Koniec świata, zaraz obok zmartwychwstania, jest najjaskrawszym wspólnym mianownikiem sekt i organizacji religijnych. Każda grupa wyznaniowa utrzymuje, że pokora wobec jej doktryn zapewni wierzącemu życie po śmierci; również każda z nich wyczekuje końca świata — momentu, w którym Bóg wywyższy zrzeszonych. To też chwila osądu, zwieńczona wyrokami skazującymi dla całej krnąbrnej reszty. Miłosierny Bóg wszystkich kultów mówi to samo: „Albo jesteś z nami, albo przeciwko nam”.
Nie będziesz zaskoczony tonem, w jakim Księga Urantii mówi o końcu świata. Wprawdzie sam termin jako taki się tam nie pojawia, aczkolwiek coś, co można określić synonimem — „osąd domeny na koniec systemu sprawiedliwości”, brzmi równie złowieszczo. Zagadnienie to jednak nie ma zupełnie nic wspólnego z tym, co próbują nam obecnie wmawiać kapłani.
Niniejszy tekst ma na celu zdefiniowanie oraz opis końca świata tak jak przedstawiono to w Księdze Urantii. Zacznę od apokaliptycznych obrazów rysowanych przez współczesnego człowieka.
Albo jesteś z nami, albo przeciwko nam
Wszystkie wizje końca świata, jakie udało nam się zwerbalizować, mają w sobie posmak ekscytacji; ludzka wyobraźnia i w tej kwestii prężnie uzewnętrznia swoje fantazje. Fikcja apo i postapokaliptyczna jest jednym z najbardziej intrygujących odłamów science-fiction. Za pośrednictwem filmów, książek i gier wideo, ataki kosmitów, mordercze wirusy i hipotetyczne konsekwencje globalnych wojen atomowych na dobre zagościły w świadomości przeciętnego człowieka. Bez obaw. Przeważająca większość tekstów na tej stronie tyczy się szeroko pojętej religii; będzie tak i tym razem.
Choć rozrywkowe końce świata często dotykają religii, autorzy science-fiction wybierają ją raczej do roli tła, np. aby uwypuklić fanatyzm w obliczu ogromnego kryzysu. Tymczasem w realnym świecie religijni przywódcy takie apokaliptyczne rozważania prowadzą na serio. To nie odmóżdżające kino klasy B. To przepowiednie i groźby rozgłaszane nieznoszącym sprzeciwu tonem przez wydawałoby się, poważnych ludzi.
Bój się Boga
Zupełnie bez różnicy jest nazwa wyznania. Gdy zerknąć na nie z szerszej perspektywy, wszystkie oferują to samo, wymagając tego samego w zamian. Zrzeszając się, a więc godząc na bezmyślne posłuszeństwo, otrzymasz mglistą, acz kuszącą obietnicę pośmiertnych wygód. Nieco więcej na ten temat powiedziałem w tekście o zmartwychwstaniu.
Sąd ostateczny jest w tym wszystkim zaledwie dodatkowym straszakiem. Starożytne księgi, na czele z Biblią, są karkołomnie interpretowane, aby uzasadniać prawdziwość, nawet najbardziej idiotycznych przepowiedni. Hierarchowie nadali sobie prawo, więc będą grozić i szantażować, by mit ich nieomylności nie lęgnął w gruzach. Tutaj uwidacznia się najmocniejszy, wszędobylski, wspólny sekciarski punkt — strach. Nieposłuszeństwo niesie ze sobą sromotne kary, a koniec świata będzie właśnie tą najstraszliwszą. Kochający i dobry Bóg, jeżeli w końcu uzna, że świat trzeba kończyć (a uzna na pewno, bo czemu miałby nie?), nie może przecież zrobić tego pokojowo i bezkrwiście. Absurd. Ci posłuszni mają zapewnione wygody i wszystko, co naj, ale reszta? To nie po bożemu. Końcu świata muszą towarzyszyć kataklizmy, anomalie natury oraz bestie z piekieł; będzie pełen bólu, strachu i cierpienia. Dopiero wtedy ci wszyscy bezczelni niedowiarkowie na własnej skórze przekonają się, na co sobie zasłużyli, stając przeciw jedynej prawdzie. Oczyszczenie świata z grzechu (czytaj: usunięcie brutalną siłą tych, którzy nonszalancko sprzeciwiali się kapłanom) zapewni wieczne królowanie najwyższych, świętych wartości. Czyli takich, które w danej chwili duchowni uznają za korzystne dla ich pozycji.
Ewentualnie dalsze różnice wynikają jedynie z kwiecistości apokaliptycznego opisu i kalendarza. Bóg mógłby zniszczyć grzech miłością, ale zrobi to za pośrednictwem chorób, katastrof naturalnych, głodu lub mroku (albo zaraźliwego homoseksualizmu). Ewentualnie napuści na nas jakąś wygłodniałą krwiożerczą bestię; albo i cztery. Boskie okrucieństwo przedstawiane przez duchownych i guru jest pełne grozy oraz wyrafinowanego cierpienia.
Wkrótce
W kalendarzu również nie widać znaczących rozbieżności. Ordynarne sekty wolno uczą się na błędach, dlatego zmuszone są co chwilę przesuwać datę ostatecznego sądu. Co bystrzejsi jednak już zauważyli, że takie młócenie na ślepo umniejsza ich wiarygodność; zamienili więc konkretną porę nadejścia końca świata na coś bardziej uniwersalnego, a mianowicie na „wkrótce”. To chytre, ponieważ bazowy mechanizm zostaje nietknięty. Należy tak manipulować zrzeszonymi, ażeby wierzyli, że koniec świata nadejdzie za ich życia. Pamiętaj, że żyjemy w czasach ostatecznych! Konkretna data jest świetnym rozwiązaniem, ale urodzi problemy, kiedy wyczekiwanego dnia niebo nikomu na łeb nie spadnie. Trzeba się potem nagimnastykować, żeby z tego jakoś wybrnąć. „Wkrótce” brzmi o wiele lepiej. Wciąż pozostawia wiernych w szachu, bo to za niedługo, a więc i za ich życia; zatem lepiej, żeby nie ryzykowali rozszarpania przez oślizłe demony. Z drugiej strony brak wskazań na konkretny termin pozwala to „wkrótce” przeciągać w nieskończoność. Wilk syty i wilk syty.
