Boże narodzenie

B

Boże Narodzenie jest jednym z najważniejszych, a na pewno najbardziej znanym świętem zachodniego świata. To okres celebrowania dnia, w którym — rzecz już nie tak oczywista — na Ziemi pojawił się wcielony syn Boga; a nawet i sam Bóg. Jednak ludzkim zwyczajem, w ciągu ostatnich 2000 lat, poprzeinaczaliśmy to wydarzenie na wszelkie możliwe sposoby.

Boże Narodzenie, święto przecież do cna religijne, stopniowo i niepostrzeżenie przenikało świeckie salony. Dziś ocieka tam pustym materializmem i nieszczerą uprzejmością. Mamy kupować i płacić, bo tylko tak wyrazimy miłość. Mamy się jednać i życzyć sobie wszystkiego dobrego, ale wytrzymać trzeba w tym tylko tych kilka grudniowych dni.

Pośród wierzących wcale nie jest inaczej. Kościoły hołdują przy tej okazji nie tylko temu samemu ateistycznemu konsumpcjonizmowi, zaprzęgnęły też małego Jezusa do roli naganiacza. Bo to Bóg się rodzi. I jedynie kapłanom zdradził po co, jak i czemu. Więc raduj się duszo. Bo albo jesteś z nimi, albo przeciwko Bogu.

Księga Urantii jest jak odtrutka na tego typu ciągoty. Ukazuje najważniejsze, wydawałoby się oczywiste religijne prawdy i wydarzenia w nowym świetle. Oczyszcza tym samym religię z wykoślawiających ją dogmatów i zabobonów, zapewniając jej nie tylko szerszy kontekst, ale i bardziej spójne fundamenty. Historia Bożego Narodzenia jest jednym z wielu elementów tej układanki.

Ratuj grzeszników

Jednym z najbardziej absurdalnych dogmatów katolickich jest ten o grzechu pierworodnym. Bóg, złośliwie chyba nazywany sprawiedliwym, obciąża wszystkich ludzi winą, za czyny, których nie popełnili. Po co komu wolna wola, gdzieżby tam znaczenie miały mieć intencje, czy rzeczywiste postępowanie. Jesteś grzesznikiem i już. I może chociaż w tym obszarze byłoby sprawiedliwe, gdyby nie Maria. Bo Maria nie (nie to, co Józef).

Obarczanie ludzkości ot tak grzechem ma daleko idące konsekwencje. Z jednej strony wyświęca misję Kościoła — tylko kapłan włada mocą oczyszczania duszy z grzechu pierworodnego, z drugiej dotyka też bożego syna (gloryfikując przy okazji bezsensowne cierpienie). Bo chrzest chrztem, a my i tak grzeszymy. A grzesznicy umrą; wszyscy. Tak ciałem, jak duszą. Z tego właśnie powodu Bóg, złośliwie chyba nazywany miłościwym, postanawia posłać swego jedynego syna na śmierć. Wyłącznie taka ofiara mogła zmiękczyć pełne miłości serce Boga. „Bez rozlania krwi nie ma odpuszczenia”. I nie, żeby to coś dało; przecież wciąż pozostajemy grzesznikami.

Tak zaczyna się pełna ciepła i miłości historia Bożego Narodzenia.

Oczywiście koloryzuję. W moim odczuciu boskie motywacje w naukach Kościoła, niezależnie od prezentacji, rzadko mają sens. A wątpić w nie to (kolejny) grzech. Wierzący, a na pewno ci, z którymi próbowałem na ten temat rozmawiać, tak jak ja nie rozumieją, o co w tym wszystkim chodzi i czemu akurat tak musiało się stać. Cóż z tego? Indoktrynacja Kościoła wywiera tak obezwładniający wpływ, że wielu boi się samodzielnie to przemyśleć.

Księga Urantii ten i podobne dogmaty wrzuca w świat baśni i legend. Podobnie jak romantyzowaną historię Bożego Narodzenia.

