Humor

H

— Dlaczego Jezus nie byłby dobrym bramkarzem?
— Bo ma dziurawe ręce.

Podobno dobrze jest zacząć od żartu… Przymknijmy jednak oko na jego poziom, bo nie o futbolu będzie mowa, ale o humorze jako takim; nie tylko tym religijnym.

Niełatwo wskazać wyznanie, które traktuje humor poważnie. Księga Urantii wyjaśnia, skąd wziął się humor i czy jest nam w ogóle potrzebny. Zabiera również głos w sprawie śmiechów na wysokościach. Odpowiada przy okazji na pytanie, którego wielu nie odważy się nawet zadać: Czy Jezus miał poczucie humoru?

Święta sztywność

Humor, a konkretnie nieodłączny mu śmiech, to zdrowie. Lekarza temu, kto się z tym nie zgodzi. A dobry humor działa jeszcze głębiej — pomaga przebaczać i przyznać się do błędu. Działa też szerzej: umacnia relacje i zwiększa atrakcyjność społeczną. Do dziś pozostaje, budząc u pokolenia PRL-u ponure déjà vu, zaworem bezpieczeństwa w obliczu niesprawiedliwości i zamordyzmu. Wątpię, czy istnieje druga tak naturalna i skuteczna szczepionka na mroki tego świata — śmiech jest przecież zaraźliwy.

Religijnych przywódców to jednak nie przekonuje. Humor skraca dystans do władzy, na co ich autorytarne instytucje nie mogą sobie pozwolić. Szczególnie kiedy sami co rusz wystawiają je na pośmiewisko. Kościół z religijnych przeżyć zrobił proceduralną stypę, a duchowni będą ci wmawiać, że im poważniejszą masz minę, tym bliżej nieba jesteś. Doszliśmy do takiego kuriozum, że księdza nazywa się fajnym, bo — jak się dowiedziałem — „nawet sobie czasem zażartuje”.

W religii nie wolno się śmiać. A z religii? Broń Boże. Niezależnie od tego, jak niepoważne mogą wydawać się przepisy o obrazie uczuć religijnych, takie podśmiechujki mogą boleśnie zderzyć nas z Temidą. Na pewno znalazłby się ktoś, kto za mój niewybredny żart z początku, nie tylko posłałby mnie do piekła, ale i za kratki. W innych kulturach już w ogóle nie byłoby mi do śmiechu.

Prawdziwa religia inaczej interpretuje humor. Księga Urantii nie aspiruje wprawdzie do miana teologicznego stand-upu, poszerza jednak perspektywę, z jakiej możemy go odbierać.

Nie puściła bąka na kolanach męża

Chociaż współcześnie śmiech wydaje się czymś naturalnym, w historii człowieka pojawił się stosunkowo późno; i to nie bez bólu. Ewolucyjnie gatunek ludzki jest smutny. U pierwszych ludzi (Andonitów) poczucie humoru niemal nie istniało. Można przyjąć, że znali się już trochę na żartach, bo zdarzało się im rozstrzygać spory, organizując widowiska, podczas których zwaśnione strony robiły sobie kawały i ośmieszały się nawzajem. Wątpię jednak, czy miało to wiele wspólnego z radosnym śmiechem. Prędzej ze złośliwością. I tak trwaliśmy w powadze przez całe wieki.

Nawet Księciu Planetarnemu, pierwszemu formalnemu duchowemu zarządcy naszej planety, trudno było to zmienić. Dopiero Adam i Ewa (zaledwie 40 000 lat temu) pokazali nam, że człowiek może się bawić i śmiać. Tak po prostu i dla samej zabawy. Szkoły, do których uczęszczały ich dzieci, oprócz zajęć dotyczących zdrowia czy stosunków społecznych, miały w programie przedmiot: „Kultywowanie zabawy, humoru i konkurencyjnych substytutów walki fizycznej”. Adamici mieli zdrowe poczucie humoru we krwi i to właśnie jej domieszka pomogła nam się w końcu rozluźnić.

Adam i Ewa znacząco przyczynili się do społecznego, moralnego i intelektualnego postępu ludzkości. Jednak ich odstępstwo zmąciło pierwotny plan doskonalenia gatunku. Choć zostawili na Ziemi potomstwo i to dzięki niemu cywilizacja nadal przyspieszała, bunt Lucyfera wywołał chaos, który zasnuł sfery kultury i relacji międzyludzkich. Ofiarą tego zamętu padł również humor.

