Poprzedni tekst o grzechu był stronniczy. Jako że byłem katolikiem, oparłem go na własnych doświadczeniach z Kościołem; wcześniej pobieżnie przejrzałem Katechizm. Z założenia miał być przekoloryzowany, więc nie zabrakło w nim świadomej kąśliwości.
Nie mogę obiecać, że Kościołowi katolickiemu i tym razem się nie oberwie. Na pewno postaram się o więcej powagi, bo to, czego o grzechu dowiadujemy się z Księgi Urantii, jest jednym z najważniejszych jej przesłań; szczególnie w świetle dominujących obecnie doktryn. Bliskich grzechu definicji będzie zresztą więcej. Na myśl od razu nasuwa się „zło”, zatem też i „dobro”. Oprócz tego, Przekazy definicję grzechu uzupełniają pojęciami „błędu” i „nikczemności”. Wszystkie te terminy wzajemnie się przenikają i są ze sobą powiązane.
Zebrałem z Przekazów Urantii informacje na temat grzechu, usystematyzowałem je, a teraz o tym wszystkim, tak dalece, jak udało mi się to zrozumieć, spróbuję opowiedzieć; luki pozwolę sobie uzupełnić domysłami. Szerszą perspektywę na temat da rozeznanie, jak Księga widzi moralność, sumienie, śmierć, wolną wolę a przede wszystkim, prawdziwą religię — tym zagadnieniom poświęciłem osobne materiały.
EWOLUCYJNEMU człowiekowi trudno jest w pełni zrozumieć ważność zła, błędu, grzechu i nikczemności i pojąć ich znaczenia. Człowiekowi trudno jest dostrzec, że przeciwstawiona sobie doskonałość i niedoskonałość tworzy potencjalne zło; że prawda i fałsz, pozostające ze sobą w sprzeczności, stwarzają dezorientujący błąd; że boski dar wyboru, według wolnej woli, prowadzi do rozbieżnych domen grzechu i prawości; że wytrwałe dążenie do boskości wiedzie do królestwa Bożego, w przeciwieństwie do jej ciągłego odrzucania, co prowadzi do domen nikczemności.
54:0.1 (613.1)
Zło
Żeby udało nam się zrozumieć, czym jest grzech, musimy cofnąć się do jego początków. Tu nie ma wielkiej filozofii — grzech jest następstwem zła.
W Kościele zło jest brakiem dobra. W praktyce tym, co nie współgra z jego naukami. Tak plastyczna definicja daje szerokie pole do popisu, co kapłani ochoczo wykorzystują. Złem zatem często ogłaszają to, co godzi w interesy instytucji; w ich interesy. Tego typu egoistyczne rozumienie zła powszechne jest także w pozareligijnych kręgach. Nie powiem, że zła nigdy nie ma tam, gdzie je wskazujemy; nawet księża czasem trafiają. Zło jednak najczęściej widzimy tam, gdzie dzieje się coś, co nam się nie podoba. Ale czy wszystko, co nam się nie podoba, na pewno jest złem?
Jezus powiedział: „[…] dobro i zło są jedynie słowami symbolizującymi względne poziomy ludzkiego rozumowania postrzeganego wszechświata”. Przekazy Urantii w podobnym tonie wybrzmiewają wielokrotnie: Zło jest pojęciem względnym; i synonimów ma wiele.
Duchowo raczkujemy. Próbujemy zrozumieć otaczający świat, ale wiele jego aspektów — nie tylko zło — długo jeszcze pozostanie dla nas niepojętych i nie do nazwania. I to właśnie zło jest symptomem niezrozumienia boskiego wszechświata; wyłania się ze słabości umysłu i niedojrzałej jaźni. Zło to niepełna świadomość wszechświatowych rzeczywistości; albo niedopasowanie do nich. W swej pierwotnej formie jest tylko potencjalne. Ja zło wyobrażam sobie jako dystans oddzielający to, co boskie, od tego, co ludzkie. Ta przestrzeń pomiędzy doskonałością a niedoskonałością, pomiędzy całością a częścią jest siedliskiem zła. Przyczyną i jego źródłem. Bo wszystko, co nie jest boskie, wszystko jakkolwiek niedoskonałe, jest potencjalnie złe.
Skoro potencjalne, zło niekoniecznie musi się dziać. A tak podpowiada intuicja. Zło jednak nie jest samym tylko czynem; nie potrzebuje ruchu. Przez czyny się ujawnia, ale w swej esencji jest jednym z dwóch teoretycznych kierunków, w jakich może podążać wolna wola. Tutaj pomocne będzie inne pojęcie, jakie wprowadza Księga Urantii — „błąd”. Zło jest ewentualnością niedoskonałego wyboru; niedoskonały wybór, czyli urzeczywistnienie zła, jest właśnie błędem.
Zło z definicji Księgi Urantii w niektórych szczegółach przypomina to kościelne, nie przeczę. Jednak kiedy z równania usuniemy soczewkę, przez którą do tej pory weryfikowaliśmy zło — sumienie, wyjdzie, że to pozory. Z rozważań nad koncepcją sumienia wynika, że wrażliwość na zło (więc też na dobro) nie jest wcale osadzona na moralności. Sumienie miewa pewnie rację, częściej niż rzadko, ale trafną ocenę zła zapewni wyłącznie idea, która ogranicza zakłócający ducha czynnik ludzki. Prawdziwa religia. Dzięki temu zło staje się bardziej intymne, a i mniej podatne na wpływy.
A my? Będąc istotami skończonymi, zostaliśmy obdarzeni mgnieniem nieskończoności — Dostrajaczem Myśli. Ten boski fragment, spaja stworzonego ze Stwórcą. Tak doskonałość wychodzi naprzeciw niedoskonałości; tym sposobem niedoskonałość się doskonali, a doskonałość doświadcza niedoskonałości. Ten właśnie dualizm buduje jakby napięcie i generuje potencjał zła. Tutaj różnica w definicjach staje się bardziej jaskrawa. Zgodnie z Księgą Urantii nasze braki rzeczywiście sprawiają, że jesteśmy na zło podatni, ale wcale nie oznacza to, że jesteśmy źli; ani że w jakiś podły sposób samym swoim jestestwem obrażamy Boga.
Wróćmy do początków. Ojciec Wszechświatowy jest pierwotnie i wiecznie doskonały. W nieskończonej przeszłości stworzył wszechświat centralny i Wyspę Raj, a te są pełnym wyrazem jego woli — jak on są doskonałe. Ojciec powołał również do życia wszechświaty, które takie jak on się stają — ewolucyjne twory zmierzające do doskonałości. W tym miejscu naturalnie przyzywam kolejny powiązany termin: „dobro”. Niestety upatrując dobra, mylimy się tak, jak definiując zło. Bo dobro nie jest tym, co nam się podoba; ani tym, co duchowny powie, że jest dobre.
Jeżeli zło jest możliwością zaistnienia tego, co niedoskonałe, dobro jest doskonałością. Jezus powiedział: „Zło jest miarą niedoskonałości w podporządkowaniu się woli Ojca”. W praktyce więc wszystko, co jakkolwiek rozmija się z jego wolą, wszystko, co odbiega od bosko doskonałej koncepcji, jest w tym czasie złe. Zło staje się więc potencjalną (a w następstwie błędów i grzechów faktyczną) skazą na nieskazitelnie dobrym, bo realizowanym wedle nieomylnej woli, planie.
Praktycznie źli
Potencjał daje możliwość urzeczywistnienia. Zakładam, że zło może pojawiać się wszędzie, ale najłatwiej chyba będzie, kiedy zostaniemy na naszym poletku. W przypadku takich jak my istot stworzonych zło jest następstwem ograniczeń ewolucyjnych; przede wszystkim tych duchowych. Jest to w zasadzie całkiem logiczne. Zło ujawnia się, bo się rozwijamy; to dlatego błądzimy. My jako jednostki, my jako ludzkość, my jako system, my jako wszechświat lokalny… My jako każda składowa wszelkiego stworzenia nie jesteśmy doskonali. I nigdy nie byliśmy. Kościelne fantazje, że mieliśmy wszystko, ale przez ciekawość (i boską prowokację) to zaprzepaściliśmy, muszą wrócić między baśnie. Potencjał zła wynika z tymczasowych braków i różnych stopni ewolucyjnej niedojrzałości. A na skali wszechświatowego rozwoju wciąż jesteśmy dziećmi. Ulegamy ignorancji i złudzeniom. To, jak rozumiemy, kim jest Bóg i jaka jest nasza rola, jest dziecinne; a co za tym idzie, bywa złe.
