ale osiągnęły w momencie narodzin tożsamość fizyczną wiążącą je z rodzicami), co z tymi zmarłymi przed porodem? A jeżeli zmarłe, najmłodsze dzieci podążają za swoimi rodzicami, co z tymi, których żadne z rodziców nie wybierze ścieżki wznoszenia się?
Nie wiem. Księga Urantii nie porusza tych tematów. Zostają nam tylko subiektywne nadzieje oraz domysły. Ja jednak wierzę, że człowiekowi rzeczywistą krzywdę może wyrządzić wyłącznie on sam. Jestem więc przekonany, że Bóg i w tych niepewnych okolicznościach nie pozwoli, aby mogło być inaczej.