Znaki
Jeżeli owieczki za bardzo brykają, z pomocą nieodmiennie przychodzą wszelkiego rodzaju znaki — zapowiedzi, określające okoliczności poprzedzające koniec świata. Najczęściej są to objawienia lub sny, podczas których boski posłaniec, za pośrednictwem swojego człowieka pogrozi ludziom palcem; opcjonalnie kolejne (nad)interpretacje książek, zgodnie z którymi np. współczesne wydarzenia zostały przewidziane i symbolicznie zwiastują nadejście nieuchronnego, wybuchowego końca.
Rzecz jasna, aby takie znaki były wiarygodne, muszą zostać uprzednio zaakceptowane przez szefostwo sekty. Wartościowe są wyłącznie te objawione właściwym, co oczywiste zrzeszonym, ludziom. Te przekazane innowiercom są albo przejawem choroby psychicznej, albo opętaniem.
Bez przyzwoitości
Niezmiennie zadziwia mnie wyrachowanie kapłanów, które tak gładko wpasowuje się w naiwność co poniektórych wierzących. W organizacjach religijnych nic nie trzyma się kupy. Obraz tego absurdu uzupełniają międzysekciarskie sprzeczki, o to, kto ma rację, a kto jest sługą Szatana oraz licytacje, który Bóg zapewnia swoim ludziom atrakcyjniejsze pośmiertne warunki, a potem straszniejsze kary całej reszcie.
W tym wszystkim mało kto zadaje sobie pytanie, jak najwyższa istota, która jest przecież doskonale dobra i bezwzględnie kochająca, może planować tak wstrząsające ludzkie egzekucje. Tym trudniej mi zrozumieć tych, którzy bez wątpliwości w takie nieskładne, żeby nie powiedzieć bezczelne, historyjki wierzą.
Osąd domeny
Księga Urantii wyjaśnia fenomen końca świata szybko i bez fajerwerków. Choć zjawisko, które za moment opiszę, nie jest tam bezpośrednio nazywane końcem świata, ma z naszym jego rozumieniem nieco wspólnego. Osąd domeny, po pierwsze i jak nazwa wskazuje stanowi sąd nad ludźmi („domena” w tym kontekście oznacza „obszar”, a więc planetę); po drugie to czas, po którym wszyscy śpiący zmarli, którzy przejawiali „wolę współpracy z zamieszkującymi ich Dostrajaczami” i „wykazali chęć znalezienia Boga oraz osiągnięcia boskiej doskonałości” rozpoczną swoją wędrówkę do Raju. Nie odbiega to bardzo od religijnych zapowiedzi końca świata, w którego trakcie też mielibyśmy zostać osądzeni; a ci wybrani, w nagrodę za bezwzględną lojalność zmartwychwstaną na wieczność w chwale.
Jednak osąd domeny nie ma najmniejszego związku życiem materialnym. Dotyczy wyłącznie rozwijającej się ludzkiej duszy. Co za tym idzie, Księga Urantii, nie wspomina nawet słowem o apokalipsie i zniszczeniu gatunku ludzkiego lub Ziemi. Nie ma mowy o huraganach, AIDS, ani spadających gwiazdach; nie przepowiada antychrysta, czarnoskórego papieża ani jeźdźców apokalipsy. W trakcie osądu domeny nikt nie cierpi katuszy, nikogo nie spotykają nieszczęścia ani nawet kary. To moment dla tych, którzy nie podjęli jeszcze ostatecznej decyzji — oni dostaną więcej czasu. To moment dla tych, którzy już ją podjęli; oni dodatkowego czasu nie potrzebują.
To, co mnie najbardziej zaintrygowało, to zapis, iż w historii zamieszkałej planety występuje wiele takich osądów-końców świata. Zatem, według Przekazów Urantii, nie istnieje coś takiego jak sąd ostateczny (w rozumieniu planety czy gatunku ludzkiego; dla każdego z nas pośmiertny sąd będzie tym jedynym, więc ostatecznym).
Żywych i umarłych
Po osądzie domeny, zmarli, którzy zechcieli wznieść się ku Bogu, zmartwychwstaną na światach-mieszkaniach. Zmarli, którzy za życia całkowicie utożsamili się z grzechem, skończą swój byt; jak gdyby ich nigdy nie było. Nie będą smażyć się w piekle, nie będą błagać o litość, ani zazdrościć wybrańcom wygód i chwały. Po prostu się nie obudzą. I nie dlatego, że nie chodzili do kościoła, albo z powodu przeprowadzonego zabiegu in-vitro; nie. Ich nikczemność była osobista, świadoma, wytrwała i przede wszystkim duchowa. Aby lepiej zrozumieć zmartwychwstanie, grzech i śmierć polecam zapoznać się z podlinkowanymi dedykowanymi wpisami.
Na temat przebiegu osądu żywych nie znalazłem w Księdze Urantii wielu szczegółów.
Nie mam Przekazów na potwierdzenie takich przypuszczeń, ale kiedy zaczynam gdybać, dochodzę do wniosku, że taki sąd jest zupełnie cichy. Przeciętny człowiek, taki jak ja i ty, go nie zauważy, nawet jeśli odbywałby się właśnie w tym momencie. Osoby nikczemne, które definitywnie utożsamiły się z grzechem, w trakcie takiego osądu mogłyby być w pewnym sensie wygaszane — uznawane za zmarłe w zapisach wszechświata; od tej pory i do momentu ustania funkcji życiowych, aktywny pozostawałby wyłącznie żywy mechanizm ciała. Niezdecydowanych, osąd raczej nie dotyczy. A jeżeli już, mógłby być czymś w rodzaju prolongaty, żeby mogli jakieś decyzje podjąć. Tych, którzy za życia zadecydowali, że chcą stawać się podobnymi Bogu, osądy również nie dotyczą; oni, niezależnie od końca świata, zostają transponowani.