Jezus nauczał: „Potencjalne zło właściwe jest nieuniknionemu niepełnemu objawieniu Boga jako ograniczonej czasem-przestrzenią ekspresji nieskończoności i wieczności. […] Niekompletna i skończona koncepcja Nieskończonego, jaką dysponuje doczesny i ograniczony umysł istoty stworzonej sama w sobie jest potencjalnym złem. Jednak rosnący błąd nieuzasadnionego braku sensownej, duchowej poprawy tych, pierwotnie wrodzonych, intelektualnych dysharmonii i duchowych niedoborów, równoznaczny jest z urzeczywistnieniem faktycznego zła”.
Słowa Jezusa potwierdzają istnienie cienkiej granicy pomiędzy potencjalnym złem a złem faktycznym. Księga Urantii rzecz jasna nie powie wprost, co zawsze jest złe; ja tym bardziej się nie odważę. Każdy musi ocenić to samodzielnie. Księga daje nam jednak pewne wskazówki; i pole do dociekań.
Dobro i zło nie muszą współgrać z moralnością. Jako że to wpojony przez lokalne i, o czym religijni przywódcy chętnie zapominają, aktualne obyczaje zbiór zasad, moralność nie może być uniwersalnym wyznacznikiem dobra i zła. Czyjeś najwyższe moralne ideały niekoniecznie tożsame są z wolą Boga. W żadnym wypadku nie umniejszam wartości moralnego kompasu, jednak jest to wyłącznie względne stanowisko wobec zła. Jest ludzkie — niedoskonałe, zatem może być złe. I ciągle, jak wszystko, ewoluuje. Dlatego Jezus mówił, że „wszystkie statyczne, martwe koncepcje, są potencjalnie złe. Skończony cień względnej i żywej prawdy jest w ciągłym ruchu. Statyczne koncepcje niezmiennie hamują naukę, politykę, społeczeństwo i religię. Statyczne koncepcje mogą reprezentować pewną wiedzę, ale brak im mądrości i są pozbawione prawdy”. A kiedy zerkniemy na nasze podwórko, wiemy z historii, że ani zacofana nauka, ani prymitywna polityka, ani dziecinne zasady społeczne nigdy nie niosły ze sobą niczego dobrego. I tylko religia, wszelkie zmiany mianując złem, twardo i zaciekle trzyma się prawd ustanowionych wiele tysięcy lat temu…
Granica pomiędzy dobrem i złem jest subtelna. Wolę Boga (czyli dobro) odkryjemy wyłącznie we własnych sercach. Dlatego uważam, że żaden człowiek ani grupa ludzi nie ma prawa autorytatywnie wskazywać okoliczności, które bezwarunkowo i zawsze są złe; tym bardziej grzeszne. Ba, byłbym skłonny powiedzieć, że prędzej złem może być taka właśnie zuchwałość; a już na pewno, kiedy z butą wpychana w usta samego Boga.
Złe dobrego początki
Skoro zło jest względne, dobro także takie jest. To, co (najczęściej przez pryzmat moralności) przyjmujemy za dobre, wcale nie musi takie być. Możemy myśleć, że robimy dobrze, a faktycznie realizować zło; nasze poczynania mogą zostać nazwane złymi, kiedy w rzeczywistości będą tylko dobre. I tak jak w przypadku zła, dobro jest możliwością, za którą wolno się opowiadać. I tak samo, jak możliwość dokonania złego wyboru nie czyni złym, tak też świadomość istnienia dobra nie czyni dobrym. Tutaj istotne są intencje, ale przede wszystkim mające swe źródło w wolnej woli decyzje.
Jeżeli zło jest wszystkim tym, co różni się od boskiej woli, dobro jest z jego wolą tożsame; dobro jest wolą Wszechświatowego Ojca. I brak tu miejsca na odcienie szarości. Albo wybierasz dobrze — zgodnie z boską wolą, albo czynisz zło. Brzmi radykalnie? Zredefiniuj zło i dobro.
Zauważysz, że nieskalane błędem, nieprzerwane dobro wypływa z całkowitej jedności z Bogiem; i tylko stamtąd. Aby robić (wybierać) wyłącznie dobrze, musielibyśmy znać jego plany, w pełni je rozumieć i bezbłędnie realizować. Tak jak nam podpowiada. Bo zdolność do urzeczywistniania dobra jest wprost proporcjonalna do wrażliwości na przewodnictwo Dostrajacza Myśli. Ale jak można się spodziewać, „nieskończona dobroć Ojca przekracza zdolność pojmowania skończonego umysłu czasu”. Studzi to nieco entuzjazm. Z drugiej jednak strony status ewolucyjny usprawiedliwia część naszych błędów. Bywamy źli, bo dopiero upodobniamy się do Ojca Wszechświatowego. Dusza — jeżeli człowiek tego szczerze zechce — stale się wzmacnia. Nieustannie wznosimy się na skali rozwoju istoty stworzonej i swoim tempem — jeżeli taka jest nasza wola — stajemy się dobrzy; podobni Bogu. A im większy robimy postęp, tym łatwiej dostrzegamy dobro i lepiej je rozumiemy; tym mocniej też dobra pragniemy, a więc i realizujemy je częściej. W następstwie czego ujawniamy coraz mniej zła. To jest aż tak genialne w swojej prostocie.
Zanim śmiertelny człowiek ponownie narodzi się w duchu, jest on z natury podporządkowany swym wrodzonym, złym tendencjom, ale taka naturalna niedoskonałość w postępowaniu nie jest ani grzechem, ani nikczemnością. Śmiertelny człowiek dopiero zaczyna swoje długie wznoszenie się ku perfekcji Ojca w Raju. To nie jest grzeszne, gdy ktoś jest niedoskonały, czy z natury niekompletnie wyposażony. Człowiek jest wprawdzie podatny na zło, ale nie jest w żadnym sensie dzieckiem zła, chyba, że świadomie i rozmyślnie wybrał drogę grzechu i życie w nikczemności. Zło jest nieodłączne naturalnemu porządkowi tego świata, ale grzech jest postawą świadomego buntu, którą przynieśli na ten świat ci, co upadli z duchowej światłości w kompletną ciemność.
148:4.6 (1660.5)
Powyższe słowa Jezusa doskonale obrazują, w jakim miejscu wobec zła stoimy. Ale właśnie taki jest boski plan doskonalenia istot ewolucyjnych. My jednak mylimy się jeszcze w innych kwestiach. Bo czynienie zła wcale nie musi być grzechem. Ta prawda w katolickiej świadomości wywoła zwarcie. Szczególnie kiedy „złem jest widzieć grzech tam, gdzie grzechu nie ma; nie widzieć grzechu tam, gdzie jest grzech”.
Tu dobrym przykładem będzie odstępstwo adamiczne z czasów Edenu. Bo Ewa, choć urzeczywistniła zło, nie zgrzeszyła. Ewa chciała wypełniać wolę Boga, ba, doskonale wiedziała, jako ona jest i żyła z nią w zgodzie. Do czasu. Chociaż zmierzała do boskiego celu, chciała dotrzeć tam innymi niż jego, w jej mniemaniu lepszymi i skuteczniejszymi, metodami. I tu popełniła błąd. Mimo że wierzyła, że to się uda, mimo że była przekonana, że tak jest dobrze i miała dobre intencje, wybrała zło. Bo czynieniem zła (niekoniecznie grzechem!) jest każde, najmniejsze odstępstwo od boskiego planu. Nawet kiedy wynika jedynie z nieodpowiednich metod działania, aby ten plan zrealizować.
