Módlmy się

M

Wiara w Boga wydaje się od zawsze iść w parze z nadzieją na lepsze. Rzadko objawia się to bezwarunkową ufnością. Zazwyczaj przybiera formę bezczelnej transakcji wiązanej, której warunki ustala człowiek: „Będę pobożny, dobry, będę głosił Twoje imię Panie, ale w zamian (albo najpierw) musisz wyświadczyć mi przysługę bądź dwie”. Niezależnie od przyczyn, bez względu na status społeczny wierzącego czy jego majątek, ten wciąż będzie prosił Boga o pomoc lub wsparcie. Głównie dla siebie i dla swoich bliskich, ale też w sprawach, które pozornie go nie dotyczą, a które subiektywnie uznaje za ważne. Nie sposób wyobrazić sobie Boga, do którego nie wolno się modlić.

Definicja

Religia ewoluuje. Swoim tempem, aczkolwiek dojrzewa razem z nami. Mag został kapłanem, zamiast cielaka ofiarujemy kopertę, obrzędy oddzielające życie od śmierci przekształciły się w dni świąteczne, a zaklęcia mianowano modlitwami. Niby jest, jak było, ale nieco mniej po zwierzęcemu.

Modlitwa, niezależnie od definicji, opiera się na werbalizacji w stronę ducha myśli, tęsknot, życzeń, ale najczęściej trapiących wierzącego lęków; to także okazywanie wdzięczności oraz oddawanie czci. Najłatwiej jednak sprowadzić ją do poszukiwań lub wołań o pomoc. Nawet kiedy ogranicza się do bezmyślnego klepania wierszyków, które w dzieciństwie wyryliśmy na blachę, modlitwa prawie zawsze zawiera jakieś intencje. Mamy poczucie, że jeżeli Bóg istnieje, interesuje się nami. Chcielibyśmy, aby o nas dbał, zatem chętnie mu podpowiadamy (czasem błagamy, nierzadko wręcz żądamy) jak ma to robić.

Za modlitwę można uznać bezmyślnie recytowanie, które niewiele różni od czarodziejskich zaklęć; może to być dialog z wyimaginowanym towarzyszem, albo monolog wypowiadany w nicość; czasem są to podziękowania, innym razem prośby lub szantaże; ktoś odmianą modlitwy nazwie medytację, ktoś inny autorefleksję; może to jedynie objaw religijnej naiwności. Nieważne, jaką przyjmiemy definicję, część ludzi ciągle odczuwa naturalną potrzebę kontaktu z Bogiem. Niektórzy nawet zauważają jej efekty. Tu modlitwy są smutne, pompatyczne i ponure, tam mogą być wesołe, taneczne oraz zdystansowane; gdzieś indziej człowieka ukamienują, jeżeli tylko podważy ich zasadność.

Obojętnie z której strony nie spojrzeć na modlitwę, na usta ciśnie się to samo pytanie: O co w tym w ogóle chodzi?

Przedstawiciele organizacji religijnych odruch modlitwy ochoczo wykorzystują. W imieniu Boga ustalą zasady, według których ten miałby spełniać życzenia wyznawców. Wyłącznie, kiedy grzecznie stoisz tam, gdzie cię postawili, masz szanse, że Bóg cię wysłucha. Nie trzeba być członkiem Mensy, aby wyczuć, że coś tu śmierdzi. Słuchaj się i nie dyskutuj, a może twoje modlitwy przyniosą jakiś efekt. Może. A jeśli nie? Widocznie w sercu jesteś złym człowiekiem — Bóg takich jak ty ignoruje. Ostatecznie spławią cię klasycznym „niezbadane są wyroki boskie”. To, co obecnie religie nazywają modlitwą, służy przy tym jako kolejne narzędzie do prowokowania podziałów. „My wiemy. Oni kłamią”. „Albo jesteś z nami, albo Bóg ma cię gdzieś”.

Uzurpowanie sobie prawa do dyktowania boskich warunków, które należy spełniać, żeby Bóg zechciał zwrócić na kogoś uwagę, uważam za odrażające.

Toxic

Modlitwa cierpi na więcej przypadłości. Tym bardziej że stoi jako coś w rodzaju świętej krowy religii. Z jednej strony jakaś forma osobistego kontaktu z Bogiem jest powszechna i dla wyznań wręcz naturalna, zatem wśród wiernych zawsze obecna, z drugiej zaś jest całkowicie bezbronna, gdyż nie sposób wykazać jej skuteczności. Jednak w modlitwę, jaką dzisiaj znamy, nie wolno wątpić. Nie ważne, że nie działa tak, jak nam wmawiają.

