Mój ateizm

M

Wychowałem się w religijnej, typowej jak na lata osiemdziesiąte, małomiasteczkowej katolickiej rodzinie. Tam, gdzie codzienność nierozłącznie wiąże się z kościelnymi obrzędami, zakazami, nakazami i niezrozumiałym, szczególnie dla dziecka, lękiem. Niewiele było Boga w tym wszystkim; przynajmniej niezbyt go pamiętam. Może jego wszechobecność była tak oczywista, że nie widziano potrzeby o nim rozmawiać. Nie przypominam sobie, żeby kiedykolwiek próbowano mi go przedstawić czy pomóc jakoś zrozumieć. Był dla mnie jak nieobecny demon. Demon, bo przede wszystkim trzeba było się go bać.

Szczęść Boże

Na lekcjach religii katecheci niby wspominali, że Bóg jest dobrym, kochającym stwórcą i opiekunem, ale w praktyce sprowadzało się to do wszędobylskiej presji, aby zawsze zwracać uwagę na to, co się mówi, robi i myśli, żeby tego miłosiernego Boga jakoś nie wnerwić. Bóg mnie kocha bezwarunkowo; pod warunkiem że będę przestrzegał wciąż wydłużającej się listy nielogicznych dla mnie zasad. Bo jak nie to pójdę do piekła. Piekło pamiętam dobrze. Nie jako czeluście z wiecznie wypalającymi ciało ogniami, raczej jako coś bardzo, bardzo, bardzo złego. Taki stan, od którego nic gorszego nigdy nie może mnie spotkać. Niebo gdzieś tam też było, pewnie. Wydawało się całkiem ok, ale to piekło grało pierwsze skrzypce (w parze z czyśćcem — przedsionkiem piekieł). Nigdy nie miałem pewności, bo dorośli w swoich zachowaniach oraz pretensjach byli tak samo niespójni i niekonsekwentni jak te boskie wymogi, czy to, co robię lub to o czym myślę (albo czego nie robię i o czym nie myślę) nie zapewni mi bezpowrotnego biletu do piekła.

Nie mogę powiedzieć, że głównie czy ciągle Boga się bałem. Jednak kiedy próbuję sobie przypomnieć ówczesne odczucia związane z religią, wracają przede wszystkim niepewność i wątpliwości. Czy robię dobrze i tak jak trzeba?

Każde święto wiązało się z obligatoryjną mszą, komunią, przedtem spowiedź; potem rodzinny obiad. Opłacaliśmy intencyjne nabożeństwa za bliskich. Rok w rok: z okazji urodzin, rocznicy śmierci, bez powodu chyba też się zdarzało. Te dni pamiętam jako wyjątkowe. Raz, że ksiądz czasem wyczytywał z ambony moje nazwisko, dwa, że za każdym razem dotyczyło to kogoś, kogo osobiście znam. Członkowie rodzin, w intencji których odprawiana była msza, przechodzili pierwsi, przez cały kościół, aby złożyć ofiarę. Szedłem więc i ja. Pozostali wierni ruszali, dopiero kiedy my powrzucaliśmy swoje banknoty (albo koperty) do skrzynki. Czułem się wtedy ważny, w centrum uwagi; nie wiem, czy Boga, czy ludzi. Wróciwszy do ławki, obserwowałem, kto przechodzi z ofiarą w intencji moich najbliższych. Te pieniądze były swojego rodzaju synonimem troski i lojalności. Nieobecność na intencyjnej mszy (lub niezłożenie ofiary) przez dalszą rodzinę czy znajomych odbierano jako oznakę braku szacunku. Takie incydenty były później w domu mocno komentowane.
Nigdy nie przywłaszczyłem sobie nawet grosza, z pieniędzy które dostawałem od mamy, żeby wrzucić na ofiarę.

Uczestnictwo w zwyczajnej, niedzielnej mszy również było obowiązkowe. Bezdyskusyjnie. Grypa, gorączka, biegunka, złamana noga czy bolące ucho przez godzinę nikogo jeszcze nie zbiły. Do dzisiaj, oczywiście z żartem, nowe ubrania nazywam niedzielnymi — dopiero po kilkukrotnym wyjściu do kościoła w nowych spodniach czy kurtce, mogłem je nosić na co dzień.