Obdarzenia

Żeby zrozumieć rzeczywiste powody, dla których Stwórca wcielił się w człowieka, potrzebujemy szerszej perspektywy. Jezus, w naukach Księgi Urantii, nie jest drugą osobą Trójcy. Jest jednym z wielu Rajskich Synów BogaMichałów, którzy jako istoty uosabiające Wiecznego Syna, stają się Synami Stwórcami. To właśnie im Ojciec Wszechświatowy zleca stwarzanie wszechświatów i wszystkich ich mieszkańców. Również ludzi.

Mamy paradoksalną tendencję do zawężonej megalomanii. Dlatego w powszechnych religijnych naukach niewiele mówi się o przed-ziemskiej działalności Jezusa. Byliśmy wszak pierwsi i pozostaniemy jedyni, najważniejsi i budzący anielską zazdrość. Zanim pojawił się człowiek, Bóg nie miał wiele do roboty.

W Księdze Urantii jednym z (objawionych) zajęć Synów Stwórców jest obdarzanie. I to m.in. robił Jezus, czy raczej Michał z Nebadonu przed przyjściem do nas — obdarzał swój wszechświat. Najpierw stworzył sam wszechświat, wszystkich jego mieszkańców, a potem rozpoczął wcielenia.

Bo tym, w uproszczeniu, są obdarzenia: Wcieleniami nadludzkich istot w istoty niżej klasy. Przeddzień Bożego Narodzenia Michał z Nebadonu obdarzał swój wszechświat lokalny już sześć razy — wcielał się w przedstawicieli sześciu różnych klas istot inteligentnych, które sam stworzył. Siódme obdarzenie, na Ziemi, było tym ostatnim.

Po co to wszystko? — zapytasz. Niewątpliwie trudno będzie nam w pełni pojąć boskie motywacje. Możemy jednak być pewni, że nie trzeba było udobruchać rozzłoszczonego Boga ani wstawiać się u niego w imieniu jego najmniej rozgarniętych dzieci. Spośród kilku celów, dla których Rajscy Michałowie obdarzają swoje wszechświaty, ja wskazałbym dwa, najbardziej wyraziste.

Z każdym takim obdarzeniem Synowie Stwórcy zdobywają unikalne, rzeczywiste doświadczenie. Stają się przecież istotami, które stworzyli i żyją dokładnie tym życiem, jakie im narzucili. Istnieje lepsza metoda na poznanie problemów i słabości swych dzieci niż doświadczyć ich na własnej skórze? Dzięki obdarzeniom Synowie Stwórcy stają się wyrozumiałymi i zaprawionymi w boju władcami swych domen. Może nie jest to najlepsze porównanie, ale wyobraź sobie, jak wyglądałoby podejście do pracy (i pracowników) prezesa firmy, gdyby, zanim obejmie to stanowisko, musiał po kilka miesięcy pełnić obowiązki na wszystkich niższych stanowiskach swojej firmy po kolei; z taką samą (a nawet większą) odpowiedzialnością i pensją. To, mniej więcej, robił Jezus, obdarzając swój wszechświat. Obdarzenia mają w tym kontekście jeszcze większą głębię. Bo Rajscy Synowie Stwórcy są doskonali. Z natury i po prostu. Oznacza to, że żaden nigdy nie popełnił błędu. Bez doświadczeń wcielenia nie rządzą wcale jakkolwiek gorzej; nie muszą się wcielać. Mimo to Jezus i tak postanowił obdarzyć swój wszechświat, aby zdobyć to wyjątkowe doświadczenie.

I to objawia drugi cel obdarzeń Rajskich Synów: Stanowienie przykładu. Podczas wszystkich swoich wcieleń Jezus żył życiem istot, które stworzył. Ale nie obnosił się ze swoją pozycją, nie chełpił się władzą i nie domagał się czci. Wiódł życie i pracował jak każda istota świata, który obdarzał; podlegał tym samym zasadom i prawom. Był jednym z nas. A wszystkie te życia były w każdym calu doskonałe. Jezus pokazał swojemu wszechświatowi, nie tylko że w każdych okolicznościach można żyć na boski sposób, ale również jak to robić. I na zawsze pozostanie „drogą, prawdą i życiem”. Nam oczywiście przedkłada się życie Jezusa jako wzór do naśladowania, ale kapłani jego historię tak poprzekręcali, że co ważniejsze wartości z tego przykładu dawno uleciały. Księga Urantii pomaga nam odkryć je na nowo.