Co najwyżej zabawnie wyglądają wszelakie próby wybiórczego wskazywana skuteczności modlitwy. To, co wydarza się w życiu, kapłani (i omamieni wierni) najczęściej widzą jak zrządzenia losu i fart; proszą Boga o wiele, często idiotycznych rzeczy i nie ma problemu, kiedy te modlitwy są ignorowane. No, chyba że jedno z wielu tysięcy życzeń się spełni… Wtedy nie ma mowy o przypadku — to Bóg wysłuchał wołania wiernego sługi. Pasuje tutaj leciwa historyjka, w której po udanej, trudnej operacji, bliscy pacjenta dziękują Bogu za jej powodzenie; jednak za wszelakie niepowodzenia zawsze odpowiedzialny jest lekarz.

Modlitwy mogą dawać nadzieję czy subiektywną, wewnętrzną siłę; chociaż modląc się, najczęściej walczysz ze strachem. Smutno, gdy w XXI wieku co poniektórzy wciąż uważają, że modlitwą sprowadzą deszcz albo nieszczęścia na wrogów. Księża manipulują wiernymi, wciskając im kit, że takimi prośbami można zmienić wolę drugiego człowieka czy prawa natury. Chcą traktować Boga jak chłopca na posyłki i egzekutora. By w imię miłości i braterstwa załatwił swoim ziomalom zdrowie oraz wygody, a na wrogów zrzucił srogie kary. Modlimy się, najczęściej nie zdając sobie sprawy z egoizmu, prymitywizmu i oczywistej niedorzeczności tych modlitw; zupełnie ignorujemy konsekwencje ewentualnego ich spełnienia. Ciekawe ile razy powinienem był dostać piorunem (albo rozwolnienia), bo miałem czelność nie ustąpić ulubionego miejsca staruszce w autobusie. Spełnienia wielu moich naiwnych, młodzieńczych życzeń mógłbym tęgo pożałować (szczególnie kiedy widuję niektóre koleżanki z czasów liceum).

Jak dzieci

Modlimy się z egoizmu; dla własnych mniejszych lub większych zachcianek i interesów. Modlić się nie umiemy, więc dla pewności w wierszykach korzystamy z trudnych słów — skoro brzmią dziwnie i są stare, to muszą działać, prawda? Grzechem jest kwestionować świętą, wskazaną przez kapłanów formę modlitwy, choć nie przeszkadza nam obrażać się na Boga, kiedy nas nie wysłucha. Znów jesteśmy jak dzieci.

Dla najmłodszych pewne decyzje i sytuacje, które prowokujemy, również mogą wydawać się bestialskie. Mały Szymek chce loda, ale tata mu go nie kupi, bo nie zje obiadu; Natalka nie dostała pod choinkę piątego domku dla lalek; nastoletnia Zośka uważa, że śmierć byłaby lepsza od zostawienia całego życia i przeprowadzki do innego miasta.

Wiemy, jak dzieci reagują na niektóre sytuacje — ból, rozpacz i niewyobrażalne emocjonalne cierpienie. Przykładów na to jest nieskończoność. Znam pewną serię internetowych memów z dziećmi: na zdjęciu widać rozpaczającego dzieciaka, rodzic dopisał wyjaśnienie sytuacji i wrzucił to w net. „Bo nie pozwoliłem mu zjeść kamienia”, „Bo musi umyć ręce po zabawie w gnojówce”, „Bo puściłem wodę z węża ogrodowego”. Dla nas to urocze; dla tych dzieci już niezbyt. Czasem największym szczęściem, o które się modlą (jęczą i wiercą rodzicom dziurę w brzuchu) są świecące fidget spinnery i drony; bo to uszczęśliwi je już na zawsze.

Może i Bóg, widząc nasze łzy i słysząc modlitewne prośby, cierpliwie (i celowo) nie ma zamiaru nic z tym robić? Może też chce, żebyśmy zjedli wartościowy obiad i nie śmierdzieli gównem? Modlitwa, wydawałoby się dorosłych ludzi, bywa jak dziecięce pojękiwania. O adoptowanie żyrafy z zoo i o zamianę całego istniejącego jedzenia w żelki; o nowsze zabawki (lepsze niż ma Jasio!) i o to, by Małgosia się na swój gupi ryj wywaliła, bo się popycha.

