Józef i Maria

J

Obdarzenia, które najłatwiej zobrazować jako wcielenia Boskich Synów, z wielką mocą wpływają na ewolucję istot stworzonych. O samych obdarzeniach bardziej szczegółowo pisałem tutaj. O przebiegu pierwszych sześciu obdarzeń Michała z Nebadonu, stwórcy naszego wszechświata lokalnego tutaj. Michał-Stwórca, zanim zgodnie z wolą Wszechświatowego Ojca obejmie przewodnictwo nad wszechświatem, który stworzył, musi urodzić się, dorastać, żyć i umrzeć jako najniższa istota ewolucyjna tego wszechświata — człowiek. Tak też się stało. Siódme obdarzenie jest więc historią życia i śmierci Jezusa z Nazaretu — wcielonego Syna Stwórcy podczas jego ostatniej misji obdarzającej. O przygotowaniach do tego wydarzenia możesz dowiedzieć się pod tym odnośnikiem.

Niniejszy tekst kontynuuje cykl, którym staram się streścić opisaną w Księdze Urantii historię Chrystusa Michała, stwórcy i władcy wszechświata Nebadon. A że z Kościołem katolickim miałem najwięcej wspólnego, wtrącam przy okazji subiektywną krytykę jego poczynań; prostuję co poniektóre dogmaty. Pisałem już o Bożym Narodzeniu. Zanim jednak przytoczę dalsze losy wcielonego Michała, bliżej przyjrzę się temu, co Księga Urantii mówi o jego ziemskiej rodzinie. Zacznę od rodziców.

Kult matki

Maria, ziemska matka Jezusa jest mocno gloryfikowana, a wszechobecny w Polsce Kult maryjny przybiera momentami groteskowych kształtów. Maria jest nie tylko Królową Polski, ale również np. Królową Różańca Świętego czy po prostu Królową Nieba i Ziemi; także Matką Kościoła i Królową Aniołów. Liczba doniosłych nazw, jakimi Kościół katolicki mianował Marię, jest przytłaczająca. Podobnie jak ilość sprzedawanych dewocjonaliów z jej podobiznami. Ponadto, mimo ślubu i urodzenia dziewięciorga dzieci, nazywa się ją panną; jeden z najważniejszych katolickich dogmatów utrzymuje, że jest na zawsze dziewicą. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że znalazłaby się w naszym kraju grupa wiernych, broniąca jej czysto polskiej narodowości.

W Kościele materiału o Marii jest od groma i doprawdy brak mi samozaparcia, żeby przedrzeć się przez niego. Zbyt często wybrzmiewa pompatycznie, a czasem jest przy tym jeszcze dziecinny. Niełatwo wydłubać stamtąd coś rzeczywiście sensownego i spójnego. Nadkrólewska pozycja Marii wpisuje się jednak w odwieczną sekciarską strategię, kiedy zamiast oddawać cześć Bogu, nakazuje się czcić ludzi. Że niby mają oni u Stwórcy większe względy. Ten rzecz jasna zawsze wybiera naszych i tylko naszych błogosławi; a skoro naszych, to rację mamy wyłącznie my. Kościół przyznał sobie taki monopol na matkę Boga samego. I choć w całej tej historii nie powinniśmy zapominać o jej mężu, Józefie, Kościół chyba chciałby, żeby tak właśnie się stało.

Historia

Szeroko pojęty kult matki pochodzi ze starożytnej Grecji. Jakieś 10 000 lat p.n.e. doszedł na Krecie do swojego szczytu dzięki potomkom Kaina, którzy gloryfikowali Ewę, „wielką matkę”. Wizerunki Ewy były wszechobecne, a ku jej czci wznoszono tysiące świątyń. Tamten właśnie kult przetrwał do czasów Jezusa, kiedy został włączony do wczesnej religii chrześcijańskiej, pod pozorem wywyższenia jego rodzicielki — Marii. Dzisiaj wciąż ma się dobrze.

Wybrani

Księga Urantii daje poznać Józefa i Marię — biologicznych rodziców wcielonego Boskiego Syna — z innej perspektywy. Studzi katolickie uznanie, jakoby Maria była jednostką wybitną i że to jej ponadprzeciętność wpłynęła na taki, a nie inny wybór biologicznej matki Boga. Dotyczy to zresztą także Józefa.

Syn-Michał, dla człowieka Bóg-Stwórca, miał stanąć pomiędzy ludźmi. Dla nas i jako jeden z nas. Zrobił jednak coś, co nam na jego miejscu do głowy by raczej nie przyszło. Postanowił pojawić się na Ziemi jako człowiek na wskroś przecięty. Zapytasz czemu? A dlaczego Bóg miałby szukać wyższości? Wyższości nad człowiekiem? Przecież nas stworzył; ma nad nami nieograniczoną władzę. Jak może kiedykolwiek nie być wyższy? Przecież to niemożliwe. To my szukamy władzy, pieniędzy, postrachu, posłuszeństwa i Boga tworzymy na swoje podobieństwo. Bóg pragnie nam pomóc odnaleźć jego. Zstępuje więc z niebios, do zwykłych ludzi i jako zwykły człowiek; żebyśmy na własne oczy zobaczyli, że możemy stawać się tacy jak on; że jest w nas i że my jesteśmy w nim. Dlatego właśnie, jeszcze na etapie planowania obdarzenia Ziemi, asystent Michała-Stwórcy (Gabriel) wskazał Józefa i Marię jako parę wprawdzie wyróżniającą się, ale predyspozycjami genetycznymi i cechami osobowości doskonale przeciętnych ludzi. Wcielony Syn Boga został zrodzony z kobiety i wychowywany w zupełnie normalny sposób. Dokładnie tak jak inne dzieci tamtych czasów. Żeby ludziom tamtych czasów łatwiej było go zaakceptować i zrozumieć; i nam dzisiaj. Bez biologicznej przewagi na starcie, bez przynależności do elit. Podczas gdy my uważamy, mierząc go swoją miarą, że przyszedł się popisywać i chełpić władzą, on wyłącznie w ten sposób mógł choć trochę zmniejszyć dzielący nas dystans. Zgodnie z zapisami Księgi Urantii Syn Stwórca celowo wybrał akurat tę ziemską rodzinę, aby móc doświadczyć tak przeciętnego startu do życia, jak to tylko było wtedy możliwe.

Rodzice

Józef i Maria, w stosunku do swojej pozycji społecznej, byli dobrze wykształceni. Sami też byli dobrymi nauczycielami, więc dbali o wykształcenie swoich dzieci. Marię Księga Urantii nazywa planistką i specjalistką od praktycznej realizacji; Józefa zaś myślicielem. On był brunetem o czarnych oczach, ona brązowooką blondynką.