Rozproszenie i wymieszanie ras spowolniło nasz rozwój, a miejscami wręcz go cofnęło, jednak domieszka rasy Adama i Ewy niezmiennie sprzyjała postępowi. Późniejsi Andici, najlepiej zaopatrzeni w krew adamiczną, szerzyli wśród mniej wesołych ludów muzykę, sztukę i zalążki lżejszego podejścia do życia. Gdyby nie bunt w Satanii, byłbym dziś o wiele zabawniejszy.

Poza amboną

Religia trwale zakorzeniona w strachu będzie pilnować powagi. Wszelkimi dostępnymi środkami. Bo strach jest wyjątkowo skutecznym narzędziem władztwa. Rodzice straszą dzieci bebokiem, małżonkowie siebie nawzajem rozwodem, a prezesi podwładnych przycięciem premii. Tu nie ma żartów. Nie dlatego, że śmiech sam w sobie jest czymś złym, ale dlatego, że zbyt łatwo skraca dystans. To krótka droga do zachwiania hierarchią. A w dalszej perspektywie do utraty władzy.

Prawdziwa religia, nawet jeżeli wyrasta na podobnym gruncie, nie pielęgnuje strachu. Wręcz przeciwnie. Przenosi ciężar z „bój się, bo czeka Cię piekło” na „raduj się, bo czeka Cię niebo”. Aż do momentu, w którym krępujący przymus ewoluuje w szczere zaufanie. I kiedy znika potrzeba kontroli, rozkłada się też konieczność udawanego dostojeństwa.

Religia osobista nie rywalizuje z humorem ani nie musi się go bać. Kiedy zrozumiemy, że religia to stosunek człowieka do życia, a nie oparta na pozorach suma rytuałów, humor stanie się jej zdrowym sojusznikiem. Księga Urantii mówi wprost: „Oderwanie się człowieka religijnego od większości tego, co tylko doczesne i trywialne, nigdy nie prowadzi do izolacji społecznej i nie powinno niszczyć poczucia humoru. Prawdziwa religia nie zabiera niczego z ludzkiej egzystencji, ale przydaje nowych znaczeń całemu życiu”. Prawdziwa religia nie wypiera więc humoru z życia duchowego, ale traktuje go jako naturalny składnik doświadczenia. To nie kultywowanie religii klaunów, a zdrowa równowaga.

Humor oczywiście też można wypaczyć. Jednak w przeciwieństwie do pasywnej powagi jest jednoznacznie społeczny; bez publiki nie ma przecież racji bytu. Dzięki temu wyraźniej obnaża intencję. Niełatwo dociec, która powaga jest szczera. Czy żart ma wspomóc bliźniego, czy go stłamsić — a może tylko wywyższyć żartującego — widać niemal od razu. Dlatego wierzę, że dobry humor może być formą służby. Jak uczy Melchizedek z Nebadonu: „Religia nadaje nowe znaczenie wszystkim związkom grupowym — rodzinom, szkołom i klubom. Przydaje nowych wartości zabawie i wywyższa wszelkie przejawy dobrego humoru”.

Religia, która potrafi utrzymać synergię między patosem a komizmem, nie traci niczego ze swojej głębi. Zyskuje za to nową warstwę nieskrępowanej szczerości, dzięki czemu skuteczniej zbliża nas do tego, co duchowe. Taka religia nie potrzebuje już „systemów wierzeń i praktyk”, bo staje się sposobem na życie.

Bóg, który się śmieje

Jeżeli miałbym wskazać obszar, w którym tarcia między życiem a powagą wybrzmiewają najwyraźniej, byłby to obraz Jezusa propagowany przez Kościół katolicki. Od najmłodszych lat przyzwyczaja się nas do postaci ponurej, stale zanurzonej w cierpieniu — jakby wcielony Bóg musiał potwierdzać swoją boskość kamienną twarzą. Nawet gdy Jezus mówi „radujcie się”, każe się nam słyszeć raczej: „bójcie się”. Jakby luz, a nie daj Bóg śmiech w religii były nietaktem wobec spraw duszy. Wielu wiernych intuicyjnie ten dysonans czuje, jednak instytucjonalna narracja nikomu nie zostawia miejsca na wątpliwości. Posępny wizerunek Jezusa nie tyle objawia Stwórcę, co zdradza intencje skostniałej instytucji.