Organizowaliśmy wspólne, rodzinne modlitwy różańcowe w obliczu nieszczęść i trudności. Święto zmarłych wyglądało jak survivalowa przeprawa pt. „Ten, kto dłużej postoi nad grobem, bardziej kochał zmarłego”. Więc sterczałem; naubierany w pięć par skarpet, rajtuzy i gryzące swetry, w listopadowym śniegu czy błocie po kilka długich godzin wpatrując się w fakturę nagrobków.

Modlitwa sprowadzała się do bezmyślnej recytacji. Mimo że nikt nigdy mnie tego nie uczył, nikt nigdy nie powiedział, że mi wolno, wręcz przeciwnie — odnosiłem wrażenie, że nie powinienem Bogu (więc i Jezusowi) zawracać dupy i modlić się mam do Maryi, papieża albo zmarłych bliskich, czasami w tajemnicy po prostu sobie z nim rozmawiałem.

Lekcje religii w salkach katechetycznych; wycieczki do zabytkowych kościołów; obrazki, roraty, lampiony; ofiary, święconki; ciasta i koperty dla księdza. Napięcie przed kolędą było prawie fizycznie wyczuwalne. Ten dzień zawsze był stresujący i wszystko musiało zostać perfekcyjnie przygotowane — ksiądz był kimś w rodzaju celebryty; a na pewno niekwestionowanym autorytetem w każdej dziedzinie.

Nigdy nie czytaliśmy Biblii (wyjątkiem był fragment Ewangelii św. Łukasza czytany przed wigilią) ani o niej nie rozmawialiśmy. Miała być w domu i tyle. To właśnie ksiądz był nieomylnym przedstawicielem Boga — jak powiedział, tak było i tak miało być. Koniec, kropka i bez dyskusji; on wie najlepiej.

Mam więcej religijnych anegdot i krępujących wspomnień z tamtego okresu, ale o tym może innym razem. Zapewne wciąż nie potrafię popatrzeć na nie z odpowiednim dystansem, bo była to jedyna rzeczywistość, jaką znałem i pamiętam. Koledzy mieli przecież tak samo. To wszystko było normalne — religia wtrącała się wtedy w każdy aspekt życia. U mnie na szczęście bez egzorcyzmów, leczenia raka modlitwą i profilaktycznego (aby ustrzec mnie przed grzesznymi myślami) napierdalania kablem. Ba, moi rodzice reprezentowali hipsterskie metody wychowawcze, bo nigdy (!) nie dostałem lania. Tego typu skondensowane wspominki trącą fanatyzmem, ale taki właśnie był początek mojej religijnej drogi.

Za. Dwa. Kilometry. Jedź. Prosto. Główną. Drogą

Mój osobisty, bardziej świadomy związek z Kościołem, gdybym mógł mieć wtedy smartfona, dałoby się wyczytać z zapisanych, niedzielnych lokalizacji GPS.

Najmłodsze samo-ogarniające się dzieci uczęszczające do kościoła, więc i ja, siadały bezpośrednio przy ołtarzu, w miejscu, gdzie dorośli przyjmowali komunię. Jak trochę podrosłem, stałem tuż obok, na swoim stałym miejscu przy wielkim filarze. Potem jakoś tak w połowie kościoła, przy bocznej ścianie, na męskiej stronie. Po jakimś czasie zaraz za progiem drzwi wejściowych. Później już na zewnątrz, przed nimi. Następnie tylko w obrębie kościoła, w zasięgu głośników (niektóre mamy przepytywały kolegów na temat szczegółów kazania, moja mnie na szczęście nie). Z czasem zaraz za płotem, by w końcu tylko wychodzić z domu i wracać o określonej porze.