Dla tych, którzy planują i popełniają zło, nie wyniknie z tego nic dobrego; ale istotną prawdą jest, że wszystkie rzeczy, zatem i potencjalne i przejawione zło, funkcjonują razem dla dobra wszystkich. Nie wolno rozumieć tego na opak, a więc usprawiedliwiać zła dobrem ogółu. Oznacza to raczej, że żadne zło nie powstrzyma dobra; że (jak chociażby w przypadku istot ewolucyjnych) początkowe zło, zawsze ostatecznie przekształci się w dobro; a nawet, że zło obrodzi większym dobrem. Pewnie w tej chwili wygląda to nieco inaczej, niemniej zło Ewy na pewno przyniesie wiele dobra. Złe dobrego początki dobitnie udowadnia poniższy Przekaz:
Z początku przewrót Lucyfera zdawał się być prawdziwą klęską dla systemu i dla wszechświata. Stopniowo zaczęły płynąć z niego korzyści. Gdy upłynęło dwadzieścia pięć tysięcy lat czasu systemu (dwadzieścia tysięcy lat czasu Urantii), Melchizedecy zaczęli nauczać, że dobro wynikające z ekstrawagancji Lucyfera wyrównało wyrządzone zło. Jak dotąd suma zła jest prawie stała, wzrasta tylko na pewnych odosobnionych światach, podczas gdy korzystne reperkusje wciąż się mnożą i szerzą po całym wszechświecie i superwszechświecie, aż do Havony. Teraz Melchizedecy nauczają, że dobro wynikłe z buntu w Satanii przekracza ponad tysiąckrotnie sumę całego zła.
54:6.6 (619.3)
Bóg zła
Często zmącone przez interpretacje, czasem pewnie też to rzeczywiste, niemniej wszyscy zło widzimy. Wątpię, by ktokolwiek odważył się powiedzieć, że zło nie istnieje. A z tak przyziemnej perspektywy trudno oprzeć się wątpliwościom. Pytamy więc: Skąd wzięło się zło? Czy to Bóg je stworzył? Jak nieskończenie dobry Ojciec może obarczać swe ukochane dzieci tak bolesnymi skutkami powszechnego zła? A jeżeli nie on je stworzył, dlaczego w swej wszechmocy pozwala, aby istniało?
Myślę, że na którymś z etapów swoich dociekań, podobne pytania zadaje sobie każdy poszukujący Boga człowiek. Tego typu wątpliwości w największej mierze wynikają z błędnego rozumienia zła i miał je również jeden z uczniów Jezusa. Zadał mu niemal identycznie pytania. Jezus odpowiedział tak: „Bracie mój, Bóg jest miłością; musi zatem być dobry, a jego dobroć jest tak wielka i rzeczywista, że nie może mieścić w sobie tak małych i nierzeczywistych rzeczy jak zło. Bóg jest tak pozytywnie dobry, że absolutnie nie ma w nim miejsca na negatywne zło. Zło jest niedojrzałym wyborem, bezmyślnym, chybionym krokiem tych, którzy są oporni na dobro, odrzucają piękno i nie są lojalni wobec prawdy. Zło jest tylko nieprzystosowaniem, wynikającym z niedojrzałości albo destrukcyjnym i wypaczającym wpływem ignorancji. Zło jest nieuniknioną ciemnością, która podąża za niemądrym odrzuceniem światła. Zło jest tym, co mroczne i nieprawdziwe i tym co, jeśli świadomie wybrane i rozmyślnie zaaprobowane, staje się grzechem. Twój Ojciec w niebie, obdarzając cię zdolnością wyboru pomiędzy prawdą a błędem, stworzył negatywny potencjał pozytywnej ścieżki światła i życia; jednak takie błędy zła w rzeczywistości nie istnieją, dopóki inteligentna istota poprzez niewłaściwy wybór drogi życia nie zapragnie, by zaistniały. A później, w wyniku świadomego i zamierzonego wyboru tak upartej i buntowniczej istoty, takie zło zostaje wyniesione do poziomu grzechu. Dlatego nasz Ojciec w niebie pozwala, aby dobro i zło szły w parze, aż do końca życia, tak samo, jak natura pozwala pszenicy i wyce rosnąć obok siebie, aż do żniw”.
No dobrze, ale komu to zło w ogóle w takim wypadku jest potrzebne? Czemu Bóg po prostu nie stworzył nas dobrymi? Wszystkim byłoby łatwiej. To zresztą niemal sadyzm tak patrzeć, jak się miotamy, gubimy; jak cierpimy. Bóg ma przecież moc, żeby zła ot tak się pozbyć.
Bardzo lubię poniższy fragment Księgi Urantii. Mowa w nim o koniecznościach. Chętnie do niego wracam, bo pomaga mi zrozumieć, że tak definiowane zło jest nam wręcz niezbędne; przy okazji przypomina, jak niesprawiedliwe oskarżamy Boga o niekonsekwencję czy dokuczliwość.
Niepewności życia i zmienne koleje bytu w żaden sposób nie zaprzeczają idei uniwersalnej wszechwładzy Boga. Całe życie istoty ewolucyjnej jest najeżone określonymi koniecznościami. Rozważcie, co następuje:
3:5.5 (51.4)
1. Czy odwaga – siła charakteru – jest pożądana? W takim razie człowiek musi wychowywać się w środowisku konieczności, mocując się z trudnościami i reagując na niepowodzenia.
3:5.6 (51.5)
2. Czy altruizm – służenie swoim bliźnim – jest pożądany? W takim razie doświadczenia życiowe muszą dać możliwość napotkania sytuacji nierówności społecznych.
(51.6) 3:5.7
3. Czy nadzieja – majestatyczne zaufanie – jest pożądana? W takim razie egzystencja ludzka wciąż musi być nękana niebezpieczeństwami i powtarzającymi się niepewnościami.
3:5.8 (51.7)
4. Czy wiara – najwyższa pewność myśli ludzkiej – jest pożądana? W takim razie umysł ludzki musi znaleźć się w tak kłopotliwym położeniu, w którym zawsze wie mniej, niż może uwierzyć.
3:5.9 (51.8)
5. Czy miłość do prawdy i gotowość pójścia dokądkolwiek ona prowadzi, jest pożądana? W takim razie człowiek musi rozwijać się w świecie, w którym istnieje błąd a fałsz jest zawsze możliwy.
3:5.10 (51.9)
6. Czy idealizm – koncepcja zbliżająca do boskości – jest pożądany? W takim razie człowiek musi się trudzić w środowisku względnego dobra i piękna, w otoczeniu pobudzającym niepohamowane dążenie do lepszych rzeczy.
3:5.11 (51.10)
7. Czy lojalność – poświęcenie się najwyższym obowiązkom – jest pożądana? W takim razie człowiek musi iść naprzód pośród możliwości zdrady i dezercji. Wartość poświęcenia się obowiązkom polega na zakładanym niebezpieczeństwie odstępstwa.
3:5.12 (51.11)
8. Czy bezinteresowność – duch samozaparcia – jest pożądana? W takim razie człowiek śmiertelny musi żyć twarzą w twarz z nieustannym wołaniem o uznanie i zaszczyt ze strony nieuniknionego egocentryzmu. Człowiek nie mógłby żywiołowo wybierać życia na sposób Boży, gdyby nie było samolubstwa do poniechania. Człowiek nigdy nie mógłby stawiać na zbawcze trzymanie się prawości, gdyby nie było potencjalnego zła do wywyższania i dobra do wyróżnienia, na zasadzie przeciwieństwa.
3:5.13 (51.12)
9. Czy przyjemność – zadowolenie w szczęściu – jest pożądana? W takim razie człowiek musi żyć w świecie, gdzie zawsze istnieje alternatywa bólu i prawdopodobieństwo cierpień, możliwych do doświadczenia.
3:5.14 (51.13)
Napięcie wytwarzane przez potencjał zła nadaje pęd ewolucji. Dlatego potrzebujemy zła. Dobrowolny rozwój w kierunku doskonałości, nie byłby możliwy, gdyby nie dano nam wyboru. Żeby wola była wolna, musi mieć z czego wybierać, a w wariantach dostrzegać różnice. Oczywiście istnieją światy doskonałe, zamieszkane przez wyłącznie dobre istoty — osobowości, które nigdy nie popełniają błędów. Z tym że w przeciwieństwie do nas tak zostały stworzone; po prostu i od razu. Nie potrzebują zła, żeby zawsze wybierać dobrze. Nie wiem czemu, akurat tak musi to działać. Nie wiem, dlaczego my się szarpiemy, a oni nie (wbrew pozorom wcale nie jesteśmy poszkodowani). Taka jest wola Boga. I w zgodzie z jego planem, w wielkim wszechświecie, kiedy zapełnia się tak uzupełniającymi się bytami — tymi, którzy są doskonali, ale zła nie doświadczyli oraz tymi, którzy doświadczając zło, doskonali się stają — panuje kosmiczna synergia.