Sądy grupowe
Zmartwychwstanie, a więc i osąd pojedynczego człowieka, nigdy nie odbywa się w momencie jego śmierci. Każdy odczeka swoje (nawet Jezus musiał). Księga Urantii wskazuje 3 okresy, po upływie których może nastać pora sądu. Niniejszy wpis dotyka końca świata, a więc osądu grupowego, a te następują tylko w 2 z tych przypadków (indywidualne sądy bardziej szczegółowo opisałem w tekście o zmartwychwstaniu). Pierwszym jest osąd domeny po zakończeniu systemu sprawiedliwości, drugim są specjalne zmartwychwstań milenijne. Takich końców świata na każdej zamieszkałej planecie jest wiele.
Zmartwychwstanie milenijne
Na wniosek władców systemu lub władz planetarnych, mogą zostać przeprowadzone specjalne zmartwychwstania śpiących przetrwałych. Te zmartwychwstania zdarzają się przynajmniej raz na 1000 lat czasu planetarnego, aczkolwiek prawdopodobnie nie dotyczą wszystkich zmarłych. Raczej wyłącznie tych, którzy są w jakimś sensie potrzebni, nim nastąpi kolejny osąd na koniec systemu sprawiedliwości (to jednak tylko moje przypuszczenia).
Osąd domeny na koniec systemu sprawiedliwości
Opisany w Księdze Urantii cykl rozwojowy każdej planety, na której rozwija się życie, składa się z co najmniej 7 epok. Taka klasyfikacja uwzględnia występowanie kolejnych systemów sprawiedliwości oraz osądów domen w chwili ich zakończenia. Każda z epok związana jest z planetarnymi misjami Boskich Synów i każda oddziałuje na ziemski status człowieka i jego reakcje na opiekę niebios.
Warto zaznaczyć, że bunt Lucyfera wpłynął na cykl rozwojowy Ziemi. Dlatego też nasza historia, więc i nasze końce świata, jak do tej pory odbiegają od tego standardu.
Na przeciętnym świecie systemy sprawiedliwości pojawiają się w następującej kolejności:
- Człowiek przed Księciem Planetarnym;
- Człowiek po Księciu Planetarnym;
- Człowiek poadamiczny;
- Człowiek po Synu-Arbitrze;
- Człowiek po Synu obdarzającym;
- Człowiek po Nauczycielu-Synu;
- Era światłości i życia.
Każdy system sprawiedliwości, każda kolejna epoka ludzkości, otrzymuje poszerzone zobrazowanie prawdy duchowej i etyki religijnej. Po każdym takim końcu świata człowiek wie o Bogu odrobinę więcej. Wszystkie epoki bardziej szczegółowo scharakteryzuję osobnym tekstem.
Człowiek przed Księciem Planetarnym
Planetę uznaje się za zamieszkałą, kiedy w wyewoluowanej ze zwierzęcia istocie wyłoni się wola. Gdy taki praczłowiek podejmie swoją pierwszą moralną decyzję, jest gotowy na przyjęcie boskiej cząstki — Dostrajacza Myśli. Po tym czasie na planetę wysyłany jest Książę Planetarny. Pierwszy osąd żywych i zmarłych odbywa się w czasie przybycia tego nowego władcy.
Rządy książąt przyczyniają się do rozwoju organizacji i administracji zamieszkałych planet. Tworzą się podwaliny na przyjęcie Synów Materialnych, którzy przybywają, aby zaszczepić rodzimym, wciąż prymitywnym ludziom, doskonalsze formy życia.
Człowiek po Księciu Planetarnym
Wraz z przybyciem Księcia Planetarnego rozpoczyna się nowy system sprawiedliwości. Na prymitywnym świecie tamtej epoki panuje ukształtowana już religia strachu i ignorancji — religia ewolucyjna. To czasy wciąż bardzo zwierzęce i barbarzyńskie. Książę wraz z personelem dokonuje pierwszego objawienia wyższej prawdy i organizacji wszechświata.
W normalnych warunkach, w tej epoce, śmiertelnicy osiągają wysoki poziom cywilizacji. Nasz Książę Planetarny — Caligastia, przyłączył się do buntu Lucyfera, a rozwój Ziemi od tamtego momentu przebiega niestandardowym torem; „[…] bunt tak bardzo zmienia życie świata zamieszkałego, że możecie mieć bardzo słabe albo i żadne pojęcie o podobnym porządku na normalnej planecie”.
Średnia długość tego systemu sprawiedliwości wynosi około 500 000 lat.
Kiedy się skończy biologiczny pęd pierwotnego rozmachu życia ewolucyjnego, kiedy człowiek dotrze do szczytu zwierzęcego rozwoju, przybywa druga klasa synostwa i zaczyna się drugi system sprawiedliwości, łaski i służby. Odnosi się to do wszystkich światów ewolucyjnych. Kiedy osiągnięty zostaje najwyższy możliwy poziom życia ewolucyjnego, kiedy człowiek prymitywny wzniesie się na skali biologicznej tak dalece, jak to możliwe, zawsze pojawiają się na planecie Materialny Syn i Materialna Córka, wysłani przez Władcę Systemu.
52:3.1 (592.6)
Materialny Syn i Córka nazywani są Adamem i Ewą oraz „udoskonalaczami biologicznymi”.
Człowiek poadamiczny
Podstawowym celem porządku adamicznego jest zakończenie przejścia cywilizacji od stadium myśliwego i pasterza do stadium rolnika i ogrodnika. Wystarczy 10 000 lat systemu sprawiedliwości udoskonalaczy biologicznych, aby wprowadzić zdumiewające przeobrażenia. W rezultacie dodania adamicznej plazmy życiowej do gatunku ewolucyjnego następuje natychmiastowe udoskonalenie jego zdolności intelektualnych i przyspieszenie rozwoju duchowego. Zazwyczaj następuje również zaawansowanie w rozwoju fizycznym. Poadamiczny system sprawiedliwości, na przeciętnym świecie, jest epoką wielkich wynalazków, opanowania energii i rozwoju mechanicznego. Większa część materialnego rozwoju świata następuje w tym właśnie okresie.
25 000 lat wspólnej administracji Księcia Planetarnego i Synów Materialnych, przygotowuje zazwyczaj sferę na przyjście Syna-Arbitra.