Przygotowania

Obdarzenia Syna Stwórcy nie są jedynymi z jego zajęć. Od ukończenia szóstego obdarzenia minęło wiele tysięcy lat. Oczywiste jednak było, że Michał z Nebadonu szykuje się do ostatniego. Gabriel, prawa ręka tego Syna z Raju głosił we wszechświecie, że końcowe obdarzenie powinno odbyć się w formie śmiertelnika. Nikt jednak nie wiedział gdzie ani kiedy to nastąpi.

Przewrót Lucyfera wstrząsnął całą Satanią. Zdrada Księcia Planetarnego, Caligastii, a potem błędy Adama i Ewy pozostawiły naszą planetę w trudnej sytuacji. Na Ziemi panował duchowy chaos, ale nie byliśmy jedynymi poszkodowanymi.

Melchizedecy przygotowali specjalny raport o warunkach, w jakich znajdują się planety poddane kwarantannie w następstwie buntu. Po zapoznaniu się z raportem, w porozumieniu z Gabrielem, Syn Stwórca z wielu podobnych planet wskazał Ziemię jako teren swego końcowego obdarzenia. Nie chodziło jednak o to, że sytuacja była u nas tak tragiczna, że Michał musiał osobiście wziąć sprawy w swoje ręce i nas ratować. Wybrał Ziemię, bo szalejące tu zło było najlepszym tłem do objawienia boskiej miłości. Niedługo po tym, jak na jaw wyszło odstępstwo Adama i Ewy, jego wybór ogłoszono publicznie. Oficjalne przygotowania trwały więc prawie 40 000 lat.

Michał, po ustaleniu czasu i miejsca swego siódmego obdarzenia, odbył standardową, przedobdarzeniową naradę z Gabrielem. Potem spotkał się ze swoim bratem i rajskim doradcą — Emanuelem z Salvingtonu. Wszystkie uprawnienia w kwestii administracji wszechświatowej, które nie zostały wcześniej przekazane Gabrielowi, Michał powierzył właśnie jemu.

Rozpoczynając wcześniejsze obdarzenia, Michał przybywał na wybrane planety jako w pełni rozwinięta jednostka. I choć przypuszczano, że tym razem może pojawić się jako nowo narodzone dziecko, transmisja informująca o narodzinach w Betlejem była dla istot z Nebadonu przejmującym obwieszczeniem. Wszechświat z zapartym tchem śledził losy swojego ukochanego władcy.

Józef i Maria

Po tym, jak Syn Stwórca wybrał Ziemię na miejsce końcowego obdarzenia, Gabriel osobiście odwiedził naszą planetę. W rezultacie badań oraz przeglądu duchowych, intelektualnych, rasowych i geograficznych aspektów świata i jego ludności, wybrał Hebrajczyków jako naród, pośród którego nastąpi wcielenie. Następnie posłał na Ziemię „Komisję Rodzinną”. Dwunastoosobowa grupa wyższych istot wszechświatowych miała ocenić życie Żydów i wyselekcjonować rodziny, w których mógłby urodzić się wcielony Stwórca Nebadonu. Komisja Rodzinna przedłożyła Gabrielowi raport wskazujący trzy pary. W jej opinii wszystkie trzy tak samo nadawały się do tej roli. Gabriel wytypował Józefa i Marię.