W Księdze Urantii nie ma śladu ascetycznej sztywności Jezusa. Widzimy za to Boga, który jako człowiek zanurzony jest w relacjach i obecny w życiu takim, jakie ono jest. Księga objawia Jezusa jako osobę radosną i obdarzoną rzadkim poczuciem dobrego humoru. Nie ma w nim krzty wzgardy ani złośliwości — „Duch nigdy nie plami się uwydatnianiem nieszczęść słabych i błądzących” — a jego nastawienie skraca dystans, rozbraja napięcie i demaskuje obłudę. Jezus nie funkcjonuje w Przekazach jako wyniosły nauczyciel ani moralny sędzia ludzkich zachowań. Jada z ludźmi, rozmawia, słucha i prowokuje inteligentnymi pytaniami. Towarzyszy temu atmosfera swobody, a gdy okoliczności sprzyjają, wręcz dobrej zabawy. Momentami na tyle wyraźna, że ówcześni religijni obserwatorzy czują się zgorszeni. I — zupełnie jak dzisiaj — nie dlatego, że Jezus robił coś złego. Raczej dlatego, że nie przyjmował dyktowanej ideologią pozy.

Charakter Jezusa sprawiał, że ludzie przestawali widzieć w sobie kogoś nieodwracalnie obciążonego grzechem. Jego obecność — a więc pośrednio także humor — uwalniała ich od ciężaru duchowej niepewności. Jezus zarażał optymizmem, ale ta lekkość nie była ucieczką od rzeczywistości. Przeciwnie: świadczyła o ufności wobec Ojca; bez doktrynalnego lęku i maski powagi. Nie znikała nawet w obliczu cierpienia i świadomości nadchodzących tragicznych wydarzeń.

Higiena duszy

Porzucenie kościelnej maniery, choć wyzwalające, nie zwalnia z odpowiedzialności. Wolność nigdy nie oznacza samowoli — uznanie, że każdy śmiech jest dobry, może być ryzykowne. Humor jednak, jako doświadczenie wynikające z decyzji, ujawnia kierunek, jaki obraliśmy: może pogłębiać duchowe przeżycie albo je spłycać. Księga Urantii również tutaj nie daje łatwych odpowiedzi. Bo dobry humor nie pyta, z czego się śmiejesz. Pyta raczej: dlaczego?

Nie znalazłem w Księdze Urantii wyraźnej definicji humoru. Dostrzegam jednak — osadzone w szerszym kontekście — pole do (całkiem poważnej) interpretacji.

Najwięcej do powiedzenia o humorze ma — jak mniemam miłośnik dobrego żartu — Archanioł z Nebadonu. Wyłącznie ktoś z głębokim poczuciem humoru mógł powiedzieć, że „radosny nastrój i ekwiwalent uśmiechu są tak samo uniwersalne jak muzyka”. Bo to, że humor „stanowi zarówno zabezpieczenie zdrowia, jak i uwalnia od nacisku emocjonalnego” oraz że może „zmienić kierunek […] myślenia i dać odpoczynek umysłowi” już wiemy. Potwierdza też, tłumione kurtuazją przypuszczenia, że „humor działa również jako amortyzator szoku, niespodziewanego wstrząsu przy poznaniu faktu czy prawdy”. Wcześniej pada jednak najmocniejsza, w moim odczuciu, deklaracja: „Humor jest boskim antidotum na egoistyczną egzaltację”.

Humor okazuje się więc również formą samoobrony. Zdolność do śmiania się z siebie pomaga poskromić pęczniejące ego, zanim uwierzymy we własną wyższość. W boskiej rzeczywistości, w której to samolubstwo jest najszybszą drogą zatracania siebie, humor przestaje być tylko prozdrowotną aktywnością. Sięga głębiej, niż pozwalamy sobie podejrzewać. Staje się pożądaną procedurą higieny duszy.

Duchowy wymiar humoru nie jest jednolity — ujawnia się i działa inaczej w zależności od kontekstu i dojrzałości tych, którzy dzielą to doświadczenie. O jego wartości nie decyduje treść żartu, a poziom, z którego wypływa i na którym jest odbierany.

Księga Urantii wyróżnia trzy poziomy dojrzałości w przeżywaniu humoru; dla ułatwienia, osadza je na linii czasu.

Żarty reminiscencyjne

Autorzy Księgi Urantii zwracają uwagę na coś tak oczywistego, że łatwo to przeoczyć: humor nie uczestniczy w wysiłku rozwojowym per se, lecz działa w jego otoczeniu. Śmiech nie koliduje z napięciem towarzyszącym decyzjom, ale przychodzi, gdy pora je rozładować. Dlatego pierwszym poziomem — „podstawą rozrywki i zabawy” — jest humor reminiscencyjny, skuteczny dopiero z dystansu, którego wcześniej brakowało.