Musimy pamiętać, że dla dokonania moralnego wyboru konieczna jest tylko możliwość zaistnienia zła, nie jego realizacja. Zło jest więc teoretycznym produktem ubocznym wolnej woli. Nie boską sprawką.
Istoty doskonałe choć mogą, nie wybierają zła. My wybieramy i tym sposobem realizujemy prawdziwe zło urzeczywistniane w sprzeczności z wolą Boga. I chociaż zależne jest wyłącznie od naszych decyzji, i tak przypisujemy je Bogu. Mamy też subiektywne zło — okoliczności, które mamy za złe, bo się nam nie podobają; bo ich nie rozumiemy i których pod wpływem słabej wiary uparcie zrozumieć nie chcemy. Złem mianujemy wszelki dyskomfort, Bogu robiąc wyrzuty, że na takie fałszywe zło — na zło, bez którego nie moglibyśmy nazywać się ludźmi — pozwala. I to zło również zależne jest wyłącznie od nas; i co zabawne, tak samo przypisujemy je Bogu.
Nie dość, że śmiemy Boga nazywać złym i niesprawiedliwym, nie dość, że obarczamy go odpowiedzialnością za zło, które jest przecież wszystkim tym, czego on nie chce, to utrzymując, że obraził się na nas, obrażamy się za to na niego. Unieszczęśliwiamy się sami i siebie nawzajem, złorzecząc, że Bóg sprowadza na nas nieszczęścia. Mamy żal, że się od nas dystansuje, kiedy to sami się od niego odwracamy. A Bóg i tak ani tego, ani niczego innego nigdy nie będzie nam miał za złe. Nigdy z nas nie rezygnuje. Choćbyśmy zbłądzili w najgłębsze mroki, bluźnili i go wyszydzali. Wystarczy jedna dobra decyzja.
Błąd
Dopóki będziemy pamiętać, jak Księga Urantii definiuje zło, zrozumienie pozostałych powiązanych terminów nie powinno przysparzać większych trudności.
Błąd jest złem w praktyce; ale jeszcze nie grzechem. Błąd, tak jak grzech, urzeczywistnia zło, które do tego czasu było tylko potencjalne. Podczas gdy kontrastujące ze sobą dobro i zło tworzą potencjał błędu, błędem faktycznym jest nieświadomy i niezamierzony wybór zła. „Nieświadomy” i „niezamierzony” to słowa klucze. Sama możliwość popełnienia błędów nieodłączna jest nabywaniu mądrości. Widząc błędy (zrealizowane zło), zauważymy jak być dobrymi; popełniając błędy, dowiadujemy się jak stawać się lepszymi. Powiedzenie „człowiek uczy się na błędach” okazuje się mieć więcej sensu, niż wcześniej mogło się zdawać.
Z zewnątrz nie dowiesz się, co w praktyce zawsze jest błędem. Z Księgi Urantii też nie. Wprowadzenie w życie tych nauk zawsze jest w gestii naszej religii. I chociaż nie w otoczce gróźb, Przekazy mówią o popełnianiu i niepopełnianiu błędów. Czytając je ze świadomością, jak należy to słowo rozumieć, nie raz zyskują nowe znaczenia.
Grzech
Grzech, podobnie jak błąd, wyłania się na fundamencie zła. Grzech tak jak zło istnieje potencjalnie tam, gdzie istoty otrzymały możliwość wyboru. Bo wolna wola ma tu nadrzędne znaczenie. Błąd i grzech mają wspólny mianownik — urzeczywistniają zło — diametralnie się jednak różnią. Granicą oddzielającą błąd od grzechu jest jakość dokonanego wyboru. Błędem jest nieumyślny wybór zła. Grzech jest postawą osobowości, która przeciwstawia się woli Boga całkowicie świadomie i z premedytacją.
Tym razem kościelna definicja również byłaby całkiem trafna, gdyby nie jej wątłe fundamenty. Bo organizacje religijne grzechem obwołują przede wszystkim to, co im zagraża. I kiedy wątpisz w Kościół, nie ufasz Bogu; jeżeli nie jesteś Kościołowi posłuszny, sprzeciwiasz się Bogu; jeżeli o kościelnych postawach wypowiadasz się inaczej niż pochlebnie, przeciwko Bogu bluźnisz. Kościół, czy raczej jego hierarchowie-decydenci mają się za Boga. Dlatego dobrem jest ich wola, a grzechem sprzeciwianie się jej.
Praktykować zło możemy z wielu powodów. Przez pomyłkę, z powodu ignorancji, z lenistwa, ze strachu, ale też w dobrej wierze i z najlepszymi intencjami. Jednak o takich uczynkach mówić należy w kategorii błędu. Grzech to akt rozmyślnego i zamierzonego buntu woli indywidualnej istoty przeciwko woli Ojca Wszechświatowego; jest miarą świadomego sprzeciwu wobec boskiego przewodnictwa. Możliwość, że błędny osąd stanie się grzechem, istnieje wyłącznie wtedy, kiedy wola ludzka świadomie zaaprobuje taki osąd i rozmyślnie go przyjmie. Księga Urantii mówi wprost: „Grzech musi zostać przedefiniowany, jako umyślna nielojalność wobec Bóstwa”.
Mową, uczynkiem i zaniedbaniem
Nowa definicja grzechu jest potrzebna. Powiązana z prawdziwą religią wyzwala, zabierając kapłanom przywilej autorytarnego wskazywania grzechu i piętnowania grzeszników. I choć klarowna, nie jest niestety łatwa. Myślę, że nie będę osamotniony w swoich wątpliwościach.
Ewolucyjna niedojrzałość popycha nas ku błędom; zawężony punkt widzenia je rozmywa. Błądzimy we mgle, nie zauważając prawdy i nawet w dobrej wierze postępujemy wbrew ojcowskiej woli; jak Ewa. Dlatego w następstwie błędów nieumyślnie urzeczywistniamy zło. Zadaję sobie jednak pytanie: Skąd mamy mieć pewność, jaka jest wola Boga? Wydaje się, że tylko z taką wiedzą, można się jej przeciwstawiać rozmyślnie, a co za tym idzie grzeszyć. Inaczej będą to tylko błędy. Może nie trzeba mieć pewności, ale przydałyby się jakieś namacalne przesłanki (chociażby takie, jakie otrzymywaliśmy w czasach Edenu czy Jezusa). Mam tu też na uwadze, że jesteśmy (możemy być) agondonterami — ewolucyjnymi istotami obdarzonymi wolą, które „wierzą, nie widząc”. A, że wiele wskazuje na to, że agondonterzy nie są powszechnym zjawiskiem we wszechświecie, byłbym skłonny przyjąć, że inni jednak coś widzą. Aby ateiści mogli grzeszyć, tak świadomym, jak to deklarują, odrzuceniem Boga, musieliby najpierw wiedzieć o jego istnieniu. A wychodzi, że najczęściej błądzą zbałamuceni durnotami Kościoła i oszołomieni nieomylnością nauki. I jeżeli się buntują, to raczej przeciw związkom wyznaniowym i ich egotycznej polityce, a nie przeciwko Bogu jako takiemu.
Przekazy mówią, że uczciwe wątpliwości i szczere pytania nie są grzechem — taka postawa co najwyżej opóźni duchowy rozwój. Wolno więc wątpić; błądzić też jest łatwo. Ale w jaki sposób mamy zgrzeszyć? Nie wiem.
Z drugiej zaś strony, zgodnie z tym, co czuję, wyjaśnienie takich dylematów jest niemal trywialne. Bo to my sami najlepiej wiemy, jaka jest boska wola. Nie z namacalnych dowodów, nie słuchając się kogoś czy z książek, ale z samego źródła. Bóg osobiście, za pośrednictwem Dostrajaczy Myśli, każdemu śle odpowiednie sygnały. Abyśmy samodzielnie uzmysłowili sobie, co rzeczywiście jest dobre a co nie. I kiedy błądzimy mamy tego świadomość (niekoniecznie związaną z wyrzutami sumienia) — Boski Dostrajacz upomina nas za każdym razem. Będzie to robił, aż zdamy sobie sprawę, że nasze poczynania są po prostu złe; a nawet i długo potem. Dlatego prawdziwa religia jest jedynym wiarygodnym drogowskazem na drodze ku Bogu. A posiada ją każdy; niezależnie od tego, co ma o sobie do powiedzenia. I kiedy człowiek świadomie i wytrwale zaprzecza swojej religii; kiedy raz po raz decyduje, by nie zauważać, że robi źle; kiedy mimo że wie, jak stawać się lepszym, ciągle wybiera tylko własne wygody, nie zważając na drugiego; kiedy ciągle tłumi to najszczersze poczucie, które zawsze w sobie nosi… Może tak w sercu rodzi się grzech — świadome zaprzeczanie boskiej rzeczywistości?