Może się wydawać, że Józefa i Marię wybrano, bo byli wyjątkowi. I w pewnym sensie tak jest. Michał planował pojawić się na Ziemi jako na wskroś przeciętny człowiek. Nie potrzebował przewagi. Ani bytowej, ani genetycznej. Mając na uwadze cele jego obdarzeń, wydaje się to całkiem logiczne. I to właśnie Józef i Mara odznaczali się najdoskonalszymi kombinacjami powiązań rasowych oraz cechami osobowości przeciętnej klasy. Ziemscy rodzice Jezusa byli zwykłymi ludźmi swego czasu i pokolenia. Rajski Michał celowo wybrał zwyczajną ziemską rodzinę, aby doświadczyć tak przeciętnego startu do życia, jak tylko było to możliwe. Drugą kwestią był potencjał genetyczny Józefa i Marii. Nam wdaje się, że wybitne dziecko musi mieć wybitnych rodziców. Między innymi dlatego na tak wiele zwariowanych sposobów wywyższa się Marię. Ale nie jest to prawda. Autorzy Księgi Urantii podkreślają, że to normalni, zwyczajni ludzie płodzą geniuszy. Sądzę, że ten fakt również brano pod uwagę przy wybieraniu Józefa i Marii. Bez wątpliwości — Jezus był geniuszem. Z takiej perspektywy trudno też wnosić, że wybór Żydów oznaczał ich wyższość nad innymi narodami. W żadnym też wypadku nie planowano, że Jezus musi urodzić się jako potomek Adama, rzekomego pierwszego człowieka.

Większość tak zwanych mesjanistycznych proroctw Starego Testamentu zostało dostosowane do Jezusa długo po jego życiu przeżytym na Ziemi. Przez wieki prorocy żydowscy głosili przybycie wybawiciela i obietnice te były interpretowane przez kolejne pokolenia, jako odnoszące się do nowego żydowskiego władcy, który zasiadłby na tronie Dawida i rzekomymi cudownymi metodami Mojżesza umocnił Żydów w Palestynie jako potężny naród, wolny od wszelkiej obcej dominacji. Oprócz tego wiele symbolicznych urywków, znajdujących się w hebrajskim Piśmie Świętym, niewłaściwie odnoszono później do misji życiowej Jezusa. Wiele cytatów tak wypaczono, żeby wyglądało, iż pasują do jakiegoś epizodu z życia Mistrza na Ziemi. Jezus sam swego czasu publicznie zaprzeczył jakimkolwiek związkom z królewskim domem Dawida. Nawet cytat „panna urodzi syna” został przerobiony tak, że to „dziewica urodzi syna”. Odnosiło się to także do wielu genealogii, zarówno Józefa jak i Marii, które zostały stworzone później, gdy Michał skończył swą misję na Ziemi. Wiele tych linii genealogicznych obejmuje znaczną ilość przodków Mistrza, jednak generalnie nie są one autentyczne i nie można na nich polegać jako na faktach. Wcześni wyznawcy Jezusa zbyt często ulegali pokusie przetwarzania wszystkich wypowiedzi proroczych tak, aby wyglądały, że znajdują swe wypełnienie w życiu ich Pana i Mistrza.

122:4.4 (1347.6)

Zwiastun

Historia życia Jezusa, także Bożego Narodzenia, splata się w pewnych obszarach z osobą Jana Chrzciciela. Jan przecierał Jezusowi szlaki. I to jeszcze zanim się urodził.

Cofnijmy się do 8 r. p.n.e., kiedy to pod koniec czerwca Gabriel ukazał się krewnej Marii, Elżbiecie. Zapowiedział, że urodzi syna, który jako duchowy nauczyciel będzie obwieszczał przyjście wybawiciela. Uprzedził ją, że to właśnie Maria będzie matką tego obiecanego zbawcy; i że jej też się ukaże.

Kilka miesięcy później, mniej więcej w połowie listopada 8 r. p.n.e. (dzień po poczęciu Jezusa), zgodnie z zapowiedzią Gabriel pojawił się przed Marią.

