Bracia
— „Nie mamy króla, a Cezara”? — zapytałem z niedowierzaniem.
— Tak wrzeszczeli. „Cezara” — fuknął sepleniąc Gesat, a różowa stróżka śliny pociekła mu po rzadkiej brodzie, jakby dla pokreślenia obrzydzenia, jakie w nim wezbrało. — Żołnierz słyszał. Psi syn. Powiedział mi… Bo znudziło mu się bicie! — teatralnie szarpnął krępujące go więzy, szybko jednak odpuścił z westchnieniem rezygnacji.
Gesat był krępy, choć przy tym zawsze lekko się garbił (od pracy, jak lubił kłamać). Jego zbyt długie, rozmierzwione, czarne jak smoła włosy kontrastowały z niemal wzbudzającymi sympatię jasnymi oczami. Sympatii jednak nie wzbudził nigdy. Wiem, co mówię. Bo choć jesteśmy jak bracia, sam jego wyraz twarzy mnie trwoży; i wcale nie chodzi o poprzekrzywiany we wszystkie strony wielki kinol, ani o blizny, które tak dumnie nosi. Raczej o to, że aż nadto wyraża, do czego jest zdolny.
Zawsze żwawy, gotowy na wszystko i każdego teraz zgasł; aż zrobiło mi się go żal. Zwiesił głowę na piersi i prychnął krwią przez wyrwy po świeżo wybitych zębach. Pomyślałem, że chciałbym go objąć, powiedzieć, że jakoś to będzie; że byliśmy siebie warci. Łzy napłynęły mi do oczu.
Krew nie zdążyła nawet wsiąknąć w poszarpaną, brudną tunikę Gesata, gdy ten, jakby z zamiarem skreślenia tego, co się właśnie wydarzyło, zwrócił twarz w stronę pilnującej nas straży i splunął. Taki sam jak zawsze.
— Niech ci język sczerstwieje — wypalił w stronę okutych w zbroje Rzymian.
— Barania tłuszcza! — dodałem bez namysłu. W pierwszym odruchu jedynie po to, żeby odzyskać uwagę Gesata; jego gadanie przyniesie nam co najwyżej kolejne guzy. Zrozumiałem jednak, co się właściwie stało. — Ciemnota to motłoch, ale że sanhedryn? — ciągnąłem pytaniem, choć wcale się nie przesłyszałem.
— I kapłani ze świątyni — warknął — Tak bardzo im w łbach Rzym się rozsiadł, że zapomnieli, kim są — skończył urażony, gdy na oślepiający bielą wapiennych kamieni dziedziniec wprowadzono nieszczęśnika, przez którego zawiśniemy jeszcze przed południem.
Nie znam życia bez Gesata. Nie pamiętam, żeby nie było go obok. Jak to w ogóle się stało, że on i ja? Razem od dziecka. Oberwaliśmy tym samym kijem za podbieranie jabłek? Przysnęliśmy w tym samym błocie? Dwa obite kamienie spod tego samego muru — niepotrzebni i zapomniani. A może rzeczywiście jesteśmy braćmi? U Barabasza mówili, że wypełzliśmy z tej samej kloaki. Padniemy młodo. Chociaż — nie mogło mi być do śmiechu, jednak ta myśl mnie rozbawiła — tak po prawdzie to ja nawet nie wiem ile mam lat. Gesat uparcie twierdzi, że mam się go słuchać, bom młodszy. A ja mu wierzę. Żyliśmy od gnoju do chorób; od bicia do głodu. Tylko dzięki niemu przeżyłem tak długo. Wychowaliśmy się razem. Teraz razem zdechniemy. I za co? „Nie mamy króla, a Cezara”?
Patrzyłem oniemiały, jakby Zły mi siadł na karku. Skazaniec, wcale nie mniej pokiereszowany niż my, kroczył dostojnie, jakby sam decydował, dokąd pójdzie. Drwią z niego, plują mu w twarz, a on nic. Nie szarpie się. Nie złorzeczy. Jakby ufał, że to nie ten jad trawi ich serca.
— Z takim to nawet psi Rzym nie musi się trudzić — zarechotał Gesat — Sam se legnie.
Spojrzałem rozczarowany na obitą twarz towarzysza. W powietrzu unosił się ciężki i lepki swąd potu, kurzu i skwaśniałego wina. Gdzieś wysoko zatrzepotały sztandary ze złotymi ptaszyskami. Co on bredzi? Przecież to my się boimy. My wijemy się pod zaplutym butem innowierców. On? Uniesione czoło i dumna pierś. Wydaje się, że i bez miecza mógłby ich wszystkich rozgonić… Ależ, przecież ja znam tego człowieka!