Poznali się w młodości, kiedy ojciec Marii zatrudnił Józefa do pracy. Już wtedy miały zacząć się ich zaloty. Pobrali się w marcu 8 r. p.n.e. zgodnie z żydowskimi obyczajami — w domu panny młodej. Józef miał wtedy 21 lat (nie znalazłem w Księdze Urantii informacji o wieku Marii). Małżeństwo poprzedzało oficjalne, dwuletnie narzeczeństwo. Niedługo potem przeprowadzili się do domu w Nazarecie.

Jezus urodził się półtora roku później, 21 sierpnia 7 r. p.n.e. Biologicznym ojcem wcielonego Syna Stwórcy był oczywiście Józef.

Ani Józef, ani Maria nie byli zamożni. To Józef zbudował z kamienia ich jednopokojowy dom. Mieli w nim niski, kamienny stół, kilka taboretów i maty do spania; świecznik, krosno oraz gliniane i kamienne naczynia. Do domu przylegało pomieszczenie, gdzie trzymali zwierzęta. W pobliżu tej przybudówki znajdowało się zadaszenie na piec i młyn do mielenia zboża. Gdy rodzina zaczęła się powiększać, Józef wzniósł kolejną przybudówkę — pokój, który za dnia służył za warsztat ciesielski, a w nocy jako sypialnia. Ojciec Józefa był niepełnosprawny, dlatego Józef dokładał także do utrzymania swoim rodzicom. Z czasem jednak jego pracowitość i smykałka do interesów sprawiły, że (za jego życia) rodzina z Nazaretu nigdy już nie żyła w ubóstwie.

Miej świadomość, że Jezus urodził się ponad 2000 lat temu. To dawno. I nie chodzi nawet o warunki, w jakich wtedy mieszkano, bo o bieżącej wodzie czy kanalizacji to ludzie jeszcze nawet nie śnili. Pomyśl raczej o ich życiu religijnym. Józef i Maria żyli w żydowskiej sekcie, gdzie dogmat oznaczał prawo. Tam nie było prawników ani sędziów. Ani nauczycieli. Tam byli uczeni w piśmie, kapłani i faryzeusze. Trzymali Żydów w niewoli tradycji i drobiazgowych religijnych rytuałów, bo to mojżeszowe Prawo obejmowało każdą dziedzinę życia i we wszystkie ingerowało. To tak jakby o każdej winie i karze zawsze decydował ksiądz. Ksiądz, który ustala prawo i sam je egzekwuje; i wyłącznie on uczy go w szkołach. Słowna interpretacja Pisma Świętego, głoszona przez religijnych nauczycieli, miała więcej autorytetu niż samo Pismo. Niewola ta była bardziej realna niż tak znienawidzona polityczna władza Rzymu. Żydzi, co do dzisiaj chyba nie uległo zmianie, żyli w ułudzie narodu wybranego. Dla Hebrajczyków tamtych dni teologia żydowska została nieodwołalnie unormowana i utrwalona na zawsze. Wznieśli mur oddzielający ich od wszystkiego, co nie ich, a przy tym mieli się za lepszych. Wszelkie nieżydowskie zwyczaje traktowali z głęboką pogardą. Byli dumni ze swojego pochodzenia i niezłomnie wierzyli, że Prawo jest prawdą. To świat, w którym i Józef i Maria się wychowywali i żyli; tak jak ich przodkowie.

Pierworodny

Dla Józefa i Marii, wychowanie tej kombinacji bez precedensu, boskości i człowieczeństwa, było trudnym zadaniem życiowym i zasługują oni na najwyższe uznanie za to, że tak sumiennie i pomyślnie wywiązali się ze swych rodzicielskich obowiązków. Rodzice Jezusa stopniowo zaczęli sobie uświadamiać, że w ich najstarszym synu jest coś nadludzkiego, jednak nigdy, nawet w najmniejszym stopniu nie przyszło im na myśl, że ten obiecany syn jest faktycznie i prawdziwie rzeczywistym stwórcą wszechświata lokalnego rzeczy i istot. Józef i Maria żyli i umarli nie dowiedziawszy się, że ich syn, Jezus, naprawdę jest Stwórcą Wszechświata wcielonym w człowieka.

124:4.4 (1372.1)

Zgodnie ze zwyczajem galilejskich Żydów, za nauczanie dzieci do piątego roku życia odpowiadała matka; dalsza edukacja chłopców była w gestii ojca. Tak też odbywało się to w rodzinie z Nazaretu, więc najważniejsze elementy wczesnej edukacji Jezus uzyskał od swoich rodziców. Wcielony Syn Stwórca był dociekliwym dzieckiem, a rodzice chętnie odpowiadali na jego pytania; szczególnie Józef. Choć odpowiedzi te nie zawsze były zadowalające, nie wszystkie były zresztą w ich zasięgu, nigdy go nie zbywali i zawsze starali się omawiać frapujące młodego Jezusa kwestie. Nawet kiedy Józef przejął odpowiedzialność za intelektualny i religijny rozwój syna, Maria niezmiennie uczyła go obowiązków domowych; także uprawy winorośli i kwiatów. Przygotowała mu pudełka z piaskiem, gdzie Jezus rysował mapy i uczył się pisać po aramejsku i grecku; później po hebrajsku. Z czasem nauczył się tych trzech języków zarówno w płynnej mowie, jak i w piśmie (Maria nauczyła go aramejskiego, Józef greckiego).

Maria była kochającą matką, ale ściśle przestrzegała dyscypliny; można rzec, że bezrefleksyjnie. Dlatego to Józef wywierał większy wpływ na młodego Jezusa — dokładnie tłumaczył chłopcu rzeczywiste i praktyczne przyczyny, dla których, dla dobra całej rodziny, powinien ograniczać swe zachcianki. Po takich wyjaśnieniach Jezus zawsze ochoczo współpracował z rodzicami i postępował zgodnie z rodzinnymi zwyczajami.

Księga Urantii przytacza historię konfliktu, w jaki dziewięcioletni Jezus uwikłał się w szkole. Lubił rysować i modelować w glinie, zatem sprzeciwiał się nauczaniu, jakoby wszelkie podobizny, obrazy i rysunki było bałwochwalcze. A wszystko to, ze względu na interpretację drugiego przykazania, było surowo zakazane przez prawo. Po tym, jak odkryto, że mały Jezus narysował podobiznę nauczyciela, Józef został wezwany do szkoły. I choć chłopak oburzył się, że o jego domniemane przewinienia oskarżano ojca, chociaż takie prawo zawsze już uważał za bezsensowne, oznajmił, że w każdej sytuacji podporządkuje się jego decyzjom. Maria usiłowała wpłynąć na męża, aby pozwolił chłopcu rysować i modelować chociaż domu, Józef postanowił jednak, że należy stosować rabiniczną interpretację przykazania. I Jezus, dopóki mieszkał w domu ojca, nigdy więcej nie narysował żadnej podobizny.