Ojcze nasz…

Kiedy zastanawiam się nad swoimi modlitwami, niezwykle trudno jest mi odnieść się do nich obiektywnie; szczególnie z szerszej perspektywy. Nie chodzi już nawet o wspomniane wcześniej koleżanki z liceum, które kiedyś chciałem mieć za żony, czy o pioruny roztrzaskujące na pył tych, do których można mieć pretensje. Co np. z tym że chciałbym być bogaty? Nie pamiętam, żebym się o to modlił, ale jestem przekonany, że wielu to robiło. Niech jest to zawoalowana prośba o polepszenie materialnego statusu albo o zasłużony awans; werbalizacja jest bez znaczenia — taki przykład trafnie uwypukla moje wątpliwości.

Dlaczego Bóg ma tego słuchać? A nawet jeśli, jak miałby, z praktycznego punktu widzenia, zorganizować takie wzbogacenie się? Dodrukować PLN-ów? Zabrać z mojego (albo z twojego) konta, żeby zrealizować czyjąś prośbę? Idźmy dalej — przecież sama definicja statusu materialnego bywa skrajnie różna; szczególnie na odległych od siebie zakątkach globu. Przeliczy Euro na drób hodowlany? Na żony? Niektóre zasoby są ograniczone i dla wszystkich po prostu nie starczy. Łatwo dostępna waluta staje się w końcu bezwartościowa.

Gdyby Bóg martwił się naszymi funduszami, każdy, kto o to poprosi, powinien dostać od niego przelew. Spełniając tego typu życzenia, Bóg albo musiałby cudować (wziąć coś znikąd), albo tak manipulować okolicznościami, aby wzbogacać jednych kosztem reszty. Modlący się oczywiście są tymi pierwszymi. Odnoszę wrażenie, że ani przez chwilę nie zastanawiamy się nad praktyczną realizacją modlitw, bo i po co? Przecież to Bóg! Jakoś to załatwi.

Czemu Bóg miałby sponsorować nam wycieczki i plazmy? Dlaczego ma powiększać ci cycki albo leczyć z przedwczesnego wytrysku? Ma opętać naszych (albo tamtych), żebyśmy wygrali mundial (lub co najbardziej debilne, wojnę)? Dlaczego ma ochraniać królową? Z jakiej racji ma sprzyjać akurat tobie i twoim przyziemnym, materialistycznym potrzebom?

Nasze modlitwy w przerażającej większości są egoistyczne (choćby grupowo): „Daj mi (nam)”, „Niech mi (nam) się uda”, „Żeby u mnie (u nas) było wszystko dobrze”. W największej mierze to wina Kościoła (i innych organizacji), który bezwstydnie wmawia, że dzięki zrzeszeniu i posłuszeństwu jego członkowie staną się w oczach Boga uprzywilejowani; reszta przecież i tak spłonie w piekle. Sam się na tym przyłapuję, nie zdając sobie przy okazji sprawy, że Bóg narobiłby sporo nadprzyrodzonych przypałów, po prostu dając mi to, o co proszę. Nażarłbym się kamieni albo obudził z żyrafą w mieszkaniu. Co gorsza, modlitwy równie często dotykają innych; zarówno bliskich, jak i wrogów. Chcielibyśmy, aby Bóg na nich wpłynął; żeby zachowywali się w sprecyzowany przez nas sposób; żeby zrozumieli. Oczywiście wszystko to dla ich dobra. Przecież my wiemy co dla nich najlepsze.

Konsekwencje wszelakich ewentualnych boskich czarów, szczególnie te długoterminowe, mogą niespodziewanie, acz znacząco zahaczać o drugiego człowieka; a ten nie zawsze musi sobie tego życzyć.

Gdyby Bóg dał mi za żonę tę czy inną koleżankę ze szkoły, to oprócz piłkarzy musiałby także je jakoś opętać. Bez jego pomocy nie byłem odpowiednią partią. A co jeśli mnie wymodliłby jakiś paszczur? Takie spełnione modlitwy zabierają żony obecnym mężom tych kobiet. Dzisiaj są rodzicami, mają domy, labradory; podjęli miliardy decyzji, które nie miałyby miejsca. Dlaczego Bóg ma wpływać na los i wolę niczego nieświadomych ludzi pod wpływem moich zdrowasiek? Albo twoich? Modlimy się o nawrócenie córki lub o naprawę małżeństwa brata, ugrzeczniając tym samym egoistyczne „niech wszyscy robią to, co ja chciałbym, żeby robili”. Ciekawe, który z modlących się chciałby dostać rykoszetem z czyjegoś dziwnego boskiego życzenia?

