Jako że Kościół katolicki ma w Polsce monopol na Boga, w związku z czym to z nim mam (miałem) najwięcej wspólnego, to jego nauki zawsze frapują mnie najmocniej. Więc zanim postaram się podsumować to, w jaki sposób pojęcie grzechu definiują Przekazy Księgi Urantii, podzielę się subiektywnymi przemyśleniami na ten temat.
Czym jest grzech w dzisiejszej religii? Jak, w opinii kapłanów, grzeszy taki zwykły Kowalski jak ja?
Po naszemu
Jeżeli miałbym wybrać słowo, które najdonośniej rozbrzmiewa z kościelnych murów, bez wątpienia byłby to właśnie „grzech”. Nie zliczę ile razy na lekcjach religii, na mszach, w mediach i z ust bogobojnych (również członków rodziny) słyszałem je odmienione przez wszystkie możliwe przypadki. Z narracji Kościoła wynika jednoznacznie, że grzech jest wszędzie, a zło czyha na nas za każdym rogiem.
Kościelni przywódcy, zgodnie z przyjętym zwyczajem, wystosowali własną definicję grzechu. Również w tym wypadku utrzymują, że wywodzi się ona bezpośrednio ze świętych pism. Jest w związku z tym obowiązująca, gdyż stanowi jedyny wartościowy i najprawdziwszy głos Boga.
Wielokrotnie już o tym pisałem, ale tutaj uwypukla się ten sam motyw — to kapłani (i tylko oni) najlepiej wiedzą, co Bóg chciał ludziom przekazać. I to oni (i tylko oni) zostali namaszczeni, aby jego prawa nam przedkładać. Dlatego również tym razem wszystko można sprowadzić do jednego fundamentalnego, kościelnego przykazania: „Masz być posłuszny”.
Ognie piekielne
Nawet nie musisz pytać „A dlaczego miałbym być posłuszny?”, bo po owym przykazaniu od razu usłyszysz: „Bo jak nie, to spotka cię boska kara!”. Łatwo zatem wyciągnąć wniosek, że grzech ma (lub będzie miał) jakieś konsekwencje.
Słyszałem wiele opinii na temat tego, jakie mogą one być. Od piekła — niewyobrażalnych, wiecznych męczarni, które czekają grzeszników po śmierci, przez osobiste, doczesne niepowodzenia — np. szeroko pojęte emocjonalno-uczuciowe zgryzoty, po namacalne, fizyczne kary wymierzane na bieżąco — np. choroby albo wypadki, zarówno dla grzesznika, jak i dla jego otoczenia (rodziny, bliskich, a nawet całych narodów).
Jak w przypadku wielu dogmatów, Kościół i tym razem miota się i wywraca (czarnego) kota ogonem, tak aby zjeść ciastko i mieć ciastko. Z jednej strony po cichu wycofuje się z brutalnego piekła i życiowych tragedii jako nieuniknionych następstw grzechu, z drugiej jednak trudno mu zrezygnować z bata, który pozwala tak skutecznie trzymać wiernych w szeregu. No bo czemu mielibyśmy wypełniać ich polecenia, skoro za nieposłuszeństwo nie spotka nas nic zauważalnie strasznego? Tu też zresztą kolejny raz objawia się niespójność kościelnych prawd, ponieważ poszczególni księża swobodnie głoszą własne, często rozbieżne, nauki dotyczące grzechu. Nie musi to mieć nic wspólnego z oficjalnym stanowiskiem stolicy apostolskiej. Niby jeden głos Stwórcy, a każdy i tak swoje. Bo środek do celu nie jest wcale istotny; ważne, aby wierni byli ulegli.
Chociaż katechizm Kościoła katolickiego wyraźnie mówi o „cierpieniu męki” i „wiecznym ogniu”, ostatnio coraz częściej spotykam się z nową interpretacją i tej interpretacji (!). Gdy ktoś śmie pytać, czemu kochający Bóg skazuje swe zagubione dzieci na wiekuiste męczarnie, zostanie pouczony, że tak naprawdę ostateczną karą za grzechy, a więc piekłem, jest „wieczna nicość”. To jednak wyjaśnienie dla opornych malkontentów. Z ambony go nie usłyszymy. Też jestem zdania, że tak nienamacalną karą trudno wzbudzić lęk.