Jezus odziedziczył po swoim ojcu większość swej niezwykłej delikatności i zdumiewającego, pełnego sympatii zrozumienia natury ludzkiej; po matce odziedziczył dar wielkiego nauczyciela i silną tendencję do słusznego oburzania się. W swych uczuciowych reakcjach na otoczenie, podczas swego dorosłego życia, Jezus czasami był podobny do ojca, zamyślony i pełen czci, momentami cechował go dostrzegalny smutek; jednak znacznie częściej szedł naprzód sposobem matki, optymistycznie i z natury zdecydowanie. Generalnie, temperament Marii przeważał raczej w misji Boskiego Syna gdy dorósł i zaczął realizować ważne zadania swego dojrzałego życia. W niektórych okolicznościach Jezus łączył przymioty rodziców, w innych wypadkach wykazywał cechy jednego z nich, w przeciwieństwie do cech drugiego.

122:5.3 (1348.3)

Od Józefa Jezus przyswoił dokładną wiedzę o obyczajach żydowskiej obrzędowości i niezwykłą znajomość hebrajskiego Pisma Świętego; od Marii pochodził jego poszerzony punkt widzenia na życie religijne oraz bardziej tolerancyjna koncepcja osobistej wolności duchowej.

122:5.4 (1348.4)

Józef i Maria, pomimo że oboje doznali nadludzkich natchnień, często wątpili w boskie przeznaczenie ich najstarszego syna. Już w latach młodości mieli problemy go zrozumieć. Z czasem do inności Jezusa się przyzwyczaili, jednak Marii momentami wydawało się nawet, że chłopiec mógł postradać zmysły. Tym bardziej że ani wokół niego, ani za jego pośrednictwem nie działo się nic cudownego. A Maria wciąż na to czekała. Był wszak obiecanym zbawcą Izraela. Nadprzyrodzonym Mesjaszem. Maria wierzyła, jak zresztą wielu ludzi tamtych czasów, że prorocy zawsze dowodzą autorytetu, dokonując cudów. A tu nic. Wszystko to ją przygnębiało i zniechęcało. Z czasem to zwątpienie, wciąż podsycane błędnymi oczekiwaniami wobec przeznaczenia Jezusa, tylko się pogłębiało. Z najszerszej perspektywy to Józef mocnej wierzył w swego pierworodnego syna. Choć rodzice naprawdę kochali Jezusa, żadne z nich go nie rozumiało.

Pamięć tamtych natchnień rozbudzała ich gasnące nadzieje, ale też, szczególnie na początku, bojaźliwą pokusę, aby okazywać Jezusowi specjalnie względy. Rozważnie udawało im się jednak powstrzymywać. Nie zdradzili mu, że został namaszczony przez niebiosa; nawet kiedy sam wykazywał pierwsze przebłyski świadomości co do wagi swej życiowej misji.

Józef

Józef był Żydem. Miał jednak wiele nieżydowskich domieszek rasowych, więc jego drzewo genealogiczne zostało w Biblii zafałszowane. Ród Józefa sięgał czasów Abrahama i dalej do plemion pradawnego człowieka niebieskiego, ale jego przodkami nie był ani Dawid, ani Salomon. Nie był też potomkiem Adama, a co za tym idzie, Jezus również nie mógł nim być. Rodzina Józefa została dołączona do linii Dawida sześć pokoleń wcześniej, kiedy faktyczny potomek rodu adoptował jego osieroconego przodka. Bezpośrednimi przodkami Józefa byli rzemieślnicy — stolarze, budowniczy, kamieniarze i kowale. On zresztą też był cieślą. W późniejszych latach przedsiębiorcą budowlanym. Rodzina Józefa należała do długiej i znakomitej linii zwykłego ludu, którą od czasu do czasu akcentowało pojawienie się jednostek niezwykłych. I o ile Jezus jest tutaj najjaskrawszym tego przykładem, należy wspomnieć również o innym synu Józefa — Jakubie, który po śmierci Jezusa został mianowany głową wczesnego jerozolimskiego Kościoła chrześcijańskiego.

Józef był człowiekiem łagodnym, sumiennym i wiernym religijnym zasadom oraz zwyczajom. Niewiele mówił, lecz myślał dużo. Jako młodzieniec, w otoczeniu ośmiorga swych braci i sióstr, był radosny, aczkolwiek we wczesnych latach życia małżeńskiego ulegał okresom duchowego zniechęcenia. Tego typu wahania nastrojów minęły, kiedy poprawiła się sytuacja finansowa rodziny — na krótko przed jego przedwczesną śmiercią.

Choć ufał żonie, Józef wątpił w odwiedziny Gabriela zwiastujące narodziny zbawiciela; nie umiał pogodzić się z ideą, że Maria zostanie matką niezwykłego dziecka. Nawet później, gdy nabrał już nieco przekonania, wciąż bił się z myślami i zastanawiał, jak potomek ludzkiej istoty może stać się dzieckiem Boga. Nie potrafił zrozumieć tak sprzecznych idei. Punktem zwrotnym był sen, w którym ukazał mu się niebiański posłaniec i rzekł: „Józefie, zjawiam się na polecenie Tego, który króluje teraz na wysokości i mam opowiedzieć ci o synu, którego urodzi Maria, a który stanie się wielką światłością dla świata. W nim będzie życie, a życie jego stanie się światłem ludzkości. Najpierw przyjdzie do swego ludu, ale oni ledwie go przyjmą; jednak wszystkim tym, którzy go przyjmą, objawi, że są dziećmi Bożymi”. Po tym zdarzeniu Józef już nigdy nie kwestionował słów żony dotyczących anielskiej wizyty.

Józef chętnie dyskutował z Jezusem; na wszelkie możliwe tematy. A gdy w sporach różnego rodzaju chłopak wykazywał się racją, umiał przyznać się do błędu. Wcześnie zaczął uczyć go różnych metod zdobywania środków do życia. Zawsze jednak był wierny żydowskiemu prawu; nawet kiedy entuzjazm syna wyrażał z nim konflikt. I tak jak w przypadku zacięcia artystycznego Jezusa, strofował również jego zachwyty pogańską architekturą, czy próżnością, za jaką żydzi mieli greckie zawody sportowe. Józef doznał wręcz szoku, kiedy usłyszał Jezusa, jak wypowiada się o nich z uznaniem i twierdzi, że dobrze byłoby, gdyby młodzi mężczyźni z Nazaretu również mogli korzystać w ten sposób ze zdrowego ruchu na świeżym powietrzu. Józef długo i poważnie rozmawiał z Jezusem na temat złej natury takich zwyczajów. Dobrze jednak wiedział, że i tym razem syna nie przekonał. Tego samego dnia rozemocjonowany Jezus zasugerował, aby wspólnie zaczęli działać w kierunku budowy amfiteatru w Nazarecie… Był to jedyny raz, kiedy Józef w gniewie podniósł na Jezusa głos. Jak długo żył ojciec, Jezus nigdy już nie wspomniał o zawodach czy innych sportowych zajęciach Greków.