Jakoś w wieku 18 lat oznajmiłem mamie, że do kościoła już chodził nie będę. Fakt, że od lat się nie spowiadam, wolałem przemilczeć; tym bardziej to, że bez niej okazyjnie przyjmowałem komunię na pokaz. Ta wieloletnia droga na zewnątrz była dla mnie naturalnym, szczerym procesem. Im więcej rozumiałem z tego, co w Kościele się dzieje, tym miało to dla mnie mniej sensu. Nawet w obliczu tajemniczego Boga i jego niezbadanych wyroków.

Mama najpierw groziła, potem prosiła, później brała na litość, jednocześnie ciągle ukrywając moje odstępstwo przed resztą rodziny. Pogrzebów, wesel, mszy odprawianych ku pamięci mojego zmarłego ojca nie omijałem, więc w sumie nietrudno było to zatuszować. Nie zliczę kłótni i zgrzytów, które wniknęły z powodu kościoła. Każdy mój atak (w samoobronie) na Boga, w rzeczywistości na Kościół bądź księży, kończył się awanturą i kwaśną atmosferą. Logika, rozsądne argumenty nie miały najmniejszego znaczenia. Dzisiaj to lepiej rozumiem: Mama, od dziecka, tak jak jej mama i babcia, wychowywana w wierze, była przerażona, że jej jedynego syna czekają wiekuiste męki, gdyż ten, przez jej niewystarczające starania, nie wierzy w Boga. To musiała być przerażająca perspektywa.

Mimo jej prób i starań zostałem ateistą. Najpierw wśród kolegów, potem dopiero dla niej, a gdy zmarła moja druga babcia, oficjalnie dla zainteresowanej rodziny.

To organizacje religijne, w moim przypadku Kościół katolicki, płodzą ten rodzaj ateistów.

Zdrowy rozsądek wystarczył, żebym zauważył, że dogmaty, prawa, cuda, przepowiednie, że cały ten kościelny cyrk nie trzyma się kupy. Wszystko jest zagmatwane, sprzeczne i niedorzeczne. Do tego dochodzi indoktrynacja, obłuda, interesowność, kolesiostwo i podwójne standardy przedstawicieli Kościoła, czyli ludzi, którzy powinni świecić przykładem. Całość podszyto mistyczną aurą nieomylności.
Jeżeli do tego dołożyć niechlubne (i przemilczane) fakty historyczne dotyczące Kościoła, jego walkę z nauką i ordynarne wpieprzenie się w politykę, wyłania się wizerunek chaotycznej organizacji, która sama nie wie, gdzie i po co zmierza (albo wie i zmierza, ale nie może na głos się do tego przyznać).

Trudno mi było pojąć, jak ktoś może w to wierzyć.
I tu rodzi się ta odmiana ateizmu. Ateizm jako opór przed kłamliwą, biznesową organizacją, która za nic ma swoje chlubne postulaty.

Kiedy Kościół katolicki pozuje na substytut i jedynego prawdziwego przedstawiciela Boga (jak mantrę na mszach powtarza się: „Wierzę w Kościół święty”), spośród jego zasłon dymnych wynurza się obraz: Kościół = Bóg. To wyrachowana manipulacja. Wtłaczając to przeświadczenie, mogą potem żerować na lękach, że jeżeli odwrócisz się od Kościoła, jednocześnie oddalasz się od Boga. Ciekawi mnie ilu katolików godzi się na robienie z siebie błaznów i bankomatów właśnie przez taki irracjonalny strach? Zapewne to skuteczna metoda, aby utrzymać niektórych wiernych w ryzach, ale Kościół tym samym produkuje takich jak ja ateistów. Skoro Kościół = Bóg, a ja nie wierzę w Kościół (ani Kościołowi), jednocześnie nie wierzę w Boga.

Gimboateista

Przestałem wierzyć w Boga. W istocie twierdziłem, że nie wierzę, choć na myśli miałem coś zgoła innego: Nie wierzę klerowi. Dzisiaj taką postawę nazywam gimboateizmem. Kościół mnie przekonał, że jeżeli nie wierzę księdzu, nie wierzę w Boga. Nawet jeżeli miałby istnieć, byłem w stanie ponieść wszystkie konsekwencje swojego odstępstwa (łącznie z piekłem), byleby nie żyć pod pieczą tego przedstawianego przez Kościół katolicki. Taki Bóg jest idiotą.