Okazja
Wąskie kamienne ścieżki wiły się, mijając nasadzone nieskładnie domostwa i wypadały na pełen zgiełku plac jak rzeki kończące swój bieg w trzewiach oceanu. Zewsząd spływały ludzkie potoki. Targowisko nie odrzuci nikogo. Kupcy, dzieci, kobiety, chłopi i kapłani jak równi przeciskali się między prowizorycznymi straganami, gruntując wydeptane tysiącami stóp naturalne alejki targowe.
Powietrze drgało od nawoływań; zgęstniały kurz mieszał się zapachem przypraw, bydła i dymu z glinianych pieców. Dismas przechadzał się niespiesznie, kryjąc uszy między ramionami. Miał na sobie spraną, zbyt długą w rękawach tunikę i proste sandały, związane z pasków skóry, które kiedyś były rzemieniami. Nie niósł kosza, nie krzyczał; nie handlował. Mijał kupców, przechodniów i naganiaczy, ale ci go nie zauważali. On za to widział dobrze. Mężczyzn w białych szatach ze zwojami pod pachą, kobiety z dzbanami z winem, dzieci zajadające suszone figi i żołnierzy przy murze uwieszonych na swych włóczniach. W zgiełku targowiska miał wiernego przyjaciela. Ale Dismas nie słuchał słów. Nasłuchiwał rytmów: stukotu sandałów, szelestu sakiewek, dźwięku odsuwanych zasłon na tabernach. Nie znał obcych języków, ale tym władał biegle. Sunął niemrawo z prądem, mrużąc oczy, jakby zmęczyło go słońce i chciał tylko spokojnie wrócić do domu i zasnąć. Nie zamierzał jednak odpoczywać. Szukał. Tak dobrze znanych mu sygnałów: Kupca, który schylając się nad kramem, nie pilnuje swego srebra; skupienia na twarzy kobiety, która sięgając po owoc, odsłania swą sakwę; pasa związanego tylko na jeden supeł; za słabo ściskających rzemień palców. Okazji.
Stała bokiem do tłumu, z policzkiem skrytym pod fałdą jasnej chusty. Zapamiętał ją nad wyraz dokładnie: Ściskała za rękę umorusanego miodowymi plackami chłopca, drugą oparła kusząco na biodrze, gdzie huśtała się płócienna torba. Dismas zwolnił kroku. Była urodziwa, ale nie twarz kobiety zwróciła jego uwagę. Torba pękała w szwach. Tkanina była gładka, nowa, przeszyta drogimi nićmi, może z Damaszku, a może z Tyru. Nieczęsty widok. Przystanął przy straganie wysuszonego, brodatego starca, udając zainteresowanie pergaminami z cytatami z Pisma. Kobieta nosiła skórzane, miękkie, jednak wcale nie zdarte buty. Miała czysty, farbowany równym kolorem płaszcz; czyste paznokcie, przy których połyskiwał delikatny pierścień. Chłopiec o jasnych włosach, odziany w zdobioną wzorzystymi haftami tunikę, zerkał teraz z zadowoleniem w niebo. Jego usta i pulchne lica mieniły się rozpaćkanym miodem. Beztroska chłopca ścisnęła Dismasa w żołądku rozlewając po ciele gryzącą falę wzburzenia.
Im głębiej zatapiali się w uliczkach, tym tłum robił się rzadszy. Dismas utrzymywał tempo; uczył się ich szarpanego rytmu. Wiedział już, że nie idzie tam przypadkiem. Kobieta stąpała lekko — niewinna w ruchu, bogata w szczegółach. Przystawała co kilkanaście kroków, raz poprawiając chłopcu sandał, raz odsuwając włosy z jego spoconego czoła. Dzieciak hasał od jednej krawędzi drogi do drugiej, podskakując w rytm tylko mu znanej melodii. Dismas był głodny. Chciał tylko jej torbę. Może sakiewkę. Nie mógł jednak odpędzić myśli, że jeśli będzie trzeba, uciszy oboje. Nie żeby pierwszy raz musiał kogoś uciszyć. Czasem nie było innej drogi. Jednak po raz pierwszy myślał o tym tak otwarcie.
Chłopiec podbiegł do kobiety i ciągając ją z ekscytacją za rękaw, wskazał jedną z odnóg drogi; przystanęła, weryfikując plany. Gwar rynku ginął za plecami. Cień rosnących coraz to wyżej murów zdawał się głębszy niż noc. Dismas wyłowił zza pasa nóż i ukrył go w rękawie. Wokół ni żywej duszy. Jak na zawołanie. Napiął ciało i mechanicznie przyspieszył kroku.