Pewnego wieczoru, przed zachodem, zanim Józef wrócił do domu, Gabriel ukazał się Marii obok niskiego stołu kamiennego i po tym, jak odzyskała zimną krew, powiedział: „Przybywam z nakazu tego, który jest moim Panem i którego powinnaś kochać i dbać o niego. Przynoszę ci, Mario, radosne wieści, gdy ci obwieszczam, że poczęcie w tobie zarządzone jest przez niebo i w odpowiednim czasie zostaniesz matką syna; powinnaś zwać go Jeszua i zapoczątkuje on królestwo nieba na Ziemi i pośród ludzi. Nie mów o tym nikomu, za wyjątkiem Józefa i Elżbiety, twojej krewnej, której także się ukazałem i która też wkrótce narodzi syna o imieniu Jan, a będzie on szykował drogę tej wieści zbawienia, jaką twój syn będzie głosił ludziom z wielką mocą i głębokim przeświadczeniem. I nie wątp Mario w moje słowa, ponieważ dom ten został wybrany na ziemskie miejsce pobytu dziecka przeznaczenia. Wspiera cię moje błogosławieństwo, moc Najwyższych cię wzmocni, a Pan całej ziemi będzie cię osłaniał”.

122:3.1 (1346.4)

Maria, podobnie jak Elżbieta, nikomu nic nie powiedziała. Z Józefem podzieliła się tym doświadczeniem, dopiero gdy była pewna swojej ciąży. Zresztą obaj mężczyźni, Józef i Zachariasz — mąż Elżbiety, z początku wątpili w odwiedziny Gabriela. Dopiero niezwykłe sny, w których odwiedziły ich nadludzkie istoty, pomogły im w pełni przekonać się do słów ich ciężarnych żon.

Co naturalne, Maria i Elżbieta bardzo chciały się spotkać, żeby porozmawiać o tym, co im się przytrafiło i o przypuszczalnej przyszłości ich synów. Maria spędziła u Elżbiety trzy tygodnie, a ta umocniła jej wiarę w anielskie objawienie. Miała już wsparcie Józefa. Teraz wróciła do domu jeszcze lepiej przygotowana do roli matki dziecka przeznaczenia.

Dekret cesarza Augusta

W marcu 8 r. p.n.e., w celu usprawnienia czynności podatkowych, cesarz August wydał dekret nakazujący zliczenie wszystkich mieszkańców Cesarstwa Rzymskiego. Niechęć Żydów do tego przedsięwzięcia i problemy ówczesnego króla Judei, Heroda, sprawiły, że w Palestynie spis dobył się dopiero rok później. Maria była już wtedy w zaawansowanej ciąży.

Józef był upoważniony do rejestracji całej swojej rodziny, więc Maria nie musiała stawić się w Betlejem, żeby się spisać. Ba, Józef wręcz zabraniał jej iść razem z nim. Ona jednak upierała się mu towarzyszyć. Bała się, że dziecko przyjdzie na świat pod nieobecność ojca. Miała też drugi powód. Betlejem leżało niedaleko Jerozolimy i Maria liczyła na kolejne spotkanie z Elżbietą. W końcu postawiła na swoim. Ruszyli z Nazaretu wczesnym rankiem, 18 sierpnia 7 r. p.n.e. Do Betlejem przybyli 20 sierpnia po południu.

Nie było dla nich miejsca w gospodzie

Zajazd w Betlejem był przepełniony. Józef szukał zakwaterowania u krewnych, niestety z powodu spisu wszystkie wolne pokoje w mieście były pozajmowane. Jednak przedsiębiorczy mieszkańcy Betlejem byli gotowi na przyjęcie nadmiaru przyjezdnych. Opróżnili i wyczyścili stajnie dla karawan tak, aby nadawały się na noclegownię. Tam też Józef zabrał Marię. Zatrzymali się w miejscu, które służyło wcześniej jako magazyn na zboże. Zgodnie uznali, że mają szczęście, znajdując tak wygodny nocleg. Józef chciał od razu pójść i spisać rodzinę, ale Maria przekonała go, żeby zrobił to następnego dnia. Była poddenerwowana i nie chciała zostać sama.