KKK 1871 Grzech jest to „słowo, czyn lub pragnienie przeciwne prawu wiecznemu” (Św. Augustyn, Contra Faustum manichaeum, 22: PL 42, 418). Jest obrazą Boga. Przeciwstawia się Bogu w nieposłuszeństwie zaprzeczającym posłuszeństwu Chrystusa.
KKK 1872 Grzech jest aktem przeciwnym rozumowi. Rani on naturę człowieka i godzi w ludzką solidarność.
KKK 1849 Grzech jest wykroczeniem przeciw rozumowi, prawdzie, prawemu sumieniu; jest brakiem prawdziwej miłości względem Boga i bliźniego z powodu niewłaściwego przywiązania do pewnych dóbr. Rani on naturę człowieka i godzi w ludzką solidarność. Został określony jako „słowo, czyn lub pragnienie przeciwne prawu wiecznemu” (Św. Augustyn, Contra Faustum manichaeum, 22: PL 42, 418; św. Tomasz z Akwinu, Summa theologiae, I-II, 71, 6).
KKK 1850 Grzech jest obrazą Boga: „Tylko przeciw Tobie zgrzeszyłem i uczyniłem, co złe jest przed Tobą” (Ps 51, 6). Grzech przeciwstawia się miłości Boga do nas i odwraca od Niego nasze serca. Jest on, podobnie jak grzech pierworodny, nieposłuszeństwem, buntem przeciw Bogu spowodowanym wolą stania się „jak Bóg”, w poznawaniu i określaniu dobra i zła (Rdz 3, 5). Grzech jest więc „miłością siebie, posuniętą aż do pogardy Boga” (Św. Augustyn, De civitate Dei, 14, 28). Wskutek tego pysznego wywyższania siebie grzech jest całkowitym przeciwieństwem posłuszeństwa Jezusa, który dokonał zbawienia (Por. Flp 2, 6-9).
Słownik zagadnień omawianych w „Katechizmie Kościoła Katolickiego”
Powyższe fragmenty Katechizmu, tak przecież niejednoznaczne, w żadnym wypadku nie przeszkadzają kapłanom autorytatywnie decydować, za co konkretnie dotknie nas kara. Czyli de facto o tym, co rzeczywiście jest grzechem, a co nie. A skoro wyłącznie oni wiedzą, czym człowiek grzeszy, im też należy zawierzyć, jeżeli chce się uniknąć ewentualnej kary.
Narracja wraca jak bumerang — pragniesz uchronić się przed piekłem? Musisz być Kościołowi bezwzględnie posłuszny. Tym bardziej że Kościół uzyskał (czyt. sam sobie przyznał) uprawnienia, aby w imieniu Boga wszelkie grzechy wymazywać.
W skali od 1 do 10
Żeby nie było tak łatwo, Kościół katolicki rozróżnia jeszcze coś takiego jak ciężar grzechu. Grzechy zatem mogą być ciężkie, śmiertelne lub powszednie; istnieje także grzech pierworodny. Katechizm podchodzi do tej kwestii w sposób stonowany, więc poszczególni księża po raz kolejny otrzymują ciche przyzwolenie na swobodną interpretację i tej interpretacji. Jeżeli więc nie żyjesz tak, jak ustalili, że powinieneś — wmówią ci, że grzeszysz.
Co w takim razie według Kościoła jest grzechem? Trudno powiedzieć. Brak mi samozaparcia, aby w to brnąć i szukać jednego, spójnego stanowiska. Wątpię, czy takowe istnieje. Mimo wszystko, choć poziom jego absurdu jest hen poza moją skalą, najłatwiej chyba jest z grzechem pierworodnym.