Humor i zabawa osadzone w przeszłości są echem tego, co było trudne, nawet bolesne, lub przerażające, a dziś już bezpieczne i do wyśmiania. Śmiejemy się wtedy nie z cierpienia, ale z tego, jak czasem nieporadnie próbowaliśmy się z nim uporać. Dobry humor rodzi się z bezpiecznego dystansu do własnej niedojrzałości.

Humor nie anuluje przeszłych błędów ani ran. On je oswaja. Może zbudzić szczery uśmiech akceptacji doświadczeń, które wydawały się wcześniej nie do zaakceptowania. Taki śmiech nie unieważnia faktu, że coś się stało, ani go nie deprecjonuje. To raczej proces spajania przeszłego doświadczenia z teraźniejszością, dzięki któremu to, co było, przestanie definiować to, kim aktualnie jesteśmy.

Humor teraźniejszy

Podczas gdy humor reminiscencyjny potrzebuje czasu, humor teraźniejszy może działać teraz — niemal dotykając napięcia, z którym współgra. Humor reguluje napięcia, ale ten teraźniejszy robi coś jeszcze: nie dopuszcza, by przerodziły się w konflikt. Jeżeli przyjmiemy, że humor reminiscencyjny pomaga wrócić do równowagi po przeżytych trudach, humor teraźniejszy dba o to, by nas z niej nie wytrącono.

Humor teraźniejszy nie czeka, aż doświadczenie zakwitnie w czasie. Pojawia się dynamicznie, często w sytuacjach niejednoznacznych. Wywołuje śmiech, który chroni przed eskalacją — zanim napięcie skrystalizuje się w gniew lub przemoc. Staje się dzięki temu narzędziem łagodzenia relacji społecznych.

Dobry humor skraca dystans i dba o społeczne proporcje. Ten teraźniejszy jest przy tym realną alternatywą dla konfrontacji, bo zamiast agresji oferuje ciętą ripostę. Nie świadczy o słabości i nie powinniśmy go zrównywać z ucieczką. To raczej forma dojrzałej kontroli impulsów.

W tym miejscu objawia się kolejna super moc humoru. Bo kiedy śmiech, zamiast potęgować tarcia, kieruje w stronę wspólnego (bezsprzecznie przyjemnego) doświadczenia, zaczyna pełnić funkcję pokojową. Nie bez powodu w szkołach Edenu uczono „kultywowania zabawy, humoru i konkurencyjnych substytutów walki fizycznej”. Z błazenady humor awansuje do cywilizowanej alternatywy dla zbrojnych konfliktów.

Choć wizja stand-upowego pojedynku kończącego wojnę największych mocarstw wydaje się surrealna, nie świadczy to o naiwności samej idei, lecz o naszej niedojrzałości. Humor teraźniejszy kojarzy nam się raczej z narzędziem dominacji, gdy bardziej błyskotliwy upokarza innych w towarzyskich sprzeczkach. Bo nie każdy śmiech jest tak samo dobry. Zauważ jednak, że taka potyczka zakończy się salwami śmiechu, a nie z armaty.

Niezmiennie brak nam wyczucia i empatii — bezinteresownej miłości do bliźniego. Nie tak bardzo różnimy się od prymitywnych Andonitów, którzy już dziesiątki tysięcy lat temu wyśmiewali się nawzajem, a publika wyłaniała zwycięzcę tej scysji. Impertynencja nie jest jednak wadą humoru. Eksponuje raczej szerokie pole do naszej poprawy na przyszłość.

Radość prorocza

Najwyższe stadium humoru jest dla ewoluującego człowieka najmniej zrozumiałe. Ledwo nadążamy za humorem teraźniejszym, więc śmiech na zapas wyda się czymś niedorzecznym. Ale tym właśnie jest radość prorocza. To humor, który wyprzedza napięcia, zanim w ogóle się pojawią. Nie dotyczy więc tego, co było ani tego, co jest, ale tego, do czego to wszystko zmierza. To nie nerwowy chichot wywołany lękiem przed przyszłością. To radość bez konkretnego powodu — wyrosła na ufności wobec mądrości Ojca i karmiona pewnością, że i tak będziemy się śmiać. Nawet w obliczu nadchodzącego cierpienia.