Traktuj to jednak wyłącznie jak gdybanie; nie będę nikogo przekonywał, do swoich teorii. Ale zredefiniowany grzech i tak może pomieszać strony. Gdy z jednej stoją bezbożni ateiści, którzy w zgodzie ze swoimi wewnętrznymi przewodnikami bezwiednie żyją prawdziwą religią, a z drugiej ci najświętsi, co to twierdzą, że głoszą słowo boże, służąc bliźnim, kiedy w głębi duszy są w pełni świadomi swej obłudy i interesowności.
Echo grzechu
Grzech jest wyłącznie osobisty. Jednak jego reperkusje mogą i dotyczą innych. Namacalne skutki grzechu, wykrzywiające społeczne, intelektualne i administracyjne sfery ludzkiego bytu, nigdy nie są lokalne. Jednak konsekwencje duchowe, a jeżeli wierzysz, to tylko takie mają prawdziwy sens, dotykają wyłącznie grzesznika. Nikt nigdy duchowo nie ucierpiał z powodu cudzych grzechów. Każdy odpowiada wyłącznie za siebie.
Braterstwo ustanawia fakt pokrewieństwa pomiędzy każdą osobowością w egzystencji wszechświatowej. Nikogo nie mogą ominąć korzyści czy straty, jakie mogą wyniknąć na skutek związku z innymi osobami. Część korzysta lub cierpi proporcjonalnie w stosunku do całości. Dobre wysiłki każdego człowieka przynoszą korzyść wszystkim ludziom; błąd albo zło każdego człowieka przysparza kłopotów wszystkim ludziom. Jak postępuje naprzód część, tak do przodu posuwa się całość. Jaki rozwój całości, taki rozwój części. Względne prędkości części i całości decydują o tym, czy część hamowana jest przez bezwładność całości, czy pociągana jest naprzód przez pęd kosmicznego braterstwa.
12:7.11 (138.6)
Dobro pączkuje, zło więdnie. Administracyjne sekcje wielkiego wszechświata, od planet, systemów po superwszechświaty, są jak żywe organizmy; ty także, ze swoim otoczeniem taki żywy organizm tworzysz. Musimy więc użerać się z innymi i obrywać rykoszetami ich wybryków, ale tak faktycznie to oni szkodzą tylko sobie. I analogicznie — przyjemnie jest czerpać z dobra innych; wznoszą się jednak wyłączni ci, którzy to dobro urzeczywistniają. To prawda, że grzech zabija. Nikczemników. Wiecznemu życiu zagraża wyłącznie świadoma decyzja umysłu i wybór duszy. Twoja decyzja i twój wybór. Czyjeś grzechy nigdy nie pozbawią drugiej istoty boskiego prawa do wiecznego przetrwania osobowości.
W kościelnych murach
Kościół katolicki niezmiennie pogrywa poczuciem winy swoich wiernych. Zresztą nie tylko Kościół. Religie, każda w roli Boga, dowolnie ustalają grzechy i wskazują grzeszników; w jego imieniu precyzują kary za grzechy i nimi grożą. Nie potrafią jedynie ich egzekwować… Mogą jednak grzechy odpuszczać. Ale jako Bóg, same nie mogą i nie popełniają błędów. Dlatego Kościół tak niezmordowanie trzyma się swych objawionych faktów. Ewoluujemy, a Kościół katolicki gaśnie w oczach. Mógłby doktrynę dostroić do rzeczywistości, woli jednak udawać, że to rzeczywistość dostraja się do jego doktryny. Ale ludzie nie są już tacy naiwni jak kiedyś.
Przekazy Urantii kolejny raz rozprawiają się z religijnymi skamielinami. Czytając Księgę, dowiesz się np. że grzech pierworodny nie istnieje. A nawet gdyby Ewa rzeczywiście zgrzeszyła, w świetle tego, co tu powiedziałem, skutki tej nielojalności nam i tak by nie zagroziły. Grzechem nie sposób się zarazić; nie można do niego namówić ani zmusić, a Szatan nikim nie włada. Grzech nie wiąże się z materią. Wypadki fizyczne nie karcą za grzechy rodziny; upośledzone dzieci nie rodzą się z boskiego gniewu. Bóg zresztą nigdy na nikogo się nie gniewa. Grzechu nie dziedziczymy. Jak adamicznego, tak rodzinnego, rasowego, czy po prostu ludzkiego. Dlatego też Syn Boży nie musiał umrzeć na krzyżu za domniemane grzechy ludzi i nie za nie umierał. Sam Jezus zresztą nauczał, że „Bóg grzechy już wybaczył”.
Odpuszczenie grzechów
Wyrzuty sumienia uświadamiają pogwałcenie obyczajów, niekoniecznie jednak muszą ukazywać grzech. Dlatego też spowiedź, z czysto duchowego punktu widzenia, jest zbędna. Zrzucenie ciężaru z sumienia na pewno jest zdrowe (a księdza śmiało zastąpić może przyjaciel lub terapeuta), nie złagodzi jednak konsekwencji ewentualnego grzechu. Grzech jest przecież w pełni świadomy i rozmyślny. Przeciwstawić się mu może tylko autentyczna skrucha. Nieszczere wyznanie nie ma wartości duchowej.
Takie nauczanie pomoże nam uzmysłowić sobie, że do odpuszczenia ewentualnych grzechów nie są nam potrzebni kapłani ani zbożne procedury. Mogą wręcz zaszkodzić, kiedy wierny za ich pośrednictwem w dziecinny sposób spróbuje oszukać Boga. Kiedy czuje i wie, że postępuje źle, ale swoje niepewności uśmierza przyziemną pokutą wyznaczoną przez księdza. Dziesięć „Zdrowaś Mario” i ma u Stwórcy czystą kartę; może znowu i wciąż rozrabiać.
To, że ktoś może świadomie chcieć urzeczywistniać zło, zatem grzeszyć, świadczy o istnieniu wolnej woli; życie w zgodzie z boskim planem też jest przecież przede wszystkim wyborem woli. Wola może jednak w każdej chwili zadecydować o zmianie postępowania. Dlatego dobry może zacząć grzeszyć. Dlatego też grzesznik może wrócić na ścieżkę prawdy. I ten gest woli wystarczy. Nie trzeba pokuty, kar ani ofiar; nie będzie wypominania ani piętnowania. Szczera skrucha jest wszystkim, czego Bóg oczekuje od grzeszników. Taki zresztą też jest wydźwięk przypowieści o synu marnotrawnym. Nie ma znaczenia kto i jak mocno pobłądził. Bo jeżeli zechce wrócić, Bóg na pewno go przyjmie.
Nie bądźmy jednak dziecinni. Przed Bogiem nie ukryjemy się w szafie. Udawana skrucha, motywowana pustym strachem przed karą, czy, co gorsza wyłącznie na pokaz, choćby poprzedzona rozdaniem majątku i poparta życiem w ascezie, nigdy nie będzie wartościowa. O szczerej skrusze Bóg dowie się jeszcze zanim uda się ją nam zwerbalizować; dlatego wybacza grzechy, zanim zdążymy go o to poprosić. Jezus nauczał, że to my sami, przebaczając bliźnim, umożliwiamy Bogu odpuszczanie naszych grzechów. Wybaczając innym, uświadamiamy sobie, że i nam można przebaczyć; tworzy to w ludzkiej duszy zdolność przyjęcia przebaczenia bożego.