Grzech pierworodny, z racji tego, że obarcza się nim każdego, kto przychodzi na świat, nie jest niczym więcej jak narzędziem do zapędzania owieczek do zagród; już od pierwszego tchnienia życia. No bo jak to tak pozwolić, żeby niewinne dziecko żyło bez Boga? W grzechu!? Sprawiedliwy Stwórca uznał, że każdy musi ponieść konsekwencje jakiegoś czynu popełnionego przez przodków; bywa. Nie wiem, jakie konkretnie kary niesie ze sobą niezmyty grzech pierworodny, ale jak powszechnie wiadomo, Bóg nie przepada za grzesznikami… Kościół nigdy nie pozwoli, abyśmy zapomnieli o piekle. I tu pojawia się on — pan ksiądz na białym rumaku. Chrzest (czyt. zapisanie dzieci do organizacji, z której już nigdy nie będą mogły formalnie odejść) niweluje grzech pierworodny. Cóż za ulga! Dobrze, że w swojej wspaniałomyślności Bóg akurat nam (czyt. Kościołowi) udostępnił sposoby, na urzeczywistnienie jego miłosierdzia.
Konkrety
Dla potwierdzenia frywolności we wskazywaniu co obecnie jest „słowem, czynem lub pragnieniem przeciwnym prawu wiecznemu”, „obrazą Boga” i „aktem przeciwnym rozumowi, który rani naturę człowieka i godzi w ludzką solidarność”, Google pomogło mi odszukać taką oto listę grzechów: antykoncepcja hormonalna, używanie antykoncepcyjnych wkładek domacicznych, in vitro, branie i handel narkotykami, seks pozamałżeński z osobami tej samej płci, oglądanie filmów pornograficznych, w tym pornografii dziecięcej, pedofilia, seks ze zwierzętami, seks z użyciem przedmiotów, takich jak np. wibrator czy dmuchana lalka, sprzedawanie przez internet swojej cnoty, hejtowanie w internecie (obrażanie innych internautów, wyzwiska, oczernianie, dręczenie), przekręty finansowe, oszustwa przez internet, telefon, apostazja, neopogaństwo, zanieczyszczanie środowiska, mobbing, genetyczne eksperymenty, wyścig szczurów, produkcja niezdrowej żywności oraz nadmierne bogacenie się.
Z każdej strony
Istotnymi pojęciami bezpośrednio związanymi z grzechem, o których warto powiedzieć coś więcej, są wspomniane już zło oraz moralność.
W przypadku zła sprawa nie jest aż tak skomplikowana. Zło jest następstwem grzechu, ale to też po prostu jego synonim. Czyniąc zło, grzeszysz, a grzesząc, wyrządzasz zło. Z ambony dowiesz się np., że brak pokory wobec Kościoła, ba, że samo wytykanie mu przewinień jest złe; zatem i grzeszne. Kościół jest święty. W tym miejscu sprawdza się inna konsekwentnie wtłaczana wiernym śpiewka, jakoby był odpowiednikiem Boga. Kościół to Bóg, a Bóg to Kościół. Zatem, gdy odważysz się zwątpić w intencje Kościoła, jeżeli chociaż pomyślisz o tym, żeby podważyć jego uczciwość, będzie tak jakbyś podnosił rękę na Boga samego! Może istnieć poważniejszy grzech niż sprzeciwianie się Stwórcy wszechrzeczy?
Aby nie było niedomówień — nie tylko czyny mogą być złe. Grzeszna również może być bierność lub celowe odstąpienie od konkretnych zachowań. Wiadomo, kto decyduje, w jakich okolicznościach to grzech, prawda? Obojętność, w niektórych warunkach nie jest w porządku i z tym się zgodzę, aczkolwiek nazywanie świadomego opuszczania mszy grzechem jest według mnie co najmniej bezczelne. Szczególnie kiedy jeden pan ksiądz sugeruje, że grzechem zaniedbania będzie brak udzielonego mu wsparcia finansowego, a inny, że jest nim ochrona dzieci przed indoktrynacją.
Co z moralnością? Tutaj ponownie wracamy do cyrkowych wygibasów.
Łatwo zauważyć, że to, co moralne, a więc akceptowalne przez ogół, w największej mierze zależy od samego społeczeństwa. Afrykańscy Buszmeni, Saudyjczycy i Koreańczycy z północy mają nieco inne normy moralne. Nie dlatego, że los nie pobłogosławił ich ratującym ludzkie dusze kapłanem, ale przez to, że rodzą się, wychowują i codziennie żyją w zupełnie odmiennym otoczeniu. Moralność, której głosem miałoby być sumienie, ewoluuje nawet w strukturach samego Kościoła.