Józef, w przeciwieństwie do idei, jakie żywiła Maria, nie wierzył, że ich syn mógłby zostać politycznym wybawicielem Izraela; słusznie przychylał się bardziej ku duchowej koncepcji spodziewanego Mesjasza. Tym bardziej że doskonale zdawał sobie sprawę, że nie jest potomkiem Dawida. Idea Marii nie mogła więc być zgodna z żydowskimi świętymi pismami. Choć wielokrotnie wahał się w sprawie jego charakteru, naprawdę nigdy nie zwątpił, że jego syn wypełni jakieś wielkie zadanie na Ziemi. Józef umarł, zanim Jezus rozpoczął faktyczne publiczne nauki, jednak jak mówi Księga Urantii, gdyby żył, niezłomnie wierzyłby w misję swego pierworodnego syna; większa część jego rodziny wierzyła.

25 września 8 r. n.e. Józef miał wypadek w pracy, w następstwie którego zmarł. Następnego dnia został pochowany ze swoimi przodkami. Miał 35 lat.

Maria

Maria, mimo iż wywodziła się z długiej linii niezwykłych przodków, obejmującej wiele wybitnych kobiet w rasowej historii Ziemi (Księga Urantii mówi, że żadna ówczesna żydowska kobieta nie miała lepszych przodków), była zwyczajną kobietą tamtych czasów. Ród Marii, podobnie zresztą jak Józefa, charakteryzował się przeciętnymi, acz silnymi jednostkami; i tak samo jednostkami wyróżniającymi się był urozmaicany.

Z rasowego punktu widzenia Maria nie była Żydówką. W kulturze i wierze oczywiście nią była, ale w cechach dziedzicznych miała mieszankę krwi syryjskiej, hetyckiej, fenickiej, greckiej i egipskiej.

Pod względem temperamentu Maria była przeciwieństwem Józefa. Była radosna i miała pogodne usposobienie; swobodnie i często wyrażała swoje uczucia. Rzadko bywała przygnębiona i do nagłej śmierci męża nigdy nie widziano jej zasmuconej. A ledwo udało jej się otrząsnąć po tej stracie, uległa lękom związanym z nadzwyczajną działalnością najstarszego syna. Jednak i wtedy pozostawała opanowana, odważna i raczej rozsądna w relacjach ze swoimi dziećmi. Maria była zdolną gospodynią i świetnie odnajdowała się jako żona i matka. Była też uzdolnioną tkaczką.

Podczas dorosłej działalności Jezusa wahała się pomiędzy wiarą w niego a zwątpieniem. Maria i jej rodzina, zwłaszcza ojciec, kurczowo trzymali się idei Mesjasza jako świeckiego władcy politycznego — wybawiciela narodu żydowskiego. Rodzina Marii była więc sceptyczna w kwestii duchowej misji Jezusa i mało kto w niego wierzył (przynajmniej za życia). Sama łatwo ulegała wpływom czy to dzieci, czy przyjaciół i krewnych, ale ostatecznie zawsze na duchu podnosiło ją wspomnienie zwiastującej wizyty Gabriela.

Pewnego wieczoru, przed zachodem, zanim Józef wrócił do domu, Gabriel ukazał się Marii obok niskiego stołu kamiennego i po tym, jak odzyskała zimną krew, powiedział: „Przybywam z nakazu tego, który jest moim Panem i którego powinnaś kochać i dbać o niego. Przynoszę ci, Mario, radosne wieści, gdy ci obwieszczam, że poczęcie w tobie zarządzone jest przez niebo i w odpowiednim czasie zostaniesz matką syna; powinnaś zwać go Jeszua i zapoczątkuje on królestwo nieba na Ziemi i pośród ludzi. Nie mów o tym nikomu, za wyjątkiem Józefa i Elżbiety, twojej krewnej, której także się ukazałem i która też wkrótce narodzi syna o imieniu Jan, a będzie on szykował drogę tej wieści zbawienia, jaką twój syn będzie głosił ludziom z wielką mocą i głębokim przeświadczeniem. I nie wątp Mario w moje słowa, ponieważ dom ten został wybrany na ziemskie miejsce pobytu dziecka przeznaczenia. Wspiera cię moje błogosławieństwo, moc Najwyższych cię wzmocni, a Pan całej ziemi będzie cię osłaniał”.

122:3.1 (1346.4)

We wczesnych latach Jezusa Maria zawsze czuwała, pilnując, żeby chłopcu nie stała się krzywda. Księga Urantii mówi, że żadna matka nigdy nie poświęcała się swojemu dziecku bardziej niż Maria. Wizyta Gabriela tak mocno na nią wpłynęła, czemu zresztą trudno się dziwić, że wykazywała tendencje do nadopiekuńczości. Chciała małego Jezusa zawsze mieć przy sobie i w obawie o bezpieczeństwo syna nie pozwalała mu np. bawić się z innymi dziećmi. Józefowi udało się jednak ją przekonać, że taka przesadna troska może sprawić, że stanie się nieśmiały i egocentryczny; że przebywanie z rówieśnikami pozytywnie wpłynie na jego rozwój. Zgodziła się więc, żeby Jezus dorastał jak każde inne dziecko. I choć zawsze tak planowała swoje zajęcia, aby móc pilnować bawiących się malców, wytrwała w tej decyzji. Jedynym poważnym wypadkiem, jaki przydarzył się Jezusowi, był upadek ze schodów. Józef dobudował potem odpowiednie balustrady, niemniej sytuacja ta wzbudziła w Marii tak wielki lęk, że ponownie przez kilka miesięcy robiła wszystko, aby trzymać Jezusa jak najbliżej siebie. Zawsze niepokoiła się o jego bezpieczeństwo i zdrowie, z czasem jednak stopniowo godziła się z ciekawością i rezolutnością syna. Bo ten od swych najmłodszych lat uwielbiał podróże, zabawy z innymi dziećmi oraz kontakty z wszelkimi napotykanymi ludźmi.