Człowiek po Synu-Arbitrze
Gdy intelektualny i etyczny rozwój gatunku ludzkiego osiąga swe ewolucyjne granice, przybywa na misję arbitrażową Rajski Syn Avonalny. Synowie Avonalni (arbitrzy) przybywają z Raju, by dokonać czynności sędziowskich niezależnie od epoki, ale pierwszy Syn-Arbiter przybywający na misję arbitrażową, zawsze zaczyna czwarty system sprawiedliwości; a co za tym idzie, inicjuje kolejny koniec świata.
Kiedy Rajscy Avonale przybywają do sfer zamieszkałych przez śmiertelników dla dokonania czynności sędziowskich, tylko jako sędziowie systemu sprawiedliwości, nigdy się nie wcielają. Kiedy jednak przybywają na misje arbitrażowe, przynajmniej na pierwszą, zawsze się wcielają, chociaż nie przeżywają narodzin ani też nie umierają śmiercią właściwą dla takiej domeny. W takich wypadkach, gdy na niektórych planetach zostają władcami, mogą żyć na nich przez całe pokolenia. Kiedy ich misje się kończą, oddają swe planetarne życie i wracają do swego uprzedniego stanu Boskiego synostwa.
52:4.3 (594.6)
W wiekach kończących ten system sprawiedliwości, społeczeństwo zaczyna wracać do prostszych form życia. Złożona natura zaawansowanej cywilizacji biegnie swoim torem, ale śmiertelnicy uczą się żyć bardziej naturalnie i efektywnie. Nauki fizyczne osiągnęły już szczyt swego rozwoju. Jest to epoka rozkwitu sztuki, muzyki i wyższego nauczania. Na idealnym świecie koniec tej epoki wiąże się z pełnią wielkiego przebudzenia religijnego, światowego oświecenia duchowego. Takie ożywienie duchowej natury narodów jest sygnałem do przybycia obdarzającego Syna i rozpoczęcia piątej epoki człowieka.
Jeżeli okaże się, że planeta nie jest jeszcze gotowa na obdarzającego Syna, pojawi się drugi, a jeżeli zajdzie potrzeba, kolejni Synowie-Arbitrzy. Każdy będzie posuwał naprzód gatunek ludzki, od jednego systemu sprawiedliwości do następnego, aż planeta gotowa będzie na Syna obdarzającego. Nie ma znaczenia, ilu Synów-Arbitrów się pojawi (mogą przyjść również po Synu obdarzającym) — nadejście każdego z nich oznacza koniec jednego systemu sprawiedliwości i początek następnego. Systemy sprawiedliwości Synów-Arbitrów obejmują okres mniej więcej od 25 000 do 50 000 lat ziemskiego czasu.
Człowiek po Synu obdarzającym
Gdy zamieszkała planeta osiągnie odpowiedni standard rozwoju intelektualnego i duchowego, przybywa na nią Rajski Syn obdarzający. Główną misją obdarzającego Syna jest ugruntowanie planetarnego statusu i wypuszczenie Ducha Prawdy, ażeby przygotował podłoże dla powszechnego przybycia Dostrajaczy Myśli. Syn obdarzający jest Księciem Pokoju. Na normalnych światach jest to system sprawiedliwości, podczas którego nie ma już wojen.
Epoka po Synu obdarzającym może trwać od 10 000 do 100 000 lat, a wraz z jego odejściem następuje koniec świata. Faktycznie nie ma arbitralnie określonego czasu, przyznawanego jakiejkolwiek epoce systemu sprawiedliwości.
Człowiek po Nauczycielu-Synu
Kolejną klasą Synów, przybywającą na przeciętną ewolucyjną planetę, są Nauczyciele-Synowie Trójcy. Przybywają na uduchowione światy grupami. Planetarnego Nauczyciela-Syna wspiera grupa 70 Synów klasy pierwszej, 12 Synów klasy drugiej i 3 należących do najwyższej i najbardziej doświadczonej klasy Daynali. Korpus ten pozostaje na świecie wystarczająco długo, aby spowodować przejście ludzkości z epok ewolucyjnych do epoki światłości i życia — nie mniej niż 1000 lat czasu planetarnego; często znacznie dłużej.
Życie w tej epoce jest przyjemne i interesujące. Degeneracja i ostatnie antyspołeczne wytwory długich zmagań ewolucyjnych zostały praktycznie usunięte. Długość życia dochodzi do pięciuset lat czasu Urantii a reprodukcyjne tempo przyrostu gatunku jest inteligentnie kontrolowane. Pojawia się zupełnie nowy rodzaj społeczeństwa. Wciąż istnieją spore różnice pomiędzy śmiertelnikami, jednak stan społeczeństwa zbliża się znacznie do ideałów społecznego braterstwa i duchowej równości. Zanika rząd przedstawicielski a świat przechodzi pod rządy samokontroli jednostki. Funkcjonowanie rządu ukierunkowane jest głównie na zbiorowe przedsięwzięcia administracji społecznej i koordynacji ekonomicznej. Szybko nadchodzi złoty wiek; już widać doczesny cel długich i intensywnych zmagań planetarnych. Ziści się niebawem nagroda epok; objawi się wkrótce mądrość Bogów.
52:7.5 (599.1)
Nauczyciele-Synowie przybywają do takich wysoko rozwiniętych światów przez cały system sprawiedliwości; mogą również wielokrotnie wracać na te same planety. Zazwyczaj towarzyszy im sądzący Syn-Arbiter, a inny z klasy tych Synów działa, kiedy odlecą. Czynności sędziowskie prowadzone są nieprzerwanie, przez cały czas trwania ludzkiego porządku czasu i przestrzeni. Po zakończeniu jednej z misji Nauczycieli-Synów, Książę Planetarny zostaje wyniesiony do pozycji Władcy Planetarnego i zjawia się Władca Systemu, żeby ogłosić wejście takiego świata w epokę światłości i życia.
Nie ma znaczenia jak osobliwa może być historia danej planety, nie ma różnicy, czy domena była w pełni lojalna, splamiona złem czy przeklęta grzechem – nie ma znaczenia, jakie mogły być okoliczności poprzedzające – wcześniej czy później łaska Boża i służba aniołów doprowadzi do dnia nadejścia Nauczycieli-Synów Trójcy; a ich odlot, po ich końcowej misji, zapoczątkuje wspaniałą erę światłości i życia.