Dziwnym trafem nie dowiemy się o tym na lekcjach religii ani z niedzielnego kazania. Księża niezmiennie wskazują własne zasady, jako stałe i jedyne akceptowane przez Boga normy moralne. Niezależnie od ilości zdemaskowanych kłamstw, zmian narracji i wszystkich innych bezczelnych etyczno-politycznych fikołków, Kościół od zawsze jest nieomylny. A ku chwale swoich interesów, zatrudnił sumienie.
Sumienie, wbrew wyrachowanym naukom Kościoła nie jest głosem Boga; nigdy nie było. To ewolucyjny mechanizm przystosowawczy. Sumienia Afrykańskich Buszmenów, Saudyjczyków i Koreańczyków z północy będą inne. Wszyscy mamy sumienia (nawet ateiści!), jednak ze względu na zróżnicowane normy społeczne, jego napominania mogą mieć zupełnie przeciwne bieguny.
Jeżeli w danym środowisku nagość jest normą, nikogo nie będzie kłuło, że biegał z cyckami na wierzchu; kiedy w innym normą jest nienawiść do Policji, niepokoje wewnętrzne może wywołać nawet przypadkowy kontakt z policjantem. Sumienie pomaga jednostce adaptować się w grupie, niezależnie od tego, jak niezdrowe panują w niej normy. Im te moralne zasady są powszechniejsze, im większy ostracyzm dosięga tych, którzy je łamią i im mocniej się do nich przyzwyczajamy, tym prężniej na ich rzecz będzie działać sumienie. I Kościół doskonale o tym wie.
Środowisko przeciętnego Polaka wygląda następująco: Najpierw, za pomocą strachu (piekło) i dzięki zagrabionemu autorytetowi (Kościół to Bóg), od samej kołyski (chrzest) i na każdym kroku (lekcje religii, msze, kolędy, polityka, media) jest indoktrynowany; Kościół konsekwentnie, pod płaszczykiem szczytnych idei (Bóg, miłość, rodzina) wtłacza mu wygodne dla siebie nauki; wywyższa posłusznych (święci), a wrogów piętnuje (ateiści, homoseksualiści, politycy zmierzający do rozdzielenia instytucji Kościoła od państwa, ofiary kościelnych przestępstw, innowiercy i Jurek Owsiak; na tej liście znajdzie się każdy, kto zagraża wpływom kościelnej władzy); przy okazji zachęca do ostracyzmu odstępców. W ostatnim kroku wystarczyło arbitralnie postanowić, że sumienia, które Kościół w ten właśnie sposób tresuje, są głosem Boga.
Żeby nie było, że się uwziąłem — w innych organizacjach religijnych przemawiających w imieniu jedynego prawdziwego Boga wygląda to niemal identycznie. Kościół katolicki jest w naszych warunkach najjaskrawszym przykładem; dlatego czepiam się przede wszystkim jego. Gdzie indziej grzech może mieć zupełnie inne definicje, ale w równej mierze będzie żerował na kształtującym się przez całe życie sumieniu. Ale jak wiadomo, to my mamy rację; tamci i tak spłoną w piekle.
Nie grzesz
Do dzisiaj pamiętam fragmenty swojego wierszyka spowiedniego. Ja, i jak się okazuje wielu moich znajomych, mieliśmy stały zestaw grzechów do odpuszczenia. To całkiem nieźle obrazuje bezsens indoktrynacji dzieci. Nikt z nas nie wiedział, czym jest grzech ani kiedy faktycznie grzeszymy. Na siłę wymyślaliśmy coś, co można wydukać księdzu podczas obowiązkowych spowiedzi.
„Nie słuchałem mamy, nie słuchałem taty, biegałem na przerwach…”. Żaden ksiądz nie pokwapił się, aby mi wyjaśnić, że wprawdzie nie powinienem biegać po korytarzu, bo mogę sobie lub komuś zrobić krzywdę, że choć mogę tego nie rozumieć, polecenia rodziców są przejawem ich troski, ale że mimo wszystko nie są to uczynki, które potępia Bóg; nie. Jeden z drugim posłuchali, zalecili zdrowaśki i puk, puk w konfesjonał; nara. Żyłem w przekonaniu, że Bóg się na mnie złości, bo zapomniałem sprzątnąć zabawki.