W konsekwencji nacjonalistycznych oczekiwań Maria nigdy nie potrafiła zrozumieć swego obiecanego syna. Niepokoiły ją, smuciły a czasem i gorszyły wszelkie jego odstępstwa od wiary żydowskiej. Jak w sprawie modlitwy — kiedy zamiast wyuczonych wierszyków, wolał „po prostu trochę porozmawiać ze swoim Ojcem w Niebie”; kiedy izolował się na długich medytacjach; kiedy obchodził Paschę bez ubitego jagnięcia; kiedy tak chętnie poznawał obcych nie-żydów i kiedy jeszcze jako dziecko zdawał się przychylać bardziej ku zdaniu Józefa w sprawie swej życiowej misji. Było jej niezmiernie przykro, gdy zdała sobie sprawę, że Jezus stopniowo odrzuca jej przewodnictwo. Z upływem lat Maria coraz słabiej pojmowała znaczenie jego służby, a niespełnione oczekiwania raniły ją mocniej i mocnej. Często nadinterpretowała jego słowa i zachowania, tak aby wskazywały, że zmierza do objęcia roli wybawiciela Izraela, w której go zawsze widziała. Zachęcała Jezusa do nacjonalistycznego i patriotycznego podejścia do życia; wytrwale przygotowywała go do przejęcia dowództwa nad ludźmi, ze wsparciem których miałby zrzucić nieżydowskie jarzmo politycznej niewoli. Traktowała to wszystko bardzo osobiście i serio. Jezus jednak raz po raz Marię w tej kwestii rozczarowywał. Co wciąż i coraz bardziej ją niepokoiło i zasmucało.

Gdy Jezus miał 17 lat (od 4 lat był głową rodziny; ojcem i bratem dla swojego rodzeństwa) do Nazaretu przybyli przedstawiciele partii narodowej. Zeloci, bo tak ich zwano, agitowali na rzecz buntu przeciw płaceniu podatków Rzymowi — nie zamierzali czekać na przybycie Mesjasza-wybawiciela. Jezus jednak nie chciał się do nich przyłączyć. Kierunek partii zbiegał się z oczekiwaniami Marii co do przeznaczenia syna, więc robiła, co mogła, aby nakłonić go do zmiany zdania. Kiedy ten mimo wszystko odmawiał, nawet na jej żądanie, przypomniała mu, jak obiecywał, że zawsze podporządkuje się rodzicom. Tak uparta postawa miała świadczyć o niedotrzymaniu tego słowa.

I choć Maria wycofała się z tej próby manipulacji, historia ta obrazuje, jak uparcie trwała przy swoich marzeniach. Wyraźnie dawała do zrozumienia rodzeństwu Jezusa, że jego przeznaczeniem jest stać się wybawicielem narodu. Wszyscy byli zdezorientowani i zagubieni, kiedy w późniejszych latach, już po śmierci Józefa, otwarcie zaprzeczał wszelkim takim planom. Ale nawet to nie skłoniło Marii do zmiany postawy.

Przed końcem tego roku Jezus nieomal postanowił, że gdy wychowa rodzinę i zobaczy wszystkich w stanie małżeńskim, zacznie pracować publicznie jako nauczyciel prawdy i objawiciel niebiańskiego Ojca dla świata. Wiedział, że nie zostanie wyczekiwanym żydowskim Mesjaszem i doszedł do wniosku, że jest praktycznie bezcelowe omawianie tych spraw z matką; postanowił, że może mieć ona idee jakiekolwiek zechce, odkąd wszystko, co uprzednio mówił wywarło na niej niewielkie lub żadne wrażenie, a przypominał sobie, że ojciec nigdy nie mógł wpłynąć na nią, aby zmieniła zdanie. Począwszy od tego roku coraz mniej rozmawiał o tych sprawach, z matką czy kimkolwiek. Jego misja była tak specyficzna, że nikt z żyjących na Ziemi nie mógł udzielić mu rady w sprawie jej prowadzenia.

127:1.7 (1396.4)

Z upływem lat mało kto w rodzinie z Nazaretu wspominał już o ewentualnej boskiej misji Jezusa. Maria coraz rzadziej myślała o nim jako o obiecanym dziecku. A ten nigdy na nikogo nie wywierał nacisków; nie nakłaniał do uwierzenia mu czy w niego. Kiedy Maria zaczęła podejrzewać, że dorosły już Jezus planuje opuścić rodzinny dom, już praktycznie wcale nie myślała o nim jako o Mesjaszu.

Nadzieje Marii odżyły na nowo dopiero kilka lat później, po niezwykłych wydarzeniach, jakie miały miejsce podczas chrztu Jezusa. Niezmiennie jednak oparte były na wierze, że zostanie wybawicielem narodu wybranego. Oczekiwała, że Jezus, jako nadprzyrodzony król Żydów, olśni wreszcie całą Palestynę; nawet kiedy i tym razem tych fantazji wcale nie potwierdzał.

Wina

Nadzieje sięgnęły zenitu podczas słynnego wesela w Kanie Galilejskiej. Pomimo wielokrotnych próśb Jezusa, żeby nikomu nie nie mówić o wydarzeniach z chwili chrztu, jego bliscy po cichu, acz na wszystkie strony rozpuszczali pogłoski o pojawieniu się wyczekiwanego Mesjasza. Wszyscy oni czekali, aż Jezus zacznie przejmować władzę; wierzyli, że zrobi to z wielką nadprzyrodzoną mocą. Wesele w Kanie miało być ku temu najlepszą okazją.

Przybywający na uroczystość goście byli podekscytowani myślą, że na własne oczy ujrzą objawienie siły i potęgi Boga Izraela. Za sprawą tych pogłosek na weselu pojawiło się prawie tysiąc osób — czterokrotnie więcej niż zaproszono! Maria od lat nie była tak radosna. Do wczesnego popołudnia wyglądało to raczej jak publiczne przyjęcie dla Jezusa, a nie wesele.

Mimo że Jezus nigdy i niczym nie potwierdził takich zamiarów, nadzieje i oczekiwania Marii przerodziły się w pewność. Była dogłębnie przekonana, że jej obiecany syn w końcu zrobi, to czego tak długo pragnęła. Zapytała go więc wprost, o której godzinie objawi się jako Mesjasz… Postawa matki niezmiernie Jezusa rozczarowała. Na nic zdały się wcześniejsze prośby i wielokrotne wyjaśnienia. Tym bardziej że tego typu objawień boskości w ramach pustych popisów miał nigdy nie robić — postanowił przecież żyć pośród ludzi i na ludzkich zasadach. Upomniał więc Marię, ale jego reakcja jedynie ją ponownie przygnębiła. Żaliła się Jakubowi, młodszemu ze swoich synów: „Nie mogę go zrozumieć; co to wszystko znaczy? Czy jego dziwactwo się nie skończy?”.