52:7.14 (600.3)
Era światłości i życia
Epoka światłości i życia jest końcowym, ewolucyjnym osiągnięciem planet czasu i przestrzeni i trwa przez czas nieokreślony. Każde kolejne, zaawansowane stadium stabilnego statusu, może być podzielone przez czynności sędziowskie Synów-Arbitrów na kolejne systemy sprawiedliwości. Wszystkie te osądy są czysto formalne i nie modyfikują w żaden sposób biegu wydarzeń planetarnych. Jednak niezależnie od poziomu zaawansowania planety, końce świata będą wciąż kolejno po sobie następować. Tym bardziej należy mieć świadomość, że osądy domen na koniec systemów sprawiedliwości przedstawione w Księdze Urantii, nie są konsekwencją grzechów; nie są karą, ani nagrodą. To nieodłączne etapy ewolucji, jaka ma miejsce we wielkim wszechświecie.
Jeźdźcy apokalipsy
Masowe sądzenie i zmartwychwstania po końcu świata, orzekane są przez Pradawnych Czasu — władców superwszechświatów. W naszym wszechświecie lokalnym większość tych spraw zlecana jest Gabrielowi i jego personelowi. Chrystus Michał nie bierze osobiście udziału w czynnościach sądowniczych — stwórcy nigdy nie sądzą istot przez siebie stworzonych. Jezus powiedział: „Jeśli wy, nie-Żydzi, mnie słyszycie, otrzymacie słowa życia i zaraz wejdziecie w radosną wolność prawdy o synostwie z Bogiem. Jeżeli moi bracia, rodacy, Żydzi, postanowili mnie odrzucić i odwrócić się od mojej nauki, nie będę ich sądził, nie przyszedłem bowiem po to, żeby świat sądzić, ale po to, żeby dać mu zbawienie. Jednak ci, co mnie odrzucili i nie chcieli przyjąć mojej nauki, we właściwym czasie będą doprowadzeni na sąd przed mojego Ojca i tych, których on mianował, żeby sądzili takie odrzucenie daru miłosierdzia i prawd zbawienia”.
Niedługo po wpół do piątej, tego niedzielnego ranka, Gabriel wezwał do siebie archaniołów i był gotów zacząć generalne zmartwychwstanie na koniec adamicznego systemu sprawiedliwości na Urantii. Kiedy rozległe zastępy serafinów i cherubinów, biorących udział w tym wielkim wydarzeniu, zostały uporządkowane we właściwej formacji, zjawił się przed Gabrielem morontialny Michał i powiedział: „Tak jak mój Ojciec ma życie w sobie, tak dał je Synowi, aby miał życie w sobie. Choć jeszcze nie zacząłem w pełni sprawować na nowo wszechświatowej jurysdykcji, to ograniczenie, które sam sobie narzuciłem w żaden sposób nie ogranicza obdarzania życiem moich śpiących synów; niech rozpocznie się apel planetarnego zmartwychwstania”.
189:3.1 (2024.3)
Wtedy to obwód archaniołów po raz pierwszy zaczął działać z Urantii. Gabriel i zastępy archaniołów udały się do miejsca duchowej biegunowości planety, a kiedy Gabriel dał sygnał, do pierwszego systemu światów-mieszkań nadano głos Gabriela, mówiący: „Na polecenie Michała, niech wstaną zmarli z systemu sprawiedliwości Urantii!”. Wtedy wszyscy przetrwali śmiertelnicy z gatunku ludzkiego, którzy zasnęli od czasów Adama, a którzy nie poszli wcześniej na sąd, zjawili się w halach zmartwychwstania mieszkań gotowi na morontialną inwestyturę. I w mgnieniu oka serafini oraz ich towarzysze byli gotowi do odlotu do światów-mieszkań. Zazwyczaj ci seraficzni opiekunowie, którzy kiedyś przydzieleni byli do grupowej opieki nad przetrwałymi śmiertelnikami, powinni być w halach zmartwychwstania mieszkań podczas przebudzenia tych śmiertelników, jednak tym razem byli na tym świecie, gdyż Gabriel musiał być tutaj w związku z morontialnym zmartwychwstaniem Jezusa.
189:3.2 (2024.4)
Na Jerusem, w stolicy Satanii, w centrum siedmiu mieszkalnych kręgów anielskich, znajduje się główna siedziba rady konsultacyjnej, złożonej z 24 radców. W jej centrum mieści się tron, który jest miejscem sędziowskim archanioła przewodniczącego grupie — to tron apelu zmartwychwstania. Tron sędziowski na Jerusem był zawsze, jednak 24 otaczające go krzesła pojawiły się tam dopiero po tym, jak Chrystus Michał został wyniesiony do pełni swej władzy w Nebadonie. 24 radców to jego osobiści pełnomocnicy na Jerusem, którzy mają prawo reprezentować go w sprawach dotyczących apeli zmartwychwstania w Satanii.
Karą za grzech jest śmierć
Koniec świata jest momentem, kiedy może zostać zarządzony zanik egzystencji. Nakaz dezintegracji wychodzi z wyższych sądów superwszechświata, jako rezultat nieprzerwanego potwierdzenia oskarżenia, zapoczątkowanego na planecie zamieszkania nikczemnika. Gdy orzeczenie zaniku zostanie zatwierdzone, egzekucja następuje w wyniku bezpośredniego działania sędziów, przebywających w zarządzie superwszechświata.
Sama procedura końca świata wymaga, aby opiekunowie osobiści albo grupowi odpowiadali na apel w imieniu wszystkich przetrwałych osobowości. „Zmartwychwstanie niesprawiedliwych”, czyli formalne uznanie zakończenia egzystencji istoty następuje, kiedy Dostrajacze Myśli nie udzielą odpowiedzi razem z nimi; nie ma żadnego nieśmiertelnego ducha, aby działał z opiekunami przeznaczenia. To zakończenie bytu istoty.
Chociaż świadome i szczere utożsamianie się ze złem (grzechem) równa się nieistnieniu (unicestwieniu), zawsze musi ingerować pomiędzy okresem osobistej identyfikacji z grzechem a wykonaniem zapłaty – automatycznego rezultatu takiej rozmyślnej akceptacji zła – czas odpowiednio długi, aby umożliwić osąd wszechświatowego statusu takiej jednostki, osąd, który okaże się całkowicie zadowalający dla wszystkich zainteresowanych osobowości wszechświata i który będzie tak godziwy i sprawiedliwy, aby zyskać aprobatę samego grzesznika.