Świątynia
— Co to? — zapytał zdezorientowany Dismas.
— Słucham? — zaskoczona kobieta umknęła pod ciężarem męskiej dłoni na swoim ramieniu. Serce zatrzepotało jak spłoszony wróbel. Instynktownie przeciągnęła torbę na plecy, byle dalej od obcego. Ulica była niemal pusta. Cienie układały się w zasadzki, zatrzaśnięte na głucho okiennice w przepastne czeluście. Już tylko obojętny na jej los kurz tańczył kłębami w osieroconych smugach słońca.
— Czego od nas chcesz? — szepnęła kruchym jak suchy liść głosem. Chłopiec, wciąż bezwiednie ściskając rękaw płaszcza, zerkał z rozdziawioną buzią w górę to na nią to na niego. Dismas z zawieszonym uciszającym gestem dłoni wodził po niebie wzrokiem, jakby wśród spękanych dachów ukryła się odpowiedź na palące mu gardło pytanie.
— O! To! — mruknął pod nosem, wiercąc szklące się oczy nieznajomej — Co to?
— Nie wiem… — kobieta była na granicy płaczu — To chyba ze Świątyni… — nie zdążyła dokończyć, gdy Dismas rzucił się biegiem, jakby od tego zależało jego życie.
Nauczyciel
Znam go! Słyszałem! — ucieszyłem się niezdrowo, jakby ten udręczony skazaniec miał nam dać wolność, a nie zemrzeć jak my, na krzyżu. Wspomnienia odżyły, jakby to było wczoraj. Nie był to wrzask handlarzy ani beczenie prowadzonych na ołtarz owiec. Coś całkiem nowego. Ze wzgórza Świątyni, przez falujące od słońca powietrze niósł się spokojny, ale mocny męski głos. Nie nawoływał do modlitwy ani nie śpiewał pieśni. Żaden kapłański jazgot, lecz opowieść człowieka, który nie musi podnosić głosu, by świat zechciał go słuchać. Ja chciałem.
Wbiegłem zziajany na dziedziniec świątyni i stanąłem jak słup soli. Znałem go z Pelli. Pchnąłem się przez spocone ramiona tłumu, żeby być bliżej. Nie miał broni ni straży, nawet porządnych sandałów, ale — tak jak i dzisiaj — niewzruszony spokój, który się nie ugnie. Nie krzyczał. Nie podnosił pięści. Ale jego słowa…
„Jeśli przyjmiecie Boga jako swojego Ojca, to naprawdę i prawdziwie jesteście synami Bożymi”.
Wszystko we mnie ustało, jakby serce zapomniało swego taktu. Słowa mędrca srebrzyły się jak nagle rozpalone lampy w ciemnym pokoju, w którym siedziałem całe życie, wierząc, że to już wszystko, co istnieje. Ujrzałem w nich niebo pełne gwiazd, których imiona miałem dopiero poznać, budząc tęsknotę za czymś większym, niż kiedykolwiek śmiałem marzyć.
„A jeśli jesteście synami, wtedy możecie być pewni swego miejsca i porzucić wszelkie wątpliwości dotyczące wiecznego, Boskiego synostwa”.
Wtem coś we mnie pękło; jak tama pod naporem wiosennej powodzi, której wody dotąd więziono w skale. Z drżącą duszą puściłem się biegiem przez stłoczone ulice. Do domu. Do Gesata. Nie wiedziałem, co powiem. Nie miałem zresztą słów — tylko ognień w środku.
Wpadłem do izby, a stęchłe od dymu i skrzepłej krwi powietrze utknęło mi w gardle. Gesat podniósł wzrok znad ostrza, które polerował z czułością kochanka. Dukałem niezdarnie. O sprawiedliwości bez miecza, o sile bez nienawiści. O królestwie, które nie powstanie na trupach, lecz na ziarnach, kiełkujących w sercach, takich jak my, synów Boga. Plątałem się i jąkałem, jakbym dopiero co wrócił z popijawy z duchami. Język nie rozumiał serca. Serce wołało brata, by dzielić się z nim tym, co wreszcie rozproszy cienie naszych nocy.
Gestas patrzył na mnie, jakbym wypluł mu w twarz garść robaków. Zmrużył w niedowierzaniu oczy, a blizny na jego policzkach zdawały się pulsować. Pragnąłem, by pojął, że to, co usłyszałem w Świątyni, miało więcej ognia niż nasz gniew; że było bardziej prawdziwe niż wszystkie noże, które kiedykolwiek wbiliśmy w ludzi. A łkałem jak dziecko, co to pierwszy raz doznało radości.