Ślub przebiegał w niemym oczekiwaniu. Ceremonia zakończyła się bez żadnego gestu czy słowa ze strony gościa honorowego. Oczekiwano więc, że wybawiciel okaże swe cudowne zdolności wieczorem, podczas kolacji. Jezus, widząc, że nawet jego apostołowie ulegli ekscytacji tłumu, wyjaśniał im, że nic takiego się nie stanie; nie przyszedł tam, aby czynić cuda dla zadowolenia ciekawskiego tłumu. Ale ta narada jedynie utwierdziła weselników w przekonaniu, że za moment wydarzy się coś nadzwyczajnego.

Ojciec pana młodego nie mógł przewidzieć, że uroczystość stanie się tak ogromnym wydarzeniem. Zaczęło brakować wina, a po kolacji matka pana młodego opowiedziała o tym Marii. Ta, pomimo że Jezus przecież chwilę wcześniej ją upominał, z pewnością w głosie odparła: „Nie martw się — porozmawiam z moim synem. On nam pomoże”.

Przez wiele lat, w każdej trudnej sytuacji ich rodzinnego życia w Nazarecie, Maria zawsze zwracała się do Jezusa z prośbą o pomoc i było rzeczą naturalną, że i teraz o nim pomyślała. Jednak ta ambitna matka miała inne motywy, kiedy tym razem zwróciła się do swego najstarszego syna. Gdy Jezus stał samotnie w kącie ogrodu, matka zbliżyła się do niego, mówiąc: „Mój synu, nie mają już wina”. Jezus odrzekł: „Moja dobra niewiasto, co ja mam z tym wspólnego?”. Maria powiedziała: „Ale ja wierzę, że twoja godzina nadeszła; czy nie możesz nam pomóc?”. Jezus odpowiedział: „Ponownie oświadczam, że nie przyszedłem, żeby robić rzeczy w ten sposób. Dlaczego znowu zadręczasz mnie tymi sprawami?”. Wtedy Maria rozpłakała się i błagała go: „Ale, mój synu, przyrzekłam, że nam pomożesz; proszę, czy mógłbyś coś zrobić dla mnie?”. Wtedy Jezus powiedział: „Kobieto, jakim prawem robisz takie obietnice? Zrozum, nie rób tego więcej. We wszystkich sprawach musimy czekać na wolę Ojca w niebie”.

137:4.8 (1529.5)

Maria była zdruzgotana. Szlochała. Jezus starał się ją uspokoić, prosząc, by nie zasmucała się jego pozorną surowością; tłumaczył, że z przyjemnością spełniłby tę prośbę, gdyby było to częścią woli niebiańskiego Ojca. Wiele razy przecież mówił, że przyszedł wyłącznie po to, aby czynić jego wolę. Na widok tak płaczącej mamy serce Jezusa owładnęło współczucie. Przerwał i się zawahał. Marii zdawało się, że poczuła, że coś ma się stać… Podskoczyła rozpromieniona. Zarzuciła Jezusowi ramiona na szyję, pocałowała go i pobiegła nakazać służbie robić wszystko, co powie. Ale Jezus nic nie powiedział. Uświadomił sobie, że już to zrobił — mocno wyraził myślą swoje pragnienia; zbyt mocno… Maria tańczyła z radości. I nawet nie interesowało ją skąd weźmie się wino. Liczyło się, że wreszcie przekonała syna, aby dowiódł swych mesjanistycznych mocy; aby odważył się wystąpić i zażądać należnej mu pozycji. Wina, którego chciała Maria i którego Jezus, Bóg-człowiek, po ludzku i w pełni współczucia sobie zażyczył, przybywało.

O domniemanych i rzeczywistych cudach, których Jezus był sprawcą, opowiem innym razem. Tutaj Księga Urantii odtwarza jednak zupełnie inny wydźwięk historii przemiany wody w wino. Cud ten nie był pokazem mocy; nie miał nikogo przekonać ani nawrócić (a faktycznie nie był nawet cudem w pełnej definicji tego słowa). Jezus był zarówno (aż) wcielonym Stwórcą-Bogiem, jak i (tylko) człowiekiem. I to on był najbardziej zaskoczony tym wówczas i dziś głośnym wydarzeniem. W żadnym wypadku nie było to sprzeczne z wolą Ojca Wszechświatowego, miało jednak miejsce w konsekwencji presji, jaką Maria wywarła na swoim synu; i za sprawą wszechogarniającej miłości, którą ją darzył. I nawet jeśli jej intencje nie były czyste — w tamtej chwili swój cel osiągnęła.

Rodzina Jezusa, ale też jego apostołowie byli tym popisem wniebowzięci; byli zresztą przekonani, że zrobił to celowo. Zdarzenie to jednak nie zmieniło niczego w misji Jezusa. Konsekwentnie, cierpliwie i bez cudowności wypełniał swe przeznaczenie. Po kilku miesiącach takiej stagnacji Maria ponownie i niemal zupełnie w niego zwątpiła. To, że nie planował włączać do grona apostołów swoich braci, dzielący ich dystans tylko zwiększyło. Księga Urantii mówi, że Jezus zrobił wszystko, co było w ludzkiej mocy, zgodnie ze swoim oddaniem wypełnianiu woli Ojca, żeby nie stracić zaufania i przywiązania swojej rodziny. Jednak podczas trwania dalszej publicznej służby, zarówno Maria, jak i znaczna część najbliższej rodziny, praktycznie go odrzuciła. Aż do zmartwychwstania nie mieli z jego działalnością wiele wspólnego. Kilka razy próbowali się z nim skontaktować, ale i wtedy chcieli go przekonać, żeby przestał robić to, co robi i wrócił do domu. Nie umieli pojąć nowej filozofii Jezusa; nie byli w stanie zrozumieć jego nauki. Byli niemal pewni, że oszalał. Z rodziny Jezusa jedynie siostra Rut konsekwentnie i niezachwianie całym sercem wierzyła w boskość jego misji.

Trudne dziecko

Jezus wyprzedał swoje czasy; ba, wyprzedzał i obecne. Nie powinniśmy się więc dziwić, że Maria nie mogła go zrozumieć. Ograniczenia Marii były w niej tak zakorzenione, że nie była w stanie pojąć swego pierworodnego syna. Jezus przeczył tradycji i religii, w której została wychowana, zadawał się z bezbożnikami, a to postępowanie ostatecznie skonfliktowało go z prawem. Ciągła presja rodziny, a potem i faryzeuszy, którzy chcieli Marię wykorzystać, aby powstrzymała syna od głoszenia jego herezji, także robiły swoje. Mimo wszystko nawet przed samym aresztowaniem wciąż wierzyła, że mogłaby na niego wpłynąć. Poniższa historia, historia ostatniego publicznego przemówienia Jezusa, obrazuje to, o czym wcielony Syn Stwórca wiedział już jako młody chłopak.