54:3.2 (615.4)
To jak bardzo, nasz przyziemny ogląd na grzech (ale też na domniemane prawa głoszone przez Jezusa) może być błędny, obrazują słowa Chrystusa Michała skierowane do skazanego na śmierć kryminalisty: „Mój bracie, niedobry czas przyszedł na ciebie. Zbłądziłeś na swej drodze, wplątałeś się w sieci przestępstwa. Z rozmowy z tobą dobrze wiem, że nie chciałeś zrobić tej rzeczy, która cię będzie kosztować twoje doczesne życie. Ale zrobiłeś to zło i twoi współbracia uznali cię za winnego; postanowili, że masz umrzeć. Ani ty, ani ja nie możemy odmawiać państwu prawa do samoobrony, według jego wyboru. Wygląda na to, że nie ma ludzkiego sposobu ucieczki od kary za twoje wykroczenie. Twoi współbracia muszą cię sądzić za to, co zrobiłeś, ale jest Sędzia, do którego możesz apelować o przebaczenie i który będzie cię sądził na podstawie twych prawdziwych motywów i lepszych intencji. Jeśli twoja skrucha za grzechy jest prawdziwa a twoja wiara szczera, nie musisz się bać sądu Bożego. To, że twój błąd pociąga za sobą karę śmierci, nałożoną przez człowieka, nie odbiera twej duszy możliwości dostąpienia sprawiedliwości i skorzystania z miłosierdzia przed niebiańskimi sądami”.
U nas
Ziemia, szczególnie z naszej perspektywy, nie rozwija się standardowym trybem. Opisane w Księdze Urantii osiągnięcia wysoko rozwiniętych planet będą dla wielu co najwyżej utopijnymi bajkami. Wszystko to następstwa przyłączenia się Władcy Planetarnego — Caligastii, do buntu Lucyfera (dlatego też jesteśmy agondonterami). Urantia, razem z innymi zbuntowanymi planetami Satanii, została poddana kwarantannie. Spowodowało to m.in. tymczasowe zawieszenie procedur, dzięki którym mogliśmy przechodzić po śmierci bezpośrednio do światów-mieszkań. Do niedawna, wszystkie dusze spały do czasu zmartwychwstań kończących system sprawiedliwości, albo do momentu ogłoszenia specjalnych zmartwychwstań milenijnych.
O ile przejście w pierwsze trzy epoki przebiegało tu mniej więcej zgodnie z planem, to dalsza wydarzenia odbiegają zupełnie od normy. Na naszej planecie nigdy nie było misji arbitrażowej, a nasz Syn obdarzający nie należał do klasy Avonalnej. Na normalnych światach nie pojawia się on w ciele, zanim gatunek ludzki nie wespnie się na najwyższe szczeble rozwoju intelektualnego i osiągnięć etycznych. Jednak w historii każdego wszechświata lokalnego jedna planeta musi gościć samego Syna Stwórcę; Michał z Nebadonu właśnie na Ziemi wypełnił swoją ostatnią misję obdarzającą. Tylko jeden świat na 10 000 000 może się cieszyć takim darem. Ponadto Chrystus Michał obiecał wrócić na Ziemię (a i ta zapowiedź została wypaczona przez organizacje religijne i sekty), co także jest niespotykane.
Stanowczo wierzymy, że Michał znowu osobiście przyjdzie na Urantię, ale nie mamy najmniejszego pojęcia, kiedy, czy w jaki sposób, zechce przyjść. Czy jego drugie przyjście na Ziemię zsynchronizowane będzie z końcowym osądem obecnej epoki, czy będzie związane, czy też nie związane, z pojawieniem się Syna-Arbitra? Czy przyjdzie w związku z zakończeniem jakiejś następnej epoki na Urantii? Czy przyjdzie nie zapowiedziany i czy będzie to odosobnione wydarzenie? Nie wiemy. Jedną rzecz wiemy na pewno, że kiedy wróci, prawdopodobnie cały świat będzie wiedział o tym, gdyż musi przyjść jako najwyższy władca wszechświata a nie jako nieznane dziecko z Betlejem. Ale jeśli każde oko ma go zobaczyć i jeśli tylko duchowe oczy mają widzieć jego osobę, przyjście to musi nastąpić w odległej przyszłości.
176:4.5 (1919.2)
Przewiduje się, że w przyszłości pojawią u nas się zarówno Synowie-Arbitrzy, jak i Nauczyciele-Synowie Trójcy. Wejście Urantii do ery światłości i życia, choć opóźnione, jest pewne.
Jak do tej pory na Ziemi były 3 kompletne zmartwychwstania kończące system sprawiedliwości. Pierwsze w czasie przybycia Księcia Planetarnego, drugie wraz z przybyciem Adama i Ewy, a trzecie w momencie zmartwychwstania Jezusa. Zmartwychwstań specjalnych i milenijnych było „wiele”. Odszukałem informację jakoby specjalny apel zmartwychwstania, który odbył się po śmierci Adama i Ewy był na Ziemi dwudziestym szóstym. Zatem końców świata, jakie przetrwała nasza planeta, było już przynajmniej 29.
Adam i Ewa przybyli na Ziemię 37 934 lat temu (licząc w roku 2020). Mając na uwadze, że specjalne zmartwychwstania odbywają się (co najmniej) raz na 1000 lat, można założyć, że od tamtej pory nastąpiło jakieś 40 kolejnych końców świata. Jeżeli moje szacowania są właściwe, wszystkich ziemskich końców świata było już około 70.
Coś świta
Każdy kolejny system sprawiedliwości przynosi szersze ukazanie prawdy duchowej i etyki religijnej. Ziemia jednak, za sprawą zamieszania wywołanego przez Władcę Planetarnego, straciła nauki przeszłych epok. Większość przepadła, nieznaczna część uchowała się w formie mitów, legend i baśniowych zapisów w księgach, które teraz uznajemy za święte. Mając to na uwadze nieco łatwiej pojąć skąd tak szeroka wiedza o świecie i kosmosie niektórych dawnych, teoretycznie zacofanych, cywilizacji.