Gesats najpierw się roześmiał. Potem się wściekł.
— Dyrdymały! Rzymskie bajki! Co ty pieprzysz, Dismas? — syczał przez zaciśnięte zęby, świdrując mi serce wzrokiem oskarżającym o najpodlejszą zdradę. Chciałem zebrać myśli, składnie ułożyć je w słowa, jak w most nad dzielącą nas przepaścią, ale zanim zdążyłem otworzyć usta, pchnął mnie na ścianę. Gliniany mur zadudnił niczym wojenny bęben, obsypał mnie kurz jak popiół ze zwęglonego marzenia.
— Mamy walczyć, nie śnić, rozumiesz? Walczyć! — ryknął i ruszył na mnie jak poraniony w sidłach zwierz. Bił złością, której nie rozumiał. Mocniej i mocniej. Raz za razem. Nie powiedziałem już nic; nie uniosłem ręki. Byłem pewien, że tym razem mnie w końcu zabije. Chciałem, żeby to zrobił. Kiedy pierwszy raz w życiu byłem odważny, on widział we mnie tchórza.
Na śmierć i życie
— Obyście zdechli z robactwem w gardłach — wrzeszczał przeraźliwie Gesat.
— Niech imię twoje zaginie w pamięci ludu psie! — przekrzykiwaliśmy się ogłupiali z bólu i przerażenia; to na wieszających nas żołnierzy, to w stronę podnieconych widowiskiem gapiów. Rozrywający ból w członkach płynął po ciele palącą do kości mieszaniną żądzy zemsty i paraliżu bezsilności.
— Rzymskie ścierwa! — splunąłem przed siebie; parująca kurzem ziemia wchłonęła różowawą plwocinę z przypomnieniem, że wkrótce pożre moje okaleczone ciało w całości. Golgota leżała naga i kamienista. Daleko w dole migały dachy Jerozolimy. Nasze dwa krzyże rzucały kanciaste cienie, przecinające rozdrapaną ziemię jak rany. Żołnierze z zapałem zabrali się do wbijania gwoździ w ciało niewzruszonego mędrca.
— Ojcze wybacz im, bo nie wiedzą, co czynią — przerwał niespodziewanie ciszę, a szczerość jego melodyjnego głosu otrzeźwiła mnie jak lunatyka krok nad przepaścią.
— Naprawdę ukatrupią tego biedaka — jęknąłem z niedowierzaniem już bardziej do siebie. Moje ręce są brudne. Nie od ziemi — od krwi. Żaden ze mnie bohater; to bujda, którą Barabasz nas mamił, w cieniu własnych zbrodni. W końcu zrobią ze mną, co trzeba. Skóra mi pęka jak glina na pustyni; plecy palą ogniem, jakby sam diabeł tam gościł. Bili i szydzili. Śmiali się i pluli. Czyści, pachnący oliwą; w tych wypucowanych hełmach i sandałach wartych więcej niż całe moje życie. Dajcie mi jedną okazję, a rozpruję ich jak Gesat tamtą rodzinę przy Jerychu. Panie… Zasłużyliśmy. Ale on? On nikomu nie wyrwał chleba z ręki!
Barabasz był jak słońce w burzy — krzyczał, ciął, podpalał. Obiecywał, że to wszystko dla wolności. Dla nas i naszych dzieci. Dla naszej ziemi. Gdy mówił o Prawie, o starciu z Rzymem, kiedy grzmiał, że Bóg, dumnie trwając za naszymi plecami, domaga się krwi niewiernych, pierwszy raz w życiu poczułem się kimś. Mówił tak, jak wszyscy czuliśmy — nie wygramy z Pismem w dłoniach, a z krwią pod paznokciami. W gniewie Barabasza była nasza bieda, nasz głód i poniżenie. W jego rewolcie sens — że może choć raz przelejemy cudzą krew, a nie swoją. Więc chwyciliśmy za kamienie. Za noże. „Dla ojczyzny”, mówiliśmy. Dla Izraela. Izraela, który „nie ma króla, a Cezara”!
I nagle wszystko, w co wierzyłem, pęka, jak skorupa orzecha pod stopą wędrowca. Ten lud… lud, dla którego kradłem, biłem i zrywałem łańcuchy; bogobojny lud, co to najpierw klęka przed świętym Słowem, a potem puszcza wolno mordercę i łajdaka, żeby na śmierć posłać tego, który nigdy im nie krzywdy nie zadał.