Ile Bóg ma cierpliwości dla grzeszników? Dużo. Istnieje okres, zwany miłosierdziem, który pozwala każdej krnąbrnej istocie na zmianę zdania i powrót. Nie wiem, jak długo Bóg bywa miłosierny dla nikczemników, Przekazy mówią, że czas ten jest „wystarczający”; jednak kiedyś się kończy. Jezus powiedział: „Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam, wszystkie wasze grzechy będą odpuszczone, nawet wszystkie wasze bluźnierstwa, ale ktokolwiek będzie przeciwko Bogu bluźnił rozmyślnie i z nikczemną intencją, nigdy przebaczenia nie uzyska. Albowiem tacy wytrwali niegodziwcy nigdy nie będą szukać przebaczenia, ani też nigdy go nie przyjmą, są winni grzechu wiecznego odrzucenia Boskiego przebaczania”.
Słowa Michała Stwórcy wydają się potwierdzać to, co podpowiada intuicja. Wolna istota zawzięcie kierowana grzechem ślepnie na prawdę; czy raczej udaje, że nie widzi, jak bardzo błądzi. Wzgardza więc miłosierdziem i zaćmiona dumą lub pychą może nigdy nie zechcieć przebaczenia. Pomyśl, jak człowiek potrafi czasem wytrwale tkwić w swoich mylnych poglądach, oszustwach czy kłamstwach; nawet w niepodważalnym świetle prawdy. Jak bywa zbyt dumny, by mógł przyznać się do oczywistego błędu. Jak umie, nawet kiedy już doskonale zdaje sobie z tego wszystkiego sprawę, zaciekle w swoje kłamstwa wciąż brnąć i z pogardą odrzucać propozycje zgody. Do samego końca.
Nikczemność
I kiedy grzech wybiera się wiele razy i często się go powtarza, może wejść w nawyk. Notoryczni grzesznicy łatwo mogą się stać nikczemnikami – konsekwentnymi buntownikami przeciwko wszechświatowi i wszystkim jego boskim rzeczywistościom. Podczas gdy wszystkie rodzaje grzechu mogą być wybaczone, wątpimy, czy zatwardziały nikczemnik może kiedykolwiek żałować za swoje nieprawości, czy też zaakceptować przebaczenie za swoje grzechy.
67:1.6 (755.2)
„Nikczemność” jest w pewnym sensie przedłużeniem grzechu. Księga Urantii definiuje nikczemność jako rozmyślne, konsekwentne i uporczywe przeciwstawianie się boskiej woli. Błędy są następstwem pomyłek; grzech może być jednorazowym zuchwalstwem. Nikczemność to wytrwałe i świadome dążenie do grzechu — najwyższy stopień sprzeciwu wobec woli Wszechświatowego Ojca. „Polega na otwartym i trwałym buncie przeciw rozpoznanej rzeczywistości i oznacza taki poziom dezintegracji osobowości, który graniczy z kosmicznym obłędem”. Od wewnątrz nikczemność jest objawem zanikania kontroli, jaką sprawuje osobowość; na zewnątrz ujawnia tymczasową (na czas miłosierdzia) rzeczywistość wszelkiego, nieutożsamiającego się z Bogiem jestestwa.
Nikczemność po kawałku urywa osobiste połączenie stworzonego ze Stwórcą. I to nie jest tak, że Bóg się obraża i odgradza od swoich grzesznych dzieci. Nie. To nikczemnicy, decyzjami ich własnej woli, wciąż i ciągle oddalając się od niego, stopniowo nadszarpują nić łączącą ich z rzeczywistością. Nawet kiedy mają pełną świadomość, że kiedy ta się zerwie, zginą.
Śmierć
Karą za nikczemność, a faktycznie jej nieuniknionym następstwem, jest śmierć. Ostatecznym rezultatem uporczywego grzechu jest unicestwienie. Ateiści mogą więc mieć rację. Jeżeli szczerze, w zgodzie z wolną wolą, konsekwentnie będą odrzucać boski zew doskonałości, po śmierci pozostaną po nich wyłącznie rozproszone w kosmosie składniki fizyczne, a ich świadomość na zawsze zniknie…
Rozmyślny grzech i niczym niezłagodzona nikczemność są naturalnie i automatycznie samobójcze. Takie postawy kosmicznej nierzeczywistości mogą trwać we wszechświecie tylko z powodu tymczasowego miłosierdzia. Bo to nie Bóg zabija. Bóg czeka z nadzieją na powrót grzesznika do ostatniej nawet chwili. Jedyne, co może, to ze smutkiem patrzeć, jak jego dzieci, zamiast cieszyć się tym, co dla nich przygotował, decydują się umrzeć. Bóg jest rzeczywistością. Dlatego takie utożsamione z grzechem osoby w końcu stają się po prostu nierzeczywiste; nieistniejące. W ostatecznym rozrachunku decyzją wolnej woli, którą uszanuje sam Bóg, niszczą się same.
Konsekwencją świadomego i szczerego utożsamiania się z grzechem (więc i ze złem) jest unicestwienie (nieistnienie). Zatem prawdą jest, że „zapłatą za grzech jest śmierć”. Ostateczny sąd nad taką nikczemną jednostką jest doskonale sprawiedliwy i zadowalający dla wszystkich zainteresowanych osobowości wszechświata; tak uczciwy, że uzyskuje aprobatę samego grzesznika.
Jedyny wybór
Wyobraź sobie, że jednym z przejawów obecności Ojca Wszechświatowego jest pewnego rodzaju energia. Nieważne, jaki to typ energii ani jak faktycznie działa. Niech jest to wszechobecne pole jakby elektromagnetyczne, czy swoisty rodzaj powietrza lub światła; możesz to nazwać miłością — w tej chwili to tylko filozoficzny symbol. Niemniej to właśnie z tej energii Bóg konstruuje wszechświat; budulec jest zatem obecny w każdej najmniejszej jego części. Wyobraź sobie, że taka energia tworzy wszystko, jest wszystkim i wszystko podtrzymuje; że to z niej składa się jedyna realna rzeczywistość. Dlatego też jesteśmy rzeczywiści — żyjemy, ponieważ energia Ojca nas tworzy, w nas krąży i na nas oddziałuje. Gdzie nie ma jego energii, nie istnieje nic; tam, gdzie jej nie ma, nigdy nic nie istniało, a jeżeli się nie pojawi, nigdy nie zaistnieje. Wyobraź sobie, że wszechświat tylko tak może działać — pod wpływem i dzięki energii-obecności Stwórcy; dzięki jego miłości.
Wraz z tą boską energią dostajesz też wybór. Możesz pozwolić, aby przez ciebie płynęła i rozprzestrzeniała się innych, a tym samym tworzyć rzeczywistość; możesz też jej zaprzeczać, zdusić w sobie i więcej jej nie przyjmować, tym samym niszczyć potencjał tego, co mogło się z niej wyłonić. Kreując rzeczywistość, sam stajesz się coraz bardziej rzeczywisty; aż do momentu, kiedy będziesz wieczny. Przecząc rzeczywistości, stajesz się rzeczywisty coraz mniej; aż do momentu, kiedy przestaniesz istnieć w ogóle.
Wszyscy bywamy zagubieni. To nasza rzeczywistość. Dlatego błądzimy i się miotamy. Mamy jednak w sobie tę nienazwaną energię-obecność i jestem przekonany, że każdy w taki czy inny sposób ją czuje. Wolno nam o niej zapominać i zdarza się, że mylnie ją interpretujemy. Jesteśmy tylko ludźmi. Możemy jednak stopniowo i subiektywnie się do niej ustosunkowywać. W każdym teraz potrafimy świadomie zadecydować, co z tą energią zrobimy i tym sposobem wybrać swoje przeznaczenie.
PS Grzesznicy
Każdy impuls każdego elektronu, myśli czy ducha, jest funkcjonalną jednostką całego wszechświata. Tylko grzech jest osamotniony a grawitacja zła napotyka opór na poziomach umysłowych i duchowych. Wszechświat jest całością; żadna rzecz ani istota nie istnieje ani nie żyje w izolacji. Samorealizacja jest potencjalnym złem, jeśli jest antyspołeczna. Jest literalną prawdą, że „nikt nie żyje dla siebie”. Kosmiczne uspołecznienie stanowi najwyższą formę zjednoczenia osobowości. Jezus powiedział: „Kto by między wami chciał stać się wielkim, niech będzie waszym sługą”.