No tak. Bóg jest przecież doskonale sprawiedliwy, zatem dzięki przynależności religijnej, narodowej czy rodzinnej wyłącznie moje (nasze) pragnienia są zasadne i ważne…

Jak siebie samego

Żeby nie było, że jesteśmy wyłącznie wstrętnymi samolubami, zwróćmy uwagę na bliźnich i pomódlmy się czasem za nich. Zdrowie dla chorego Jasia? Ok, szkoda chłopaka. Też chciałbym, żeby wyzdrowiał; ale co z umierającą Małgosią, Januszkiem, Michalinką i tysiącami innych dzieci, które dotknęły śmiertelne choroby? Dlaczego akurat Jaś ma być przez Boga faworyzowany? Ma znajomych na Facebooku, więc Stwórca za ich namową go uzdrowi, ale oleje rówieśników, za których się nie pomodliliśmy? Jasio dochodzi do zdrowia w sterylnym szpitalu; mała Juliana zdycha na grypę jak zwierz w rynsztoku jakiejś brazylijskiej faweli. Bywa; o zdrowie Juliany nikt się nie pomodlił.

Tak bosko-czarodziejsko wyzdrowiały Jasio bez wątpienia wpłynie na losy innych ludzi. Może to Hitler; może Einstein. Załóżmy, że Bóg wyleczył Jasia. Chłopak dorósł i pewnego mroźnego popołudnia, z powodu brawury i niedostosowania prędkości do warunków atmosferycznych panujących na drodze, rozjechał niedoszłego odkrywcę lekarstwa na raka. Ups. Gdyby tylko Bóg się nie wtrącał…
A jeżeli to Jasio wynajdzie lekarstwo na raka? Z boską pomocą uratuje miliardy istnień! Fajnie, ale też trochę nie fair, gdy Bóg magicznie zabiera komuś innemu szanse na epokowe odkrycie. Prawowity odkrywca zostanie pozbawiony zaszczytów i zapisów swojego imienia na kartach historii. Co z jego pacierzem?

Głowię się, jednak nie potrafię choćby zarysować szablonu, według którego Bóg miałby przesiewać modlitwy do spełnienia (system: „modlitwa>zaznacz wszystkie>”tak” z filmu „Bruce Wszechmogący” niestety odpada). Nawet mała prośba może uderzyć w wielu ludzi, utrudniając im życie lub wpływając na ich wolę. Niech ledwie dotknie jednego człowieka, a to będzie już za dużo.

Po ludzku

Nikt nie chce być pomijany przez ewentualnego Boga. Każdy (choćby nieświadomie) wolałby być faworyzowany; wielu jest o tym święcie przekonanych. Jednak prawdą jest, że nie ważne ile byś się modlił, Bóg nie zabierze nikomu pracy, żebyś mógł zająć wymarzone stanowisko; nie uzdrowi bliskich, bo sprawiają ci problemy, ani dlatego, że się boisz i będziesz za nimi tęsknić; nie wpłynie na rozwój twojej ciąży; anioły nie uratują cię przed następstwami podjętych decyzji; Bóg nie odbuduje niczyich relacji; nie przekonasz go, żeby wpłynął na zachowanie czy pragnienia innych; nie przepchnie twoich liczb w losowaniu totka.

Jeżeli się modlisz, zanim zwerbalizujesz swoje prośby w kierunku Boga, najpierw postaw się na miejscu drugiego człowieka. Chciałbyś stracić pracę (albo nie dostać nowej), ponieważ Bóg po znajomości załatwił ją komuś innemu? Chciałabyś żyć z poczuciem winy, bo tylko tobie nie udało się wyprosić zdrowia dla bliskich, a ciąża była cięższa i stresująca niż u tych, którzy wymodlili ulgi? Skoro innych Bóg wysłuchał, im dał zdrowie, a tobie nie, to może pomodliłaś się nie do tego Boga, co trzeba? Albo zbyt słabo? Chciałbyś, aby ci, którzy są bezmyślni i nieodpowiedzialni, wciąż robili głupoty, często krzywdząc ciebie i twoich bliskich, a potem dzięki Bogu wymigiwali się od konsekwencji? Żeby niebiańskie siły, zmuszały cię do pozostania w relacji, która męczy i niszczy, bo ktoś o to ładnie poprosił?

Nikt nie zabierze siły, odwagi ani wytrwałości, które może dać wiara; ale zastanów się, czy chcesz być człowiekiem, który w modlitwach przedstawia się Bogu jako ważniejszy i lepszy od innych.