Po co mu bezsensowne obrzędy? Czemu faworyzuje tylko zrzeszonych? Skoro jest niezmienny, wszechwiedzący i sprawiedliwy, dlaczego jego przedstawiciele co chwile zmieniają zdanie, przeczą sobie i miotają się we własnych słowach? Czemu powołuje tych, którzy są podli? Czemu tych, którzy potem tolerują i ukrywają te podłe zachowania? Dlaczego wciąż się mylą, a jak gdyby nigdy nic próbują zgrywać nieomylnych? Czemu w jednych tematach są pewni woli Boga, a w innych jego wyroki są niezbadane? Dlaczego Biblia ma być wyrocznią? To tylko książka! Do tego bardzo stara. Jak bardzo naiwnym trzeba być, żeby wierzyć, że jej treści przez lata nie zostały zmienione? Takich pytań mam setki. Stosując karkołomną retorykę, nawiedzeni wierzący na pewno są w stanie jakoś na nie odpowiedzieć, tak aby wybielić swoich zbawców, ale to tylko utwierdzało (i utwierdza) mnie w przekonaniu, że Kościół katolicki kłamie.

Dlaczego katolicy nie zauważają jego biznesowych ciągotek, a więc i romansów z polityką? Dlaczego nie rozumieją, że zatruwa edukację i tym samym szkodzi dzieciom? Jak można przymykać oczy na zwykłe cwaniactwo kapłanów i udawać, że nie popełniają przestępstw? Każdy ateista (gimboateista też) wie, co mam na myśli. Temat jest szeroki i poruszałem go tutaj już wielokrotnie. Wierzący (w Kościół), choćby sam Bóg zszedł z niebios i oznajmił, że Kościół głównie się myli i tak by mu nie uwierzyli.

Nazwałem siebie ateistą, aby przeciwstawiać się obłudzie i szkodom, jakie wyrządza Kościół katolicki. Nie mam zamiaru i nigdy już nie będę jego częścią.

W drugiej kolejności nazwałem się ateistą, żeby wszyscy wierzący się ode mnie odwalili. Nie wierzę w Kościół i nie mam ochoty brać udziału w obrzędach i czarach, które uważam za debilne i nikomu (oprócz Kościołowi) niepotrzebne. Nie muszę się tłumaczyć, ściemniać czemu nie idę na mszę, czemu nie święcę jedzenia, czemu nie przyjmę księdza po kolędzie ani czemu nie uważam za konieczne mycia okien przed Wielkanocą. Nie widziałem sensu w dziecinnych dyskusjach z ludźmi, których miałem za naiwnych i ograniczonych. Jestem ateistą, nie łykam twoich bajeczek; odpierdol się.

W międzyczasie jakoś tak mimochodem zacząłem interesować się innymi wyznaniami. Co tylko utwierdzało mnie w ateizmie.

Z globalnego punktu widzenia wszystkie religie są identyczne. To ich przedstawiciele wiedzą najlepiej (i za to należy im się szacunek i przywileje); to ich księgi są jedyną prawdą. To oni będą zbawieni i szczęśliwi, a przeciwnicy poniosą sromotną karę. W najlepszym wypadku dostaną nauczkę aż zrozumieją, w jak wielkim byli błędzie. Stwórca faworyzuje tylko swoich; to ich obrzędy są niezbędne i racjonalne; to im należą się dodatkowe prawa z racji znajomości z jedynym, najprawdziwszym Bogiem. Wszyscy inni powinni wierzyć w to, co oni, bo to im Bóg nakazał głosić dobrą nowinę o jego istnieniu. Cała reszta się myli; ich Bóg nie lubi.

