Jesteśmy w tym razem

J

Nikt nie lubi samotności. Tej takiej, wiesz, prawdziwej. Weekend w majtach przed telewizorem z fantazją, że nikt nie będzie zawracał gitary, to nie jest samotność; samotność nie jest sprawą wyboru; samotni nie żebrzą o lajki, bo są samotni. Mówię o odcieniu samotności, któremu ta zawdzięcza miano cierpienia. O tej, której obawiamy się najmocniej.

Jesteśmy w tym razem, ale jednoczy nas coś więcej niż ten pierwotny strach. Tak po prostu razem. Bo nie rodzimy się ani nie umrzemy samotnie — to jedna z tych uniwersalnych prawd, które stają się coraz mniej ważne. W samotność wpędzają podziały, a my ciągle dzielimy. Na podziały się godzimy, jakby miało to potwierdzać, że jesteśmy sobie obcy. Czasem wbrew sobie czy pod dyktando egoistycznych oszustw, innym razem bezwiednie ulegając wierzeniu, że tak po prostu jest. Bo oni, bo inni; bo my, bo tamci. Groteskowa logika doprawiana nadętym romantyzmem samotnej wyspy.

Może to echo kosmicznego osamotnienia? Wołamy w przestrzeń, ale nikt nie odpowiada. A skoro nikt nie słucha, to i nikt nie patrzy. W obliczu czego mamy się jednoczyć? Zostawmy prymitywne mrzonki na boku — dla ewentualnego Boga jesteśmy w tym razem. Ale nawet jeżeli wszechświat na zawsze pozostanie nieskończoną pustynią, na naszym ziarenku piasku jesteśmy przecież tylko my.

Tak łatwo zapominam, że każdy jest niezastąpioną częścią czegoś większego niż suma nas wszystkich. Co rusz chcę być lepszy, większy i mieć więcej. W rozkroku — pomiędzy lękiem przed życiem a strachem przed śmiercią — wciąż czekam. I choć nie wiem na co, źle mi, bo to się nie dzieje; źle mi, bo boję się, że coś może się stać. Trzymam się szachu, oddając ster tej części mnie, która żyje zlękniona, zamiast zaufać tej, która umie żyć w szczęściu. Tu nie chodzi o pieniądze ani o seks czy władzę. Nawet jeżeli wszystko wydaje się na to wskazywać. Bo chociaż okoliczności są wygodną wymówką, te coś znaczące nie zmieniają się nagle.

Wszyscy toczymy bitwy wewnętrznej wojny domowej; każdy czasem przegrywa. Umyka mi wiara, że mijani na ulicy są tacy jak ja. A kiedy opada kurz i czasem błyśnie mi w piersi tą onieśmielającą jednością, którą zawsze przy sobie noszę, wiem, że jesteśmy w tym razem. Nawet jeżeli wolę udawać, że nic tam nie ma; że to nieprawda. Ów błysk smakuje jak esencja szczęścia.

Jakkolwiek rozumiany rozwój może być i bywa źródłem frustracji. Chciałbym potwierdzenia, że robię dobrze; chcę widzieć rezultaty. Nawet jeśli nie wiem, jakie miałyby być. Brak tych oczekiwanych kołuje. Przez to wciąż gubię się i wątpię. Ale potem, za minutę albo za trzy lata, okazuje się, że wiem więcej; coraz więcej. Z jednej strony czuję wtedy to nowe tak wyraźnie, z drugiej zaś okazuje się, że wszystko to przecież żyło we mnie od zawsze.

Niezależnie od czyichś wymówek wspólnie zmierzamy w tym samym kierunku. A czy ktoś jest dalej czy bliżej celu? Oceniając innych, mylę się częściej, niż bym tego chciał. Tylko razem mamy więcej i wyłącznie tak stajemy się więksi. I dzieje się to teraz.

W pierwszym odruchu, z jednostkowej perspektywy, będzie się zdawać, że taka część całości jest mikroskopijna; nieznacząca. Złudzenie jednak nie neguje prawdy. Bo jesteśmy w tym razem i jeżeli zechcemy, iluzja samotności przestanie istnieć. Gdy wsłucham się, co podpowiada mi serce — w tę prawie nieskończoną przerwę pomiędzy wydechem a wdechem — przypominam sobie, że to prawda, której najmocniej mi trzeba.