56:10.14 (647.5)
Mówiłem o tym już wielokrotnie i teraz także to widać — mając na uwadze sekciarskie ciągoty, Księga Urantii jest bardzo stonowana. Przez pryzmat prawdziwej religii niezwykle trudno interpretować jej zapisy jako arbitralne. Nie znajdziesz tam wytycznych co wolno ci robić, a co jest grzeszne. Odbiegając jednak od poziomu religijnych pouczeń, a nawet czystych definicji, z Przekazów można wyłowić pewne postawy, które potencjalnie mogą być niebezpieczne. Wszystkie wydają się kluczyć wokół cech biorących swój początek w szeroko pojętym egoizmie — wokół pychy, egotyzmu i egocentryzmu (często ubranych w szaty wolności i opartych na materializmie). I gdyby kontynuować wcześniejsze porównanie, egoizm, zamiast adresować boską energię na innych, stopuje ją, samolubnie kierując wyłącznie ku sobie. Znajduje to poparcie w jednym z najważniejszych boskich przykazań: „Będziesz miłował swego bliźniego jak siebie samego”.
W kontekście niniejszego materiału sporo możemy dowiedzieć się, analizując historie dwóch osobowości: Lucyfera oraz Judasza. O tym pierwszym wspomnę jedynie pokrótce, bo na pewno więcej miejsca poświęcę mu, kiedy zajmę się przebiegiem buntu w Satanii. Nieco bliżej przyjrzę się przyczynom oraz upadkowi Judasza Iskarioty.
Lucyfer
Nikt nigdy nie nakłaniał Lucyfera do wzniecenia buntu. Zanim nie uznał, że wie lepiej niż Bóg, nigdy otwarcie nie okazywał niezadowolenia z administracji wszechświata. Jego przemiana była tylko osobista.
Buntując się przeciw boskiemu porządkowi, był (przynajmniej przez jakiś czas) święcie przekonany, że jego postępowanie jest rzeczywiście dobre dla systemu; nawet dla wszechświata. I wytrwale zmierzał do obranego celu. Choć dotarł w końcu do punktu, kiedy nie miał już wątpliwości co do popełnionego błędu, nie był w stanie się zatrzymać. Lucyfer wiedział, co robi. W swojej pysze stał się jednak nieszczery nawet wobec siebie. To wtedy jego błędy przeistoczyły się w celowy i rozmyślny grzech. Bunt Lucyfera był trzecim, a pod wieloma względami najgorszym i najbardziej rozległym ze wszystkich takich zajść w Nebadonie.
Bardzo długo dawano Lucyferowi szansę okazania skruchy. Mimo iż wiedział, że się pomylił, mimo że rozumiał zło, którego stał się źródłem, ba, pomimo świadomości konsekwencji swojej nikczemności, raz za razem odrzucał proponowane mu miłosierdzie; i robił to z coraz większą pogardą.
Na Jerusem bunt się skończył. Kończy się na upadłych światach tak szybko, jak przybywają do nich Boscy Synowie. Wierzymy, że wszyscy buntownicy, którzy kiedykolwiek chcieli zaakceptować miłosierdzie, już to zrobili. Oczekujemy nadania tej transmisji, która pozbawi zdrajców osobowego bytu. Spodziewamy się, że werdykt Uversy ogłoszony będzie transmisją wykonawczą, która spowoduje unicestwienie internowanych buntowników. Potem szukać ich będziecie, ale nie znajdziecie. „Wszystkie spośród światów, które cię znały, zdumiały się nad tobą. Stałeś się dla nich postrachem. Przestałeś istnieć na zawsze”. Tak więc wszyscy ci niegodziwi zdrajcy „staną się, jak gdyby ich nie było”. Wszyscy czekają na rozporządzenie Uversy.
53:9.7 (611.6)
Judasz Iskariota
Przyczyny, dla których Judasz dopuścił się zdrady, nawarstwiały się i wzajemnie przenikały. Analizę jego postaw przeprowadzam pod kątem grzechu, jest zatem stronnicza. Jednak Judasz nie był tylko zły. Był po prostu człowiekiem, który zapracował na swój los. Co istotne, w żadnym wypadku nie chodziło mu o pieniądze. Wbrew powszechnym współcześnie naukom, dziś już symboliczne, 30 srebrników nie było motywacją Judasza.
Judasz z jednej strony był ofiarą żydowskich nauk religijnych. Jak wielu ludzi tamtych czasów oczekiwał nadejścia zbawiciela; Mesjasza, który stanie na czele najpotężniejszego narodu żydowskiego i jako nowy władca wszystkich ludzi, twardą ręką zaprowadzi królestwo boże na Ziemi. Jezus jednak nawet przez moment za takiego się nie podawał. Judasz — i w tym miejscu widzę pewną zbieżność z usposobieniem Marii — pod wpływem religii takie wizje sobie po prostu roił. Brzemię przodków mogło więc go zwodzić, Judasz jednak przede wszystkim stał się ofiarą swoich własnych wewnętrznych kłamstw.
Charakter tego apostoła kipiał od niebezpieczeństw. Judasz był typem człowieka, który nie umiał przegrywać i od dziecka kultywował zasadę wyrównywania rachunków. Nawet z tymi, którzy wyrządzali mu krzywdę wyłącznie w jego wyobraźni. Nagminnie nadinterpretował słowa czy zachowania ludzi w swoim otoczeniu. Do tego był przesadnie podejrzliwy i często chował urazę. Miał toksyczne podejście do uczciwości i lojalności, które zresztą wedle widzimisię zmieniał. Judasz wewnętrznie siebie nie rozumiał i nawet ze samym sobą nie potrafił być szczery.
Iskariota, oprócz wtłoczonych mu religijnych oczekiwań miał też rozdmuchane mniemanie o sobie i marzył o władzy. Dołączył do Jezusa z nadzieją, że w nowym świecie stanie się wielkim człowiekiem. Widział siebie jako bliskiego współpracownika najpotężniejszego króla. Miał własną wizję misji zbawiciela, ale codzienna postawa Jezusa silnie z tymi wyobrażeniami kontrastowała. Co tylko spiętrzało jego obawy i żal. Miał oczywiście okresy otrzeźwienia, ale za każdym razem, kiedy rozniecał swoje nadzieje, że może jednak będzie tak jak tego oczekiwał, Jezus robił lub mówił coś, co rozbijało te fantazje w drobny mak. W sercu Judasza pozostawała wtedy blizna zawziętej urazy. Jezus wielokrotnie ostrzegał Judasza, że błądzi. Ten jednak takie napomnienia odbierał jak personalny przytyk.
Księga Urantii mówi, że choć sobie tego nie uświadamiał, Judasz był też tchórzem. Dlatego miał skłonność przypisywać tchórzostwo Jezusowi, jako powód, dla którego ten nie upominał się o władzę i rezygnował z uznania, kiedy były na wyciągnięcie ręki. Rozczarowanie dławiło Judasza coraz mocniej wraz z rosnącym przekonaniem, że Jezus nigdy nie zechce użyć boskiej mocy dla swej (więc i jego) chwały. Był też pewien, że Jezus pozwoli, aby żydowscy władcy w końcu go zabili. Nie mógł znieść nękającej go, upokarzającej myśli, że byłby utożsamiany z ruchem, który poniósł porażkę. Wstrząsnęła nim także śmierć Jana Chrzciciela. W głębi serca Judasz zawsze miał do Jezusa żal, że nie uratował Jana; choć w jego mniemaniu z łatwością mógł (Judasz, zanim przyłączył się Jezusa, był uczniem Jana Chrzciciela).
Judasz coraz częściej rozmyślał nad swoim osobistym rozczarowaniem i w końcu stał się ofiarą swego niezadowolenia. Jego uczucia były wielokrotnie ranione i stawał się nadzwyczaj podejrzliwy wobec swoich najlepszych przyjaciół, nawet wobec Mistrza. Niebawem owładnęła nim obsesyjna idea wyrównywania rachunków, zrobienia czegokolwiek, aby mógł się zemścić, o tak, nawet zdradzając swoich towarzyszy i swego Mistrza.
139:12.9 (1567.2)
Czarę goryczy przelała zupełnie błaha sytuacja. Jezus po prostu kolejny raz zwrócił swoim uczniom uwagę. Ale był to kolejny raz, kiedy zachował się inaczej, niż oczekiwał tego Judasz. Reprymenda nie była nawet skierowana do apostoła bezpośrednio. Zdarzenie to jednak roznieciło w nim całą nienawiść, urazę i zazdrość, ożywiło wszelkie uprzedzenia i pragnienia rewanżu, jakie w sobie chował. Postanowił więc wyrównać rachunki. A że nie wiedział nawet z kim, skoncentrował się na Jezusie.