Trudno również nie zauważać wszelakich sekt, które od akceptowalnych organizacji religijnych różnią się zaledwie szczegółami. Do tego dołóżmy międzyreligijne wojny, wewnątrzreligijne oszczerstwa i spory na idiotyczne argumenty. Kochający, sprawiedliwy Bóg wybrał sobie grupkę ludzi i w ramach braterstwa rozkazał im wyplenić (choćby siłą) błędne wierzenia reszty. Kogo się nie uda nawrócić, kto miał pecha i urodził się w złym miejscu — na niego kochający Bóg sprowadzi karę i cierpienie. Z takiej perspektywy każdy Bóg wygląda tak samo: jak narzędzie do manipulacji, zastraszania, dojenia i sprawowania kontroli. Nie ma najmniejszego dowodu na istnienie tego czy innego Boga, a jeżeli są, to nieudolnie spreparowane, więc potwierdzające obłudę tych, którzy się nimi zasłaniają. Jak tu nie być ateistą? Chłodna analiza nieuchronnie odwraca role: Nie Bóg stworzył człowieka, to człowiek stworzył Boga.

Stawałem się też coraz bardziej świadomy swojej rangi we wszechświecie. Jestem pyłkiem. Ludzkość ledwie błyskiem, a Ziemia nawet nie pierdnięciem na kosmicznej arenie. Ogrom wszechświata jest niewyobrażalny i przytłaczający. Pierwsze prezentacje ilustrujące jak w porównaniu do innych obiektów i obszarów wszechświata wygląda nasza planeta, wywołały u mnie ciarki przerażenia i ekscytacji. Liczby tak nie przemawiały. Wszechświat jest duży, my nie; ok. Dopiero zauważenie tego na własne oczy uświadomiło mi skalę naszego znaczenia.
Nigdy nie miałem ciągotek naukowych, mimo to jako tako interesowałem się osiągnięciami. Nie wnikałem w szczegóły, zapoznawałem się z tym raczej pobieżnie, ale zawsze dochodziłem i dochodzę do tych samych wniosków: Nie wiemy prawie nic. Nieważne jak bardzo chcemy zaklinać rzeczywistość.

Z jednej strony to kolejny gwóźdź do trumny Kościoła, który utrzymuje, że nie dość, że wie już wszystko, to jeszcze, że jesteśmy jedyni, więc dla Boga najważniejsi. Bóg wszechmądrze stworzył bezkresną pustynię, aby z miłością doglądać jednego ziarenka piasku. Z drugiej jednak zatliły się we mnie kolejne wątpliwości. Skoro tak mało wiemy o otaczającym nas wszechświecie, i mam tu na myśli tęgie naukowe głowy, nie siebie, to jak mogę być pewien, że Bóg nie istnieje?

Z radykalnego, pewnego nieistnienia Boga ateisty, stałem się agnostykiem. Bóg, jakiego przedstawiają związki wyznaniowe, na pewno nie istnieje, ale może jest gdzieś coś lub ktoś, kogo nie potrafię ogarnąć i zrozumieć? Może istnieje jakiś wspólny kosmiczny umysł, może nieingerujący stwórca-badacz-obserwator, a może jesteśmy eksperymentalną próbówką obcej rasy, która będzie nas wykorzystywać (albo już to robi)? Możliwości jest więcej niż nazwanych z imienia bogów. Nie mam kompetencji, by każdą z nich wykluczyć.

Z każdą chmurą jestem bliżej nieba

W dzieciństwie nie dano mi wyboru. We wczesnej młodości, z nieodzowną pomocą Kościoła, zostałem pewnym nieistnienia Boga ateistą, jednak większość dorosłego życia upłynęło mi w stanie wygodnego, tak naprawdę niczego niewykluczającego agnostycyzmu.