Bóg się rodzi

Noc była niespokojna i oboje nie spali wiele. Przed świtem Maria zaczęła rodzić. Asystowały jej kobiety, które poznała w drodze do Betlejem. W południe, 21 sierpnia 7 r. p.n.e., na świat przyszedł Jezus. Został poczęty i urodził się dokładnie w taki sam sposób jak wszystkie dzieci na Ziemi; tak przedtem, jak i później. Ósmego dnia, zgodne z żydowskim zwyczajem, chłopca obrzezano; został formalnie nazwany Jeszua (Jezus).

Kolejnego dnia po urodzinach Jezusa Józef zarejestrował rodzinę w spisie. Udało mu się też zorganizować jeszcze lepszą kwaterę w zajeździe, gdzie pomieszkiwali prawie trzy tygodnie. Później przeprowadzili się do domu krewnego Józefa.

Zachariasz i Elżbieta byli święcie przekonani, że Jezus zostanie żydowskim zbawcą — wyczekiwanym Mesjaszem, wybawicielem Izraela, a ich syn, Jan, jego prawą ręką. Maria miała takie same przekonania. Dlatego łatwo było nakłonić Józefa do pozostania w Betlejem. Było to miasto Dawida, gdzie Jezus mógł dorastać, a potem zostać jego następcą na tronie całego Izraela. Dlatego też zostali w Betlejem ponad rok.

Trzech króli

Poród Marii przebiegł zwyczajnie — była pod opieką męża i innych kobiet — i bez sensacji. Nie towarzyszyły mu anomalie pogodowe, królowie, ani nawet pasterze nie przyszli składać małemu Jezusowi hołdu. I choć anioły śpiewały hymny chwały nad betlejemskim żłobem, nie słyszał tego żaden człowiek. Nic nie wskazywało na to, że wydarzyło się coś tak wyjątkowego. Jednak w historii o wizycie trzech króli jest ziarno prawdy.

Jakiś czas przed narodzinami Jezusa, pewien religijny nauczyciel podzielił się z kapłanami z Ur snem, z którego dowiedział się, że wkrótce na Ziemi, pośród Żydów, pojawi się „światło życia”. Trzech zachęconych proroctwem kapłanów ruszyło na poszukiwania. Nie wiodła ich jednak betlejemska gwiazda. Wprawdzie w 7 r. p.n.e. trzykrotnie miała miejsce koniunkcja Jowisza i Saturna, jednak nie w sierpniu. Na podstawie tych niecodziennych, choć naturalnych astronomicznych zdarzeń, wierzący przyszłych pokoleń stworzyli legendę o gwieździe betlejemskiej i pełnych czci królach. W rzeczywistości Kapłani z Ur przez wiele tygodni bezskutecznie szukali „światła życia”. Gdy już mieli zrezygnowani wracać do siebie, spotkali Zachariasza, który zasugerował im, że szukają właśnie Jezusa. Zachariasz skierował ich do Betlejem, gdzie zostawili dary Marii. Jezus miał wtedy prawie trzy tygodnie.

Świąt nie będzie

Dzięki rewizji, jakiej Księga Urantii poddaje Boże Narodzenie, boskie motywy stojące za wcieleniem Syna Stwórcy są łatwiejsze do zrozumienia. Nowa historia ma nie tylko więcej sensu. Zdejmuje jednocześnie z naszych barków ciężar niezrozumiałego grzechu oraz winy za jakże drastyczne, późniejsze odkupienie go przez Jezusa. Prostuje przy okazji wiele niedorzecznych mitów, które przez wieki wyrosły do miana świętej prawdy.

Bo Maria nie pozostała na zawsze dziewicą. Nie była też wybitna, a już na pewno nie „bez grzechu” jak sam Jezus. Biologicznym ojcem Jezusa był Józef, a jego rola jako rodzica jest dużo większa, niż uczy Kościół (Jezus nie był też jedynakiem). Maria zresztą wielokrotnie wątpiła w swego obiecanego syna i oczekiwała od niego zupełnie innych czynów. W pewnym momencie niemal się od niego odwróciła.