Pamiętam też późniejsze reakcje mojej mocno wierzącej babci, kiedy odważyłem się uzewnętrzniać swoje wątpliwości co do intencji Kościoła jako instytucji. „Nie grzesz!”. Za karę przestała mi wtedy dawać kieszonkowe. Nie zliczę tych wszystkich razy kiedy, w mniemaniu niektórych członków mojej rodziny, spotykała mnie boska kara. Złamana noga, zepsucie się ulubionej zabawki czy zgubienie oszczędności. Wszystko to (i wiele więcej) były konsekwencje jakichś grzechów. Jakichś, bo nikt nigdy nie wskazał mi ich konkretnie. Do dzisiaj nie wiem, dlaczego Bóg postanowił pozbawić mnie ciułanych miesiącami złotówek. Mój młody umysł był rozwalony na strzępy taką okrutną, pozbawioną logiki indoktrynacją.
Szatan, chłopiec do bicia
Na deser, Kościół wmieszał w to wszystko diabła. Rogaty jegomość jest wdzięczny straszakiem, przyznaję; ale gdy zajdzie taka potrzeba, staje się on dla kleru również kartą przetargową jak z Eurobusinessu — „wychodzisz wolny z więzienia”.
Szatan, Lucyfer, Belzebub i inne Hello Kitty tylko czyhają, aż zaczniesz samodzielnie myśleć. I gdy w chwili słabości choćby na moment zwątpisz w boskość Kościoła… wtedy bum! Od razu wpadasz w diabelskie sidła. Tracisz wolę i wyczyniasz takie grzechy, że głowa mała. A pamiętaj, że Bóg nie przejdzie obok tego obojętnie. Wystarczy jedna taka chwila, a na własnej skórze przekonasz się, czym jest ból, strata, samotność i wszystko to, czego najbardziej się boisz. Potem nie będzie, „ratuj mnie Panie Boże!”. Nie posłuchałeś pana księdza, więc Stwórca, w swojej nieskończonej miłości, odda cię zwyrodnialcom na tortury. Było nie grzeszyć.
Mamy XXI wiek, a Kościół uparcie hołduje opętaniom i praktykuje szkodliwe egzorcyzmy. Kapłani najpierw (i znowu), od dziecka wmawiają nam grzeszną naturę (szczególnie perfidne są grzechy związane z seksualnością, więc te oparte na naturalnych odruchach i potrzebach); w międzyczasie i przy okazji wciąż szantażują makabrycznym potworem-Szatanem, a kiedy co poniektórzy, pod wpływem tak okrutnej presji utracą rozum, utrzymują, że ich uleczą; czarami. Po wszystkim cały Kościół bezwstydnie chełpi się walką o dusze opętanych wiernych, a ich wymięte umysły traktuje jako dowody potwierdzające kapłańskie racje. Przecież to obrzydliwe.
Dla Kościoła diabeł jest nie tylko poręcznym wrogiem, którego może wetknąć, gdzie tylko zapragnie: w dowolną wadzącą mu instytucję lub grupę, w godzącą w jego interesy ideę, abo po prostu w pojedynczego, niewygodnego człowieka. Diabeł jest dla kapłańskiej elity jednocześnie najwdzięczniejszą wymówką. Świadomość odpowiedzialności za własne czyny mogłaby sugerować, że człowiek powinien wziąć sprawy w swoje ręce. Toż to bez sensu; gdzie wtedy miejsce na bezrefleksyjne posłuszeństwo wobec kościelnych władz?