Z natury i od zawsze byłem frywolnym buntownikiem-filozofem, a Bóg jest wdzięcznym tematem do niezobowiązującego gdybania; więc robiłem i robię to chętnie. Temat wiary, duchowej głębi i niegroźnego mistycyzmu był zawsze przy mnie; mniej lub bardziej poważnie. Wątpliwości co do istnienia ewentualnego Boga pozwalały mi zastanawiać się nad najbardziej absurdalnymi czy zabawnymi pomysłami. W trakcie takich rozważań prawdopodobnie gdzieś w tle, jakby mimochodem tworzył mi się obraz kogoś, kogo mógłbym, lub chciałbym nazywać Bogiem. Nigdy nie uchwyciłem tego jako całości, dlatego są to wyłącznie przypuszczenia, ale w pewnym momencie całość wróciła i spłynęła (ciągle spływa) na mnie jak boskie objawienie, którego nigdy wcześniej tak intensywnie nie czułem.

Przeczesując zasoby raczkującego internetu w poszukiwaniu ciekawostek dotyczących religii, jak i sposobów na uprzyjemnienie sobie filozofowania, natrafiłem na temat ayahuaski.
Nigdy nie byłem użytkownikiem narkotyków. Znam efekty zażywania niektórych specyfików, bo obracałem się w towarzystwie osób niestroniących od środków stymulujących, ale sam nie widzę sensu w braniu pobudzaczy. Wyjątkiem jest marihuana, ale jak przystało na zwolennika, nie nazwałbym trawki narkotykiem; tym bardziej pobudzaczem.

Dym przyjemnie poszarzał filozoficzno-kosmiczne horyzonty, ale poza tym bez problemu opierałem się pokusom. W zasięgu mojego, teoretycznego zainteresowania zostawały jedynie psychodeliki. LSD w moich kręgach było trudno dostępne i demonizowane; historie o grzybach halucynogennych wiązały się z nieprzyjemnymi bad-tripami, zresztą ich dostępność również była słaba. O pnączu dusz — ayahuasce, w tamtych czasach żaden diler nie miał zielonego pojęcia. Feta, ecstasy, popersy czy nie wiadomo z czym chrzczona niby kokaina mnie nie interesowały wcale.

Popalałem, czasem pofilozofowałem, lata mijały; wszyscy dorośliśmy. Rodziny, odwyki i odsiadki zastąpiły przyjaźnie i ćpanie.

Świat stanął otworem, a tematy psychodelików, jak i ewentualnego Boga nigdy do końca mi nie dały mi spokoju. Naczytałem się o odkrywaniu boskiego przeznaczenia dzięki ayahuasce, o poszerzaniu horyzontów, o odkrywaniu talentów i dniu, po którym nic już nie będzie takie jak wcześniej; o nawiązywaniu kontaktu z aniołami i stawaniu z Bogiem twarzą w twarz. Miała moją uwagę.

Koniec końców wylądowałem na ceremonii ayahuaski. Bez oczekiwań, bez rozdmuchanych nadziei. Jako sceptyk nie wierzyłem w żadne magiczne przemiany wywołane wypiciem jakiegoś naparu. Poznałem ludzi, którym ayahuasca odwróciła życie do górny nogami. Uduchowionych, natchnionych, zintegrowanych z kosmosem hipisów. Sam traktowałem to raczej jako zwieńczenie młodzieńczej ciekawości.
Nigdy nie zapomnę porównania, które wyłapałem w jakimś artykule dotyczącym napoju bogów. Doświadczony podróżnik pisał mniej więcej tak: „Trip po LSD jest jak puszczanie kolorowego latawca na rozgwieżdżonym niebie. Ayahuasca wsadzi cię w prom i wypierdoli w kosmos”.

Dzisiaj jestem po 4 ceremoniach z ayahuaską. W sprawie niniejszego wpisu tamte przeżycia mogę podsumować jednym zdaniem: Nie ma tam Boga, jakiego chciałoby się spodziewać. Ja przynajmniej go nie znalazłem.

Wiem

Byłem rozczarowany. Niby nie miałem wielkich oczekiwań, a pierwsza podróż z ayahuascą rzeczywiście i dosłownie wypierdoliła mnie w kosmos, mimo to spodziewałem się czegoś więcej. Leciałem z cichą, niewypowiedzianą na głos nadzieją, że wreszcie zrozumiem, że dowiem się, zobaczę na własne oczy, poznam; nic z tego. Przed i po ceremoniach (okres 2 lat), w kontekście religii i Boga wiedziałem dokładnie tyle samo. Co najwyżej przybyło mi kolejnych, dziwnych obszarów do filozoficznych rozważań.