Dopóki Jezus był osobą popularną i lubianą, członkowie jego rodziny pozwalali, aby sprawy toczyły się własnym torem. Nawet kiedy sami się od niego odwrócili i w niego nie wierzyli. Jednak kiedy ludzie z Kafarnaum i przywódcy religijni z Jerozolimy nagle zwrócili się przeciwko niemu, nad rodziną wybrańca zaczęły gromadzić się czarne chmury spodziewanej hańby. Bali się też o swoje bezpieczeństwo. Postanowili więc działać.

Liczyli na to, że się spotkają z Jezusem, wezmą go na stronę i przekonają, żeby wrócił z nimi do domu. Chcieli go zapewnić, że zapomną, jak ich lekceważył – wybaczyliby i zapomnieli – jeśli tylko zaniecha tych głupich prób głoszenia nowej religii, która może tylko przynieść kłopoty jemu i hańbę rodzinie. Rut na to wszystko powiedziała tylko: „Ja powiem mojemu bratu, że myślę, iż jest człowiekiem Boga i mam nadzieję, że raczej umrze niż pozwoli tym złośliwym faryzeuszom przerwać mu nauczanie”. Józef obiecał uciszyć Rut, kiedy inni będą pracowali nad Jezusem.

154:6.3 (1721.3)

Kiedy rodzina przybyła na miejsce, Jezus był w połowie swej pożegnalnej mowy. Usiłowali wejść do pomieszczenia, w którym przemawiał, ale gęsty tłum wyznawców uniemożliwił im wejść nawet do domu. Przekazali więc wiadomość — od człowieka do człowieka — że matka i bracia są na zewnątrz i chcą z nim rozmawiać. Maria była przekonana, i temu też trudno się dziwić, że jeśli po tylu miesiącach rozłąki i urazy, Jezus zauważy, że okazują mu łaskę, przerwie przemowę, żeby od razu do nich podejść. Tak się jednak nie stało. Maria od dawna już nie uczestniczyła w życiu Jezusa, tak naprawdę go nie znała, nie wiedziała więc, jak ważne było dla niego to spotkanie z wiernymi. Nie wiedziała też, że może zostać w każdej chwili przerwane, a jej syn aresztowany.

Był to tylko jeden z wielu tych przypadków, kiedy ziemska rodzina Jezusa nie potrafiła zrozumieć, że musi się on zajmować sprawami Ojca. Tak więc Maria i bracia Jezusa zostali do głębi urażeni, kiedy pomimo tego, że dostał wiadomość i przerwał przemawianie, zamiast pośpieszyć do nich i ich powitać, usłyszeli jego śpiewny głos o nasilonym tonie: „Powiedz mojej matce i moim braciom, żeby nie obawiali się o mnie. Ojciec, który mnie posłał na świat, nie opuści mnie; tak samo żadna krzywda nie stanie się mojej rodzinie. Powiedzcie im, aby zdobyli się na odwagę i zaufali Ojcu królestwa. Ale, w końcu, któż jest moją matką i kim są moi bracia?” I wyciągnąwszy ręce ku wszystkim swoim uczniom, zgromadzonym w pokoju, powiedział: „Ja nie mam matki, ja nie mam braci. Oto moja matka i moi bracia. Zobaczcie moją matkę i zobaczcie moich braci! Albowiem ktokolwiek czyni wolę mojego Ojca, który jest w niebie, tak samo jest moją matką, moim bratem i moją siostrą”.

154:6.5 (1722.1)

Maria, usłyszawszy te słowa zemdlała.

Jezus oczywiście chciał do wyjść do rodziny; i zamierzał po przemówieniu to zrobić. Okoliczności jednak na to nie pozwoliły. Maria i bracia uważali, że Jezus ich nie rozumie; że przestał się nimi interesować. Nie zdawali sobie sprawy, że to raczej im nie udało się zrozumieć jego; że to nie on ich, ale oni jego opuścili. Rodzina Jezusa, nawet matka, podobnie jak wielu ludzi wtedy i dzisiaj, nie byli w stanie wyrzec się skostniałych, błędnych przeświadczeń, które im wpojono. Nawet jeśli serce wielokrotnie podpowiadało im prawdę. Ale Jezus doskonale o tym wiedział.

Śmierć

Bieg wydarzeń sprawił, że Marii nie udało się więcej porozmawiać ze swoim ukochanym synem. Po ogłoszeniu wyroku Jezus posłał przyjaciela z prośbą o spotkanie z matką. Chciał ją zobaczyć ostatni raz. Kiedy Maria dowiedziała się o skazaniu, pospiesznie wyruszyła do Jerozolimy, ale gdy dotarła do miasta, Jezus był już na Golgocie. Zobaczyła go dopiero chwilę po tym, jak został podniesiony na krzyżu. „Niewiasto, oto twój syn!”, to ostatnie słowa, jakie usłyszała. Nie było jej też przy śmierci Jezusa, gdyż poprosił (tego samego zresztą) przyjaciela, aby ją spod krzyża zabrał. Po śmierci Jezusa Maria nie przeżyła nawet roku.

W imię matki

Księga Urantii rysuje, w moim odczuciu, bardziej wiarygodny obraz Marii niż ten łypiący z kościelnych witraży i medalików. Możemy zauważyć w niej człowieka. Z wieloma ludzkimi przywarami i słabościami. Kogoś, z kim i obecne wolno się utożsamiać; bo Maria zupełnie jak wielu z nas borykała się z konfliktami duchowej natury. I mimo że nie była idealna, jak co poniektórzy sobie roją, stała się częścią królestwa nieba.

Musimy pamiętać, że Maria żyła pod ogromną presją. Nie znała niereligijnego świata. Nie mieściło jej się w głowie, że może się w tych kwestiach mylić. Przecież i w XXI w. wielu ludziom nie przejdzie to przez myśl. A została wyróżniona przez samego Boga! Jak tamta anielska wizyta wpłynęła na jej zindoktrynowany żydowskim Prawem umysł? Prawdopodobnie ten właśnie miks okoliczności sprawił, że była tak uparcie przekonana o jednobarwnej, zbawicielskiej misji syna; dlatego jego odstępstwa tak bardzo ją zasmucały. A Jezusa nie ułatwiał Marii życia. Zastanawiam się, czy nie żyła w poczuciu winy? Czy, nie dość, że bała się o swoje dzieci, nie bała się też o siebie? Bóg ją pobłogosławił, a ona co? Najpierw nie potrafiła wychować, a potem nakłonić syna, aby zrobił to, po co powołał go na ten świat. To musiało być przygnębiające. I przerażające. Przez jej niewystarczające starania naród wybrany nie został wybawiony.

Maria kochała swoje dzieci i dbała o Jezusa jak najlepiej potrafiła. Doceniała jego trud i poświęcenie, kiedy zastępował głowę rodziny. Ten tekst w żadnym wypadku nie ma na celu jej zdyskredytować; nie robi tego również Księga Uranii. Jestem przekonany, że mimo błędów i słabości Maria bardziej niż należycie wypełniła swoją rolę.