Boże Narodzenie wolne było od cudowności. Nadprzyrodzone były wyłącznie wizyty Gabriela i informacje, które dotarły do kapłanów z Ur. Jezus urodził się jak zwyczajne dziecko, w zwyczajnej rodzinie. Bo takim też chciał być człowiekiem. Jak Ty czy ja. Jednak właśnie to wcielenie Boga w człowieka było największym cudem.

Nigdy nie zapowiadano, a już na pewno nie planowano, że Jezus urodzi się jako potomek Dawida, a co za tym idzie Adama. W konsekwencji nie miał też objąć tronu Izraela i stać się wybawicielem Żydów, rzekomego narodu wybranego. Michał z Nebadonu, wcielając się w Jezusa z Nazaretu, zbawił całą ludzkość. Nie tylko na Ziemi.

Może brzmię trochę jak Grinch. Ubolewam oczywiście nad prymitywną monetyzacją Bożego Narodzenia, a arogancja hierarchów Kościoła katolickiego i naiwność jego wyznawców smuci mnie do szpiku. Nie chodzi mi jednak o to, żeby przestać ten dzień celebrować (nawet jeżeli grubo mylimy daty). Był to przecież wyjątkowy dzień. Ba, to chyba najważniejszy czas w historii naszej planety! Jest co świętować. Życzyłbym sobie jednak, żebyśmy zechcieli zrozumieć, co pojawienie się wcielonego Boga na Ziemi rzeczywiście oznacza. A potem, jak swoim postępowaniem go reprezentujemy.

PS Kat Herod

Herod, ówczesny władca Judei, nie czuł się pewnie na swoim tronie. Władzę wprawdzie utrzymywał dzięki dobrym stosunkom z władcami rzymskimi, jednak informacja o wizycie kapłanów z Ur w Betlejem wzbudziła w nim niepokój. Poczuł się zagrożony. Wezwał ich i wypytywał o nowego „króla Żydów”. Kapłani, zgodnie z prawdą, wyjaśnili, że dziecko urodziło się parze, która przyszła do Betlejem się spisać i że jego przyszłe królestwo ma być duchowe, a nie doczesne. Niepocieszony Herod, utrzymując, że również chce oddać chłopcu pokłon, zapłacił kapłanom i nakazał im jeszcze raz go odnaleźć… Ci jednak nigdy już do niego nie wrócili. Jak przystało na roztropnego władcę, Herod miał jednak swoich szpiegów.

Mojżesz nauczał Żydów, że każdy pierworodny syn jest własnością Pana. Poganie składali takich chłopców w ofierze. Mojżesz głosił jednak, że pierworodny może przeżyć, o ile rodzice go wykupią, płacąc pięć szekli uprawnionemu kapłanowi. Co łaska. W tych czasach funkcjonowało jeszcze inne mojżeszowe rozporządzenie, nakazujące matce przyniesienie nowo narodzonego dziecka do świątyni w celu oczyszczenia z domniemanej nieczystości porodu. Obu tych obrzędów najczęściej dopełniano jednocześnie. W tym celu Józef i Maria udali się z Jezusem do świątyni w Jerozolimie.

Przy dziedzińcach jerozolimskiej świątyni stale gościli pieśniarz Szymon i poetka Anna. Oboje dobrze znali się z Zachariaszem, mężem Elżbiety, a ten zdradził im tajemnicę Jana i Jezusa. Uwierzyli mu. Szymon i Anna, jak wielu Żydów, wyczekiwali Mesjasza i teraz byli przekonani, że to Jezus jest obiecanym wybawicielem narodu żydowskiego. Zachariasz wiedział, kiedy Józef i Maria planują przyjść z małym Jezusem do świątyni, umówił się więc z Szymonem i Anną, że wskaże im, który z procesji pierworodnych jest wybrańcem. Specjalnie na