I nieważne jak bardzo się to nie podoba ateistom, trzeba zauważyć nową, aktualną epokę. Dla wielu to oczywiście jedynie przepadek, że niepozorny cieśla z Nazaretu wpłynął na rozwój praktycznie całego cywilizowanego świata; że trudno znaleźć miejsca, gdzie nie zostawił śladu. Jak zawsze prostytuujemy jego przesłanie, ale wystarczy wspomnieć o wciąż funkcjonującym kalendarzu czy przedświątecznym szale; błądzące sekty i kościoły żerujące na jego naukach z zadziwiającą siłą oddziałują na praktycznie cały świat. Nie rozumiemy przesłania, jakie Chrystus Michał zostawił u nas dla całego wszechświata Nebadon, nie doceniamy zaszczytu, jaki nas spotkał wraz z jego obdarzeniem i bagatelizujemy wagę tej misji, ale trzeba być ignorantem, żeby wypierać to, co jego historia zrobiła z naszą planetą.
Autodestrukcja
Powtórzę: Księga Urantii nie wspomina nawet słowem o planowanej przez Boga apokalipsie. Bóg nie zniszczy ani ludzi, ani planety; ani za grzechy, ani z żadnego innego powodu. Wręcz przeciwnie. Synowie Stwórcy tak organizują wszechświaty, a więc i planety, na których może rozwinąć się wola, żeby ich mieszkańcy byli chronieni przed destrukcyjnymi wpływami kosmosu. Sądzę, że od momentu, kiedy pojawiło się na Ziemi życie, nie ma możliwości, żeby planeta została zniszczona np. asteroidą. Opisy chemiczno-fizycznej funkcjonalności wszechświatów zawarte w Przekazach Urantii leżą obecnie poza kręgiem mojego zainteresowania, odniosłem jednak wrażenie, że cała ta organizacja jest zaplanowania i mądrze kontrolowana. My po prostu nie potrafimy (jeszcze) tego zauważyć ani pojąć. Choć dzisiejsza nauka przewiduje koniec istnienia planety np. w konsekwencji wypalenie się słońca, i tak zadaję sobie pytanie: Jak bardzo te szacunki są wiarygodne? Pewnie, zdarzają się katastrofy naturalne. Mamy dowody na to, że w przeszłości uderzały w Ziemię asteroidy, siejąc spustoszenie, ale fakty są banalne — i my i planeta wciąż istniejemy.
Inne wizje zniszczenia wypływają z naszej megalomanii. Wydaje nam się, że jesteśmy władcami planety (a nawet całego kosmosu), a co za tym idzie, że możemy nią wedle uznania zarządzać. Czasami budujemy urządzenia, które otworzą wrota piekieł; innym razem takie, które utworzą czarną dziurę, która wchłonie cały układ słoneczny; potem wydaje nam się, że zapanujemy nad płytami tektonicznymi, wywołując gigantyczne trzęsienia ziemi, które rozłupią planetę na części; psujemy dziurę ozonową, więc słońce wypali nas na wiór, a opakowania po Skitlesach permanentnie zmienią klimat na niezdatny do życia. Nie można zapominać o ładunkach nuklearnych, które zostawią po sobie jedynie karaluchy i radioaktywną pustynię. Podobnych, mniej lub bardziej poważnych teorii jest zdecydowanie więcej.
Z mojej, zupełnie nienaukowej perspektywy, wygląda to wszystko jak przechwałki walecznych przedszkolaków. Krzywdę możemy zrobić i robimy co najwyżej sobie. Nigdy nie uda nam się doszczętnie zniszczyć planety. Możemy wybić i wybijamy co poniektóre gatunki zwierząt i bezpowrotnie tracimy rośliny; możemy nawet zmieniać klimat, ale w konsekwencji głód, powodzie i upały uszczuplą tylko naszą liczebność. Nawet wojny atomowe nie wybiją wszystkich ludzi. Planeta z czasem, nawet jeśli miałoby to trwać setki tysięcy lat, sama się podleczy, a nasi potomkowie znów wyjdą z jaskiń. Kolejne epoki i końce świata i tak będą następować, aż ludzkość osiągnie boski, nieunikniony cel. Nie twierdzę, że o planetę nie należy dbać, ale i ekologia bywa dzisiaj smutną parodią tego, czym utrzymuje, że jest. Wszystkie odchylenia, choćby i trwały miliony lat, a których przecież już jesteśmy świadkami, w obliczu wieczności są nic nieznaczącymi opóźnieniami.
PS Korona ci z głowy nie spadnie
Kiedy pod koniec zeszłego roku przygotowywałem powyższy tekst, nie spodziewałem się, że czas, na jaki go zaplanuję, będzie tak reprezentatywny. Podczas ostatniej weryfikacji, na kilka dni przed publikacją postanowiłem, że uzupełnię go tym postscriptum; korzystając z okazji, podzielę się subiektywnymi przemyśleniami. Poruszę 3, luźno związane z meritum tego wpisu tematy, do analizy których zachęciła mnie trwająca na świecie zaraza.
Wartość ma tylko duch
Koronawirus wypłacił mi solidnego strzała w potylicę; na opamiętanie. O ile początkowy, azjatycki szum, pewnie jak wielu, traktowałem z należytym spokojem i dystansem, tak nieuchronne zbliżanie się choroby do moich progów obudziło w ciele reakcje, o których istnieniu nie miałem pojęcia. Wywleczone na światło dzienne stresy, czy lęki, były dla mnie czymś zupełnie nowym. Idąc za myślą, wszystko było niby ok. Nie mam zwyczaju zadręczać się przewidywaniami, a i kiedy pojawią się nawet te czarne, radzę sobie z nimi raczej dobrze. Tak było też tym razem — umysł miałem spokojny, acz zmącony nawracającym zdezorientowaniem. Bo podświadomość na to wszystko miała nieco inny pogląd; i ciało o tym wyraźnie mnie informowało. Straciłem zupełnie apetyt, tylko w nocy nie towarzyszył mi gul w klatce piersiowej; miałem dreszcze, biegunkę, podwyższoną temperaturę i ciągle na coś czekałem. Dopadł mnie jakiś epizod nerwicowy — permanentne uczucie podobne do chłodu zwiastującego początek ayahuaskowego tripa. Byłem daleki od paniki; chodziłem do pracy, wysypiałem się i na ile życie może być teraz normalne, normalnie żyłem. Jednak to coś nieprzerwanie wisiało w powietrzu.