Planując zdradę, Judasz miewał momenty oprzytomnienia. Uspokajał się jednak myślą, że w razie czego Jezus ma przecież moc, żeby się uratować. Znajdował też potwierdzenie słuszności swoich planów wśród znajomych spoza otoczenia Jezusa. Ci pochlebnie zapewniali go, że żydowscy władcy jego eufemistycznie nazwane „wycofanie się” odbiorą jako wielkie wydarzenie. Pozwolili mu wierzyć, że dzięki temu natychmiast zyska wielkie zaszczyty.
Judasz przy okazji czuł się również niedoceniony. Choć przez lata współpracy z Jezusem i pozostałymi apostołami doceniał wagę swoich zadań (był apostolskim skarbnikiem), w pewnym momencie poczuł się dotknięty także tym, że Mistrz nie wyznaczył mu bardziej godnego stanowiska. Oburzał się, że nie on, a Piotr, Jakub i Jan zostali zaszczyceni bliską współpracą z Jezusem. I kiedy zmierzał do domu arcykapłana, aby omówić szczegóły wydania Jezusa, więcej myślał o wyrównaniu rachunków z Piotrem, Jakubem i Janem, niż o samej zdradzie. Ale wtedy też, w jego świadomości pojawiła się nowa, dominująca myśl: Postanowił sam zapracować na swoje uznanie; tym lepiej, jeśli mógł je zdobyć, wyrównując rachunki z tymi, którzy przyłożyli rękę do największego rozczarowania w jego życiu. W końcu zrozumiał, że królestwo, jakiego się spodziewał, nie nadejdzie. Cieszył się jednak, że jest na tyle bystry, by w porę zmienić front. Że udaje mu się przeszłe niepowodzenia w zdobywaniu sławy w spodziewanym, nowym królestwie, przekuć na zaszczyty i nagrody w świecie, który, jak wierzył, będzie wciąż trwał. W świecie, który zniszczy Jezusa, jego wyznawców, a potem też wszystko, do czego dążyli. Ostatnim, świadomym powodem Judaszowej zdrady był więc tchórzliwy lęk o własne bezpieczeństwo.
Ogromny wpływ na Judasza wywarło ośmieszanie go przez jego przyjaciół, saduceuszy. Żaden inny, pojedynczy czynnik, nie wywarł na niego tak wielkiego wpływu, przy podjęciu ostatecznej decyzji, aby porzucić Jezusa i jego towarzyszy apostołów, jak pewien epizod, który wydarzył się właśnie wtedy, kiedy Jezus dotarł do bramy miasta. Poczesny saduceusz (przyjaciel rodziny Judasza) podbiegł do niego i w duchu radosnego wyszydzania, klepiąc go po plecach, powiedział: „Dlaczego masz taką zmartwioną minę, mój dobry przyjacielu, głowa do góry i przyłącz się do nas wszystkich, kiedy okrzykujemy Jezusa z Nazaretu królem Żydów, jak wjeżdża w bramy Jerozolimy, siedząc na ośle”. Judasz nigdy nie ugiął się przed prześladowaniem, ale nie mógł znieść takiego ośmieszania. Z długo żywionymi pragnieniami zemsty zmieszał się teraz ów zgubny strach przed ośmieszeniem, to straszne i przerażające uczucie wstydu za swojego Mistrza i współbraci apostołów. W swym sercu, ten wyświęcony ambasador królestwa już był dezerterem; teraz pozostawało mu tylko znaleźć jakieś wiarygodne usprawiedliwienie otwartego zerwania z Mistrzem.
172:5.13 (1887.1)
Judasza długo dręczyły uporczywe, samolubne, mściwe, wręcz nienawistne myśli. Ambicja, kiedy zjednoczona z samolubstwem i gdy stymulowana przez długo tłumione pragnienie zemsty, może wyrządzić wiele szkód. Judasz pożądał doczesnych zaszczytów i z biegiem czasu żądza ta przepełniała go coraz mocniej. Inni apostołowie mieli podobne pragnienia, wszak byli tylko ludźmi, ale kochali Jezusa i starali się, najlepiej jak umieli, kochać prawdę, której nauczał. Zdrada Judasza nie wynikła ze spontanicznej decyzji motywowanej łatwym zarobkiem; była raczej następstwem przewlekłych wewnętrznych procesów, które Judasz z lubością pielęgnował.
Zbyt wielu z nas na własnej skórze przekonało się o tym, że miłość, nawet jeśli kiedyś prawdziwa, przez rozczarowanie, zazdrość czy urazę, może przekształcić się w końcu w prawdziwą, ślepą i bezmyślną nienawiść. Jak mówi Księga Urantii, przypadek Judasza ilustruje prawdziwość powiedzenia: „Jest droga, co komuś zdaje się słuszną, lecz w końcu prowadzi do zguby”.
Ostatnia wieczerza ugościła ostatnią decyzję zdrajcy. Judasz był na tyle arogancki, że kiedy inni apostołowie, oczkując przybycia Jezusa, zastanawiali się, czy sami mają rozsadzić się przy stole, czy raczej się wstrzymać i polegać na decyzji Mistrza, sam po prostu zajął najbardziej honorowe miejsce. Po lewej stronie gospodarza. Gospodarza, którego postanowił wydać na śmierć. Jakże był zdeterminowany, bo nawet kiedy Jezus dawał mu kolejne szanse, aby mógł się ze swoich zamiarów wycofać, nie chciał z nich skorzystać.
Po zdradzieckim pocałunku Judasza nękały wyrzuty sumienia. Zaczynał czuć rozczarowanie nagrodą, jaką miał dostać w ramach zapłaty. Co smutne, nagroda ta nie została w żaden sposób konkretnie ustalona! Wyobrażał sobie, że zostanie wezwany na pełne posiedzenie żydowskiej Wysokiej Rady i że tam wysłucha pochwał na swój temat; spodziewał się, że wtedy również otrzyma odpowiednie zaszczyty, w uznaniu wielkiej zasługi, którą jak sobie schlebiał, oddał całemu swojemu narodowi.
Kiedy Judasz przybył po zapłatę, służący kapłana wręczył mu trzydzieści srebrników — cenę dobrego, zdrowego niewolnika; a następnie go odprawił. Judasz był osłupiały. Zamierzał apelować bezpośrednio przed Radą, ale ci nawet nie chcieli go do siebie wpuścić. Nie mógł uwierzyć, że w nagrodę za zdradę przyjaciół zaoferowano mu zaledwie trzydzieści srebrników. Był upokorzony i zupełnie zdruzgotany.
Zaraz po wyjściu ze świątyni dostrzegł w oddali unoszony krzyż z przybitym do niego Jezusem… W amoku pobiegł z powrotem i tym razem już siłą przepchnął się do wciąż obradującej Wielkiej Rady. Bez tchu i oszalały z rozpaczy, wyjąkał słowa: „Zgrzeszyłem, zdradzając niewinną krew. Obraziliście mnie. Zaoferowaliście mi jako nagrodę za moją służbę pieniądze — cenę niewolnika. Żałuję, że to zrobiłem; oto wasze pieniądze. Nie chcę być winny tego czynu”.
Gdy Judasz wychodził z sali Sanhedrynu, wyjął trzydzieści srebrników z sakiewki i rozrzucił je po podłodze Świątyni. Kiedy zdrajca opuszczał Świątynię, tracił niemalże zmysły. Teraz Judasz zaczął uprzytamniać sobie prawdziwą naturę swojego grzechu. Znikł cały czar, fascynacja i odurzenie złym uczynkiem. Teraz złoczyńca był samotny, twarzą w twarz z osądzającym wyrokiem swojej otrzeźwionej i rozczarowanej duszy. Grzech był czarujący i pachniał przygodą, gdy się go dokonywało, ale teraz trzeba stanąć w obliczu żniwa nagich, prozaicznych faktów.
186:1.6 (1998.4)
Niedługo później, zrozpaczony i osamotniony, Judasz popełnił samobójstwo. Wyszedł za mury miasta, gdzie wspiął się na strome skały. Powiesił się na drzewie. Niedbały węzeł pętli jednak puścił i zanim Judasz się udusił, spadł w przepaść.