— Pół dnia kozy pasą, pół dnia gapią się, jak kto kona! — każdy krzyk ranił wyschłe na wiór gardło, jakbym wydychał ciernie. Nigdy nie byliśmy bojownikami o wolność. Byliśmy ich brudnym wnętrzem, mrokiem ich własnych grzechów, które zawsze chcieli ukryć. Teraz wyrzucili nas jak zbutwiałe resztki, które plamią ich miasto.
— Jeśli jesteś królem Żydów, zejdź z krzyża, a uwierzymy w ciebie! — zawołał ktoś z gapiów. Gesat prychnął obłąkańczym śmiechem. Zaśmiałem się i ja, jakby ten ochrypły rechot mógł zagłuszyć chaos w mej duszy. Oczy zaszły mi mgłą. Zobaczyłem sam siebie — nie tutaj na krzyżu, ale w dole i z nimi, jak ciskam oszalały ku niewinnemu te same okropieństwa. Gniew pulsował mi z żył, jak szarpiący piachem wicher, gotów zmieść co jeszcze ze mnie zostało. Wstyd dławił serce. Oskarżałem go — wciąż niewzruszonego jak tafla jeziora — o własny los; czyż to nie na nim moje nadzieje spłonęły jak sucha trzcina? Śmiałem się więc i kląłem, a każde słowo było jak kamień ciskany w jego kierunku.
— Zaufał Bogu, że go wybawi. Twierdził nawet, że jest Synem Bożym, popatrzcie na niego teraz: Ukrzyżowany pomiędzy dwoma złodziejami! — chór szyderstw wirował jak sępy nad rannym wędrowcem. Milczenie, w którym trwał Galilejczyk, nużyło gawiedź i irytowało żołdaków; mnie kaleczyło mocniej niż gwoździe. Spuściłem wzrok — bałem się, że znajdę w jego spojrzeniu coś, czego nie umiałbym znieść. Gesat jednak nie ustępował. Choć coraz słabszy, wciąż sączył jad.
— Jeśli jesteś Synem Bożym, dlaczego nie uratujesz siebie i nas? — kpił, błądząc po omacku wzrokiem śniętej ryby. Nasze ciała zwisały jak poprute łachmany na wietrze; traciłem siły. Widok przeszytej pogardą twarzy Gesata rozdarł mnie w pół. Konał. Wściekły, splątany w bólu, plując ostatnim oddechem na wszystkich i wszystko, a ja znów zobaczyłem w nim chłopca, z którym kiedyś dzieliłem głodne miesiące. Uratował mnie, ale całe życie bałem się go i miałem mu za złe. Kiedy wyżywał się na mnie i wyśmiewał, kiedy węszył, ażby zdusić we mnie najmniejszy szept światła, czułem, że mnie zabija. Teraz przestraszyłem się, że sam był martwy, zanim jeszcze zawisł na tym przeklętym drewnie. Jego gniew było wołaniem o życie, którego nigdy nie udało mu się odkryć. I nagle jakby ktoś zdjął ze mnie kanciasty głaz, który przez te wszystkie lata dźwigałem. Bo to już nie ma znaczenia. Rozpłakałem się jak dziecko, które odnalazło w ciemności rękę ojca; ze łzami spływał brud dawnych dni.
— Czy ty nawet Boga się nie boisz? — chrypnąłem z przejęciem — Czy nie widzisz, że my sprawiedliwie cierpimy za nasze czyny, ale ten człowiek cierpi niesprawiedliwie? Lepiej byśmy prosili o przebaczenie za nasze grzechy i zbawienie naszych dusz.
Blada twarz Gesta nawet nie drgnęła. W tej niekończącej się sekundzie dojrzałem zbłąkany uśmiech matczynej aprobaty w kąciakach ust Galilejczyka. Przeszył mnie na wylot. Jak krystaliczne źródła tysięcy wiosen. Zabrakło mi tchu — znów byłem pod tamtą świątynią. Lodowaty lęk, że wszystko, co o nim mówili, jest prawdą, spienił się w piersi z wrzącą dziecięcą radością — wszystko, co o nim mówili, jest prawdą!
— Panie, pamiętaj mnie, kiedy przyjdziesz do swego królestwa — modliłem się do samego Boga.
— Zaprawdę, zaprawdę mówię ci dzisiaj — odparł — kiedyś będziesz ze mną w Raju — a ja wiedziałem, że tak się właśnie stanie. Powietrze przeciął rzadki piach. Niebo pociemniało pod ciężarem chmur.