Zrobiono więc z diabła chłopca do bicia. Szatan jest tym, kogo należy się bać — esencją zła, grzechu i nienawiści zarówno w stosunku do Boga, jak i wobec ludzi; tym, kto bezwzględnie wykorzystuje, a potem rozrywa wnętrzności każdemu, kto odwróci się od Kościoła; tym, kto kieruje wszystkimi i wszystkim, co nie jest zbieżne z linią Kościoła; tym, kogo wyłącznie Kościół może pokonać. Ale Szatan jest również tym, kto sprowadza nieskazitelnych ludzi Kościoła na ścieżki zła. Kapłani są przecież tylko ludźmi. A Szatan to wykorzystuje. Więc kiedy ksiądz popełnia przestępstwo, nie może być za nie odpowiedzialny. Skusił go diabeł, a on w swojej ludzkiej słabości mu uległ. To nie choroba, charakter, mentalność, pycha ani świadomość bezkarności; nie jego wina. W tamtej chwili omamił go Szatan, ale dzięki Bogu z księdzem już wszystko w porządku. Przeprosił Boga i się wyspowiadał; nie było sprawy.
To musiało się w końcu przełożyć na wiernych. Wprawdzie nie zostaliśmy przez Stwórcę wyróżnieni powołaniem, ale my też jesteśmy tylko ludźmi. Więc jeżeli nawywijałeś i cię na tym przyłapano, ale jesteś wiernym członkiem wspólnoty Kościoła, wyspowiadaj się i problem masz z głowy. To tylko chwila słabości, na którą nie miałeś przecież wpływu — zwabił cię diabeł, a ty się głupio poddałeś. Nie ponosisz za to żadnej odpowiedzialności; twoje czyny nie świadczą o tobie, a o przebiegłości Szatana. Na szczęście możesz podejść do pana księdza, a Bóg ci wszystko wybaczy. Bo tylko trwanie we wspólnocie uchroni Cię przed jego gniewem; cokolwiek zrobisz. W ramach dygresji przypomnę tylko, że jeszcze do niedawna Kościół odpusty po prostu sprzedawał.
To zresztą kolejny kościelny paradoks. Z jednej strony istnieje piekło, gdzie poniosę konsekwencje swoich grzechów, z drugiej jednak wielce prawdopodobne, iż to Szatan podstępem mnie zwiódł i to on mną właśnie kieruje. Czy boska sprawiedliwość wiąże się z wiecznymi następstwami czynów, na które nie miałem wpływu? Czy może Bóg ma w głębokim poważaniu moje faktyczne intencje, bo liczy się wyłącznie to, że nie wyspowiadałem się z masturbacji?
Wentyl
Wizja piekła, czymkolwiek by ono nie było, w samych swych założeniach musi być przerażająca; i wraz ze swym gospodarzem Szatanem, niewątpliwie taka jest. Kościół nie tyle chce, ale potrzebuje, aby wierni żyli w ciągłej niepewności i lęku. Za pomocą strachu najłatwiej sprawować kontrolę nad niesfornym tłumem. Przez opary siarki przebije się czasem promyk miłości i braterstwa, ale jakby co, to nie zapominaj, że Szatan po ciebie idzie.
Ogień piekielny rodzi jednak problemy innej natury. Kij z tym, że koliduje z boskim miłosierdziem. Nie takie paradoksy Kościół wygaszał. Gorzej, kiedy boska bezduszność na tyle sparaliżuje wiernych, że ci zaczną wątpić, szukać alternatyw, by wreszcie z Kościoła ze strachu uciec do konkurencji. Szczególnie że tak naprawdę to nie wiadomo za co w ogóle można do piekła trafić. Zgodnie z naukami Kościoła wszyscy nieustannie grzeszymy; myślą, mową, uczynkiem i zaniedbaniem. Ta świadomość, podsycana plastycznymi wizjami piekła może stworzyć w umyśle wiernego mieszankę wybuchową.
Wdrożono więc czyściec. Choć Biblia nie wspomina o nim nawet słowem, Kościół ustalił, że Bóg stworzył miejsce (obecnie przekaz także w tej kwestii się zmienia, tak aby było to raczej stan ducha, a nie lokalizacja), gdzie część grzeszników zostanie oczyszczona z piętna swych złych uczynków. Dzięki temu, za mniejsze występki nie polecą od razu do gara ze smołą, ale po wizycie w czyśćcu będą mogli ewentualnie trafić do nieba. Niby nie jest to kara, choć ponownie mowa o „oczyszczającym ogniu”.