Otrząsnąłem się po kilku dniach, gdy dotarło, że oto odżyły we mnie najbardziej podstawowe emocje. Podświadomy lęk przed utratą kontroli; niepokój wywołany widmem gwałtownych zmian; strach przed śmiercią i obawy o najbliższych. Wszystkie ze wspólnym mianownikiem — ego. (Obawy o bliskich w teorii są altruistyczne, jednak w dużej mierze i przy okazji są też egoistyczne. Dyskomfort, który zrodziłby hipotetyczny, zły stan tych, na których mi zależy, trafia przecież we mnie. To ja musiałbym podejmować decyzje; radzić sobie w zaistniałej, nowej i niełatwej sytuacji).
Najbardziej przyziemny, nieduchowy zew, przemówił głosem wyłącznie materialnego ciała.
Byłem pewny swojej wiary, kiedy COVID-19 przypomniał mi, co to pokora. Zamanifestował zakorzenioną głębiej, niż chciałem przypuszczać, materialną naturę. Pokazał, jak łatwo mogę jej ulec. Że na dłuższą metę mógłbym tego nie udźwignąć. Gdyby nie Bóg.
Po zdemaskowaniu tego podstępu dolegliwości ciała zniknęły. Choć czasem jeszcze mnie strzyknie i trochę mi wstyd za te chwile słabości, odpuściłem i odetchnąłem; wezmę na klatę, co trzeba. Wyświechtanym sloganom chyba tylko Boski duch może nadać znaczenia. Zabrzmi to, jak tekst tatuażu z przedramienia Siwej spod monopolowego, ale morał tej historii to: „Co materialne przeminie”. Bo wartość ma tylko duch.
Bądź sobą!
Skoro już jestem przy głębi ala Paolo Coelho, wykorzystam i ten slogan. Świat zwolnił. Zmieniają się priorytety. Mamy więcej czasu; przecież nie ma się już dokąd śpieszyć…
Ciekawi mnie jak wielu ludzi zamkniętych w domach, czy to samotnie, czy z dowolną rodzinną konfiguracją, chociażby z nudów odda się refleksom na temat ludzkich charakterów. Ciekawe ilu małżonków i partnerów dopiero przy tej okazji pozna siebie nawzajem; ciekawe ilu zabraknie sił, by ciągle udawać kogoś, kim nie są; ciekawe do ilu dotrze, że tak po prawdzie, to się wcale nie lubią i że w sumie to nie wiadomo dlaczego w ogóle chcieli ze sobą żyć. Ciekawe ilu rodziców dopiero teraz pozna swoje dzieci; ciekawe ilu dowie się, co to rzeczywiście znaczy być rodzicem, a ilu sobie uświadomi, że faktyczne zajmowanie się potomstwem nie jest tak cool, jak jeszcze niedawno rozpowiadali. Ciekawe z ilu próżnych modelek, z ilu wybarberowanych, powierzchownych macho koronawirus zedrze aurę wyjątkowości; ciekawe jak wiele pustych instagramowo-facebukowo-atencyjnych przyjaźni legnie w gruzach.
To rzecz jasna tylko jedna strona medalu, bo wierzę, że wielu to zamieszanie utwierdzi w przekonaniu co do słuszności obranej drogi. Bliskość, czułość i miłość na szczęście też będą kwitnąć; przeczuwam, że ta epidemia lepiej zrobi naszej dzietności niż wszystkie wyprawki, socjalne przywileje i inne 500+ razem wzięte. Dumam jednak nad negatywami; nad tym, czy tego typu niewypowiedziane otrzeźwienie wystarczy, by choć część z ludzi zechciała być w końcu wobec siebie szczera?
Śpijmy spokojnie
Choć niektóry sekty, tak aby potwierdzić moje krytyczne wynurzenia, już głoszą, że epidemie są „nieodłączną częścią znaku dni ostatnich” (wkrótce!), ja jestem przekonany, że koronawirus nas nie wybije. Być może zdziesiątkuje, pewnie zmieni na długo (albo i na zawsze), ale o ludzkość jestem spokojny. Co na to Księga Urantii?
Zgodnie z jej zapisami, w planetarnych sytuacjach krytycznych, reprezentant władz Norlatiadeku — Najwyższy Ojciec, który w związku z buntem Lucyfera pełni na Ziemi rolę obserwatora, może jako regent przejąć władzę nad wszystkimi przebywającymi tu służbami i administratorami. Interweniował w ten sposób już co najmniej 33 razy. Nie podano jednak w jakich okolicznościach (obstawiam, że i tak nie ogarnęlibyśmy przyczyn oraz metod takiego wsparcia). Ja wątpię, by obecne były wystarczająco krytyczne. A nawet jeśli, to Syn Vorondadek zaangażuje się wyłącznie po to, aby o nas zadbać. Nie, żeby wymordować jednych, za urojone nieposłuszeństwo wobec innych; nie będzie wymierzał kar za domniemane grzechy czy przewinienia. Nadludzki rząd nad nami czuwa; jesteśmy kochani i potrzebni. Pomimo rozdmuchanego ego i lekceważąco-biznesowego stosunku do Boga, pomimo że sami do tego zmierzamy, nie pozwolą nam zginąć.
Trzeba również pamiętać, że Michał z Nebadonu — stwórca wszechświata, wcielając się w jednego z nas, wypełnił swoją ostatnią misję obdarzeniową. Odtąd jego władza jest pełna, a zacofana Ziemia stała się czymś w rodzaju symbolu. Największy objawił Boga całemu wszechświatowi, żyjąc życiem najmniejszego. Tutaj. Jako istota ludzka. Być może przemawia przeze mnie pycha, ale czy kochający ojciec przystałby na zagładę tak wyróżnionego potomstwa?
Ewolucja postępuje i wierzę, że Boską wolą jest wejście człowieka w stabilne epoki światłości i życia; martwi tego nie zrobimy. Jednak pomiędzy prośbami o zdrowie dla siebie i swoich bliskich, pomódlmy się również o siłę dla nieznajomych. To dzięki niej dowiadujemy się rzeczy najważniejszych.