Najpełniejszym przykładem radości proroczej w praktyce pozostaje Jezus. Wiemy, że jego życie nie było usłane różami. Często jednak nie zdajemy sobie sprawy, że Jezus doskonale wiedział, co go czeka. Ale nie tylko nie dopuścił, żeby ten ciężar zabrał mu radości z teraz. Bezgraniczne zaufanie, jakim darzył Ojca, pozwalało mu jednocześnie znać radosną przyszłość przewyższającą wszelkie trudy. Jezus nie przymykał oczu na rzeczy niewygodne. Był żywym wyrazem sensu drogi, którą każdy z nas może obrać. Urzeczywistniał radość proroczą nie jako naiwne pocieszenie, że „wszystko będzie dobrze”, ale przekonanie, że wszystko — szczególnie to, co trudne — prowadzi ku dobremu.

Nic dziwnego, że taka postawa bywała niezrozumiała. Ba, i dzisiaj wciąż taka jest. Dla wielu Jezus był zbyt ludzki, zbyt swobodny jak na kogoś, kto mówi o sprawach wiary. Jego zdolność do nieskrępowanej radości raziła tych, którzy utożsamiali duchowość z surowością i strachem. Ale to właśnie ta pogoda ducha, zachowana nawet w obliczu zdrady i bólu, czyni z Jezusa kogoś więcej niż tylko nauczyciela prawdziwej religii — ukazuje go jako wzór dojrzałego człowieczeństwa. Radość prorocza nie rozwiązuje wszystkich problemów świata. Jest owocem zaufania, które pozwala śmiać się w drodze; niezależnie jak byłaby wyboista i mroczna.

Odpowiesz za swoje śmiechy

Humor nie jest niewinny. I bardzo dobrze — to właśnie wymiar osobistych intencji, a więc wolnej woli, charakteryzuje instrumenty duchowego postępu. Bez wątpliwości nie ma rozwoju. Śmiech odsłania więcej, niż chcielibyśmy przyznać. Zwłaszcza wtedy, gdy dotyka spraw uznanych za (po) ważne. Wróć na moment do własnej reakcji na żart z otwarcia tego opracowania. Rozśmieszył Cię? A może jedynie zniesmaczył? Tego typu żarty rzadko bywają dobre. Potrafią jednak skłonić do uczciwej zadumy: dlaczego właściwie się z tego śmieję?

Takie pytanie może budzić dyskomfort. Nie dotyczy bowiem samego humoru, lecz wspominanej kontroli. W prawdziwej religii nie istnieje katalog żartów potępionych ani człowiek, który osądzi sens Twojego śmiechu. Jest za to odpowiedzialność — cicha, osobista i niemożliwa do zrzucenia na innych.

Właśnie z tego powodu śmiech bywa tak niewygodny dla systemów opartych na hierarchii i strachu. Nie dlatego, że jest bluźnierczy, lecz dlatego, że wymyka się spod kontroli. Humor nie podlega rozkazom ani nie da się go na dłuższą metę udawać. A tam, gdzie znika potrzeba udawanej powagi, zostaje człowiek. Z własną intencją i pytaniem, które nie brzmi już „czy wolno mi się śmiać?”, ale: „czemu mój śmiech ma służyć?”.

Weź sobie nie żartuj

Ewolucja pozostaje boską metodą doskonalenia człowieka i żadne siły — ludzkie czy nadludzkie — jej nie powstrzymają. Jeżeli wierzyć autorom Księgi Urantii, sam proces jest bardziej złożony, niż kiedykolwiek przypuszczaliśmy; splata też więcej czynników. Dla wielu zestawienie ewolucji z humorem będzie niczym więcej niż żartem. Prawdą jednak jest, że śmiech jest tu czymś więcej niż fanaberią: stanowi istotny mechanizm regulujący cały proces.

Księga Urantii nie oferuje listy najlepszych żartów ani wykazu śmiechów zakazanych. Uczy jednak, że tak samo jak duchowość, humor dojrzewa razem z nami. Ma zresztą z religią wiele wspólnego. Bo w śmiechu, podobnie jak w wierze, nie chodzi o kształt, lecz o kierunek.

I kiedy tak ochoczo wyśmiewamy przesądy i fakty przodków, spróbujmy też zaśmiać się w obliczu dzisiejszych trosk. Być może właśnie ten śmiech pozwoli nam podjąć jutrzejsze wyzwania z tą samą radością. Bo tych na pewno nam nie zabraknie. Jesteśmy wszak agondonterami. W tych zwariowanych czasach jednego możesz być pewien — jakakolwiek by Twoja droga nie była, humor na pewno ją umili.