W imię ojca

Niestety, Maria nie była tak świętą matką, jak próbuje przedstawiać ją Kościół katolicki. I nic w tym złego — była tylko człowiekiem. Niewielu rodziców dałoby radę udźwignąć jej brzemię. Wyłącznie Kościół ponosi winę za jej fałszywy obraz; to Kościół czerpie z niego najwięcej korzyści; i to Kościół odpowiada na wyrządzone przez tego typu manipulacje szkody.

Zadaję sobie jednak pytanie, a co z Józefem? Jako biologiczny ojciec Jezusa (i mąż Marii) jest w tym wszystkim frywolnie pomijany. To oczywiście echo kościelnych nauk, które nie uznają go za prawdziwego ojca — Jezusa spłodził przecież sam Bóg.

Być może nadinterpretuję zapisy Księgi Urantii, odnoszę jednak wrażenie, że to Józef był lepszym rodzicem. To oczywiście nie żaden konkurs i jak przystało na dobrych rodziców Józef i Maria świetnie współpracowali, wychowując potomstwo, ale wydaje się, że to Józef lepiej rozumiał Jezusa. Szczególnie utkwił mi Przekaz, w którym mowa, że gdyby żył niezłomnie wierzyłby w misję najstarszego syna. Maria przecież, zaślepiona tradycją, wciąż w niego wątpiła.

Matkom bezsprzecznie należy się szacunek. Jakby nie patrzeć to one najbardziej poświęcają się dla dobra dzieci; tu nie mam wątpliwości. Zastanawiam się jednak, czy czasem te kościelno-maryjne manipulacje mimochodem nie zubożyły wartości ojców. Kościół, wspierając się wątpliwiej wiarygodności zapisami Biblii, z Józefa uczynił zbędne tło historii Jezusa. Zabrano mu nawet ojcostwo.

Odnoszę wrażenie, że w obecnej rzeczywistości ojcowie są rodzicami drugiej kategorii, a ich wpływ na wychowanie potomstwa ma sprowadzać się do wykładania pieniędzy. Zamiast w zdrowych rodzinnych warunkach, takich zresztą, jakie wskazuje Księga Urantii, dzieci dzisiaj wychowywane są przez kobiety. Mamy i babcie. Oczywiście odpowiedzialność za taki stan rzeczy w znaczniej mierze ponoszą sami mężczyźni. I może to zbyt daleko posunięte wnioski, ale w tak religijnym kraju, jak Polska, Kult maryjny podparty marginalizacją roli Józefa w życiu Jezusa wyłącznie temu sprzyja.

Sprzyjaj Bogu

Andrzej zapomniał, że Dawid postawił wokół domu Zebedeusza około dwudziestu pięciu strażników i że nikt nie mógł ich zaskoczyć; więc zapytał Jezusa, co robić. Mistrz stał tam w ciszy, podczas gdy jego matce po usłyszeniu słów: „ja nie mam matki”, wracały siły w ogrodzie. W tym samym czasie, w pokoju wstała kobieta i zawołała: „Niech będzie błogosławione łono, które cię zrodziło i niech będą błogosławione piersi, które cię karmiły”. Jezus przerwał na chwilę rozmowę z Andrzejem i odwrócił się do kobiety mówiąc: „Nie, raczej niech będzie błogosławiony ten, który słyszy słowa Boga i nie boi się być mu posłuszny”.

154:6.7 (1722.3)

Charakterystyki rodziców wcielonego Stwórcy przedstawione w Księdze Urantii mogą i pewnie będą szokować. Na pewno zaślepionych dogmatami katolików. Takie bezczeszczenie imienia niepokalanej matki Boga w oczach wielu będzie świętokradztwem; szczególnie że Przekazy i tym razem uwypuklają błąd bezrefleksyjnego wierzenia niby świętym księgom (czy raczej autorytatywnie interpretującym je kapłanom). Tym smutniej to może wyglądać, gdyż osoby najmocniej zgorszone będą przecież tkwić w tej samej ułudzie co Maria…

Historie, które starałem się tutaj streścić, pokazują rodziców Jezusa z wiarygodniejszej strony. Bo rzeczywiście byli tacy jak my — niedoskonali. Choć nie uniknęli błędów, robili wszystko, co w ich siłach, aby z miłością i jak najlepiej wychowywać swoje dzieci. Rodzina Jezusa-Boga była po prostu ludzka. Przy tej okazji objawia się też słuszny obraz sprawiedliwego Ojca Wszechświatowego — ojca wszystkich. Bo rodzina Jezusa, choć zaszczycona, nie była uprzywilejowana. Ani przed jego narodzinami, ani po jego śmierci nie otrzymała niczego więcej niż inni wyznawcy; za życia także nie traktował ich ulgowo. Jestem przekonany, że taki właśnie spójny obraz Józefa i Marii może zwykłym ludziom dodać wiele otuchy podczas codziennych trudności; nie tylko wychowawczych.

PS Zawsze dziewica

Większość tak zwanych mesjanistycznych proroctw Starego Testamentu zostało dostosowane do Jezusa długo po jego życiu przeżytym na Ziemi. Przez wieki prorocy żydowscy głosili przybycie wybawiciela i obietnice te były interpretowane przez kolejne pokolenia, jako odnoszące się do nowego żydowskiego władcy, który zasiadłby na tronie Dawida i rzekomymi cudownymi metodami Mojżesza umocnił Żydów w Palestynie jako potężny naród, wolny od wszelkiej obcej dominacji. Oprócz tego wiele symbolicznych urywków, znajdujących się w hebrajskim Piśmie Świętym, niewłaściwie odnoszono później do misji życiowej Jezusa. Wiele cytatów tak wypaczono, żeby wyglądało, iż pasują do jakiegoś epizodu z życia Mistrza na Ziemi. Jezus sam swego czasu publicznie zaprzeczył jakimkolwiek związkom z królewskim domem Dawida. Nawet cytat „panna urodzi syna” został przerobiony tak, że to „dziewica urodzi syna”. Odnosiło się to także do wielu genealogii, zarówno Józefa jak i Marii, które zostały stworzone później, gdy Michał skończył swą misję na Ziemi. Wiele tych linii genealogicznych obejmuje znaczną ilość przodków Mistrza, jednak generalnie nie są one autentyczne i nie można na nich polegać jako na faktach. Wcześni wyznawcy Jezusa zbyt często ulegali pokusie przetwarzania wszystkich wypowiedzi proroczych tak, aby wyglądały, że znajdują swe wypełnienie w życiu ich Pana i Mistrza.

122:4.4 (1347.6)