Czyściec pełni zatem rolę pewnego rodzaju wentyla, którym Bóg upuszcza nieco swojego gniewu. Bo grzeszymy; ale żeby nie było, że za każde hejtowanie w internecie pójdziemy od razu do piekła, z niektórych popełnionych grzechów oczyści nas ogień. Poboli, poboli (bo musi!), ale w końcu przestanie. Nie to, co w wieczności.
I tu dochodzę do iście mistrzowskiego manewru. Bo jakbyś miał jakiekolwiek wątpliwości, to Kościół wie wszystko najlepiej. Nie ma jednak pewności, jakie grzechy zakwalifikują cię do czyśćca, a które skierują prosto do piekła. O tym akurat zadecyduje sam Bóg. Oni chętnie przypomną, czego ci nie wolno oraz co musisz, żeby go nie rozjuszyć, ale czy za nieposłuszeństwo zapłoniesz na wieki, czy tylko na moment? Nie wiadomo. Nie musisz więc bać się aż tak. Bóg kocha przecież wszystkich ludzi i nawet grzesznikom pozwoli się oczyścić. Na twoim miejscu jednak bym nie ryzykował. Żyć spokojnie możesz wyłącznie wtedy, gdy jesteś Kościołowi bezwarunkowo posłuszny.
Nie patrz, co ja robię, tylko słuchaj, co ja mówię
Kościół może wskazać dowolny obszar życia i mianować go grzesznym. I choć „nie zabijaj” i inne uniwersalne przykazania zawsze będą w cenie, to czy żeby o nich pamiętać, potrzebujemy księdza? Odnoszę nieodparte wrażenie, że dzisiaj grzechem najczęściej jest to, co godzi w interesy cwaniackiej instytucji.
Popełniamy więc grzechy ciężkie, lekkie i powszednie; istnieją grzechy główne, a każdy z nas urodził się napiętnowany grzechem pierworodnym. Poszczególnie kapłani ochoczo głoszą, co według ich subiektywnych opinii jest grzechem, a władze kościelne udają, że tych bzdur nie słyszą. I wszystko to wpychane jest w usta Boga. Wierni po raz kolejny są co najwyżej zdezorientowani. Co kościelnym hierarchom jest wyłącznie na rękę.
A co z samym Kościołem? Niech tylko wspomnę przytoczonym „nadmiernym bogaceniu się”, czy o bucie i pysze jego przedstawicieli; bo o bezczelnym tuszowaniu pedofilii słyszał już chyba każdy. Tym zabawniej to wszystko wygląda, kiedy uświadomimy sobie, że to ta sama organizacja, która naucza, że grzech jest „wykroczeniem przeciw rozumowi i prawdzie”.
Ja, grzesznik
Choć wciąż siłuję się z obłapiającymi mnie kościelnymi mackami, im jestem dalej od jego matactw, tym czuję się lżej. Tym jestem pewniejszy Boga. I będę grzeszył, jak grzeszę, żyjąc po swojemu. Do końca. Wciąż uczę się szczerości; błądzę i krzywdzę, ale wierzę, że staję się z każdym dniem odrobinę lepszy. W kościele dowiedziałem się, że jeżeli będę uczciwy, pokorny i szczery, i że kiedy przeproszę oraz wyspowiadam się ze swojego odstępstwa, mam wciąż szanse na życie wieczne. Jednak jeżeli nie wrócę i się nie wyspowiadam, „w niebie na pewno się nie zobaczymy”.
Bóg, dla którego szczerość i pokora znaczą mniej niż obrzędy i uległość wobec kościelnych władz, nigdy już nie będzie moim. Jestem dumnym grzesznikiem. I z podniesionym czołem poniosę konsekwencje takiej postawy. Zresztą byłoby mi niezmiernie przykro, gdyby na końcu się okazało, że oni mi kazali (zabronili), ja grzecznie (nie) robiłem, jak mówili, ale finalnie i tak gówno z tego wyszło; bo im jednak coś akurat się pomyliło. Dlatego wolę grzeszyć. W razie wpadki nie będę miał na kogo zwalić winy.