W międzyczasie kiedyś w jakimś niepozornym momencie (chociaż dokładnie pamiętam tę pierwszą chwilę; nawet teraz mogę przywołać towarzyszące jej emocje) trafiłem na Księgę Urantii. Jak zawsze z nutką dyskwalifikującego sceptycyzmu i bez entuzjazmu przeglądałem, co internet ma na ten temat do powiedzenia.

Dziwne, mało wiarygodne pochodzenie treści Księgi, odniesienia do Biblii i postaci Jezusa Chrystusa, ufoludki i relatywne niedawna publikacja — wszystko to sugerowało mi, że mam do czynienia z kolejną, szarlatańską próbą stworzenia manipulującej zagubionymi wiernymi sekty. Niemniej zaciekawiony i jak zazwyczaj otwarty na nowości, zacząłem czytać fragmenty samej Księgi; nie mam w zwyczaju krytykować czegoś bez choćby pobieżnego zapoznania się.

Nie pamiętam konkretnego cytatu, nie wiem, po jakim czasie, ale w pewnym momencie spłynął na mnie pewnego rodzaju, wszechobejmujący spokój. Czytając Księgę, Przekaz po Przekazie, nie koniecznie rozumiejąc, o co w tym chodzi, odnosiłem ciągłe wrażenie, że ja to wszystko po prostu wiem. Nie umiem tego poczucia ubrać w słowa, ale nawet teraz, kiedy próbuję przytoczyć tę historyjkę, czuję pewnego rodzaju radosne wzruszenie.

To jakby pierwszy raz słuchać jakiejś fascynującej opowieści, ale w trakcie raz po raz uświadamiać sobie, że zna się jej szczegóły i szczęśliwe dla bohaterów zakończenie; takie, jakie najbardziej byśmy chcieli, aby nastąpiło. To opowieść, w której wciąż uczestniczymy, ale już dawno temu uczestniczyliśmy i zawsze uczestniczyć będziemy. Coś jak myśli, które zamierzam uzewnętrznić — kiedy chcę coś napisać albo powiedzieć. Rzadko kiedy najpierw w głowie dobieram wyrazy, układam je w szyku, a dopiero potem wypowiadam czy zapisuję. Zazwyczaj po prostu wiem, co chcę powiedzieć; więc to robię. Jak impuls towarzyszący przypominaniu. Zapomniałem, gdzie położyłem kluczyki od samochodu, dręczy mnie melodia piosenki, której tytułu nie mogę sobie przypomnieć. Próbuję do tego podejść sposobem: Zastanawiam się, gdzie ostatnio widziałem klucze, wpisuję w Google fragment tekstu kawałka; to się czasem udaje. Najczęściej jednak wspomnienie spływa znikąd. Nagle wiem, gdzie są kluczyki, w końcu wiem, jak brzmi tytuł melodii, która wciąż mi gra w głowie. Nie muszę tego wypowiadać, konstruować zdania. Po prostu wiem, że kluczyki są w drugiej szufladzie, tytuł w głowie znów jest, bo był tam od zawsze.

Treści Księgi Urantii były dla mnie tak oczywiste, że mógłbym o nich opowiadać bez uprzedniego czytania; jakbym je znał z doświadczenia, ale dopiero teraz pozwolił tej wiedzy na powrót.

To coś jak ulga towarzysząca ważnym egzaminom: Stoję przed salą, za niedługo moja kolej. Nie potrafię sobie przypomnieć żadnego szczegółu ani nawet ogółu o tematach, z których za moment będę przepytywany. W głowie odbija się wyłącznie echo zagadnień poruszanych na głos przez innych, zestresowanych studentów. Na żadne nie znam odpowiedzi. Nie mam bladego pojęcia, o czym oni mówią; pustka. Wchodzę. Pada pierwsze pytanie. Znam odpowiedź; po prostu.
Nawrót pamięci z tego przykładu nie różni się wiele od poprzedniego, aczkolwiek w tym wypadku właśnie to odprężenie po: „Znam odpowiedź!” jest adekwatnym porównaniem.

Analizowałem to uczucie dziesiątki razy. Nie jest nim żadne z powyższych przykładów, ale to najbliższe czym mogę się posłużyć, aby spróbować je opisać. Księga Urantii wciąż i ciągle wydaje się moim własnym podsumowaniem idei i gdybań dotyczących Boga, które ktoś, jakoś zebrał, usystematyzował i pouzupełniał w nich luki. Mimo że wiem o tym, co tam opisano, to większości z tego nigdy nie zwerbalizowałem. Znacznej części nie rozumiem. Nie tekst Księgi, a właśnie ta wiedza dodaje mi siły, uspokaja, pozwala stawać się życzliwszym i bardziej szczerym; uszczęśliwia. Nie dlatego, że robię coś, co tam napisano — jak dotąd, po kilkukrotnym przeczytaniu całości od deski do deski, nie znalazłem żadnych nakazów ani zakazów; zaledwie jedno przykazanie od Boga: „Bądźcie doskonali, nawet tak, jak ja doskonały jestem”.

Nie wiem, jak mam być doskonałym. Nie mam pojęcia, co to w ogóle może znaczyć, ale wiem, że chcę taki być, a wiedza ta, którą powoli akceptuję w sobie, ot tak poprawia jakość mojego życia. Nie stałem się bogatszy, nie ujawniły się we mnie żadne fantastyczne talenty, problemy nie rozwiązują się same, a los nie zaczął bardziej mi sprzyjać; nie stałem się mądrzejszy ani bardziej inteligentny. Wciąż miewam doły, równie często się mylę i wkurwiam. Może nieco inaczej spoglądam na ludzi, a na pewno staję się (subiektywnie) lepszy. Co ciekawe, to że oswajam się z tym beztroskim wiem, uświadamia mi, że znam to uczucie od bardzo dawna; żeby nie powiedzieć, że od zawsze. To wiem, od wielu lat jest moim najlepszym doradcą.

Pobudka

Nie wiem, skąd rzeczywiście wzięły się Przekazy Urantii. Tak po prawdzie to mnie to już nie interesuje; niech i są zmyślone przez chorego psychicznie cwaniaka(ów). W moim odczuciu całość jest spójna, odporna na sekciarskie zapędy i przedstawia Boga, którego znam i w sobie czuję od dziecka. Boga obdartego z zabobonów. Boga idącego w parze z nauką i prawdą. Takiego, który zamiast strachu oferuje wybór, zamiast nakazów niezobowiązujące zachęty, zamiast praw szczerą swobodę. Jego obraz jest dla mnie naturalny i prawdziwy. Mój. Niech jest to i choroba psychiczna; może sam siebie zmanipulowałem. Trudno. Życzę każdemu takich dolegliwości.

Nie jestem już ateistą; ani agnostykiem. Nie mogę nawet powiedzieć, że wierzę w Boga. Ja wiem, że Bóg istnieje. Znam go, mimo iż nie potrafię uchwycić i nazwać.

Niekoniecznie musi to być dokładnie ta osobowość, którą opisuje Księgo Urantii — to tylko kolejna książka. Jej zapisy akurat w moim wypadku były tak znaczącym elementem ewolucji wiary. Skoro mam ja, wiem, że każdy z nas ma w sobie Boga, a pomóc w dostrzeżeniu go może i Biblia, i Koran, Puszcza Białowieska lub otwarte morze; też choroba, strata lub konsekwencje popełnionych błędów. Teraz wydaje się mi to tak oczywiste i łatwe, więc chyba faktycznie takie jest. Wystarczy pozwolić sobie na szczerość wobec siebie samego. Nie taką wynikającą z myśli, ochot, żali, żądań, potrzeb, ocen, opinii czy poglądów. Tą wypływającą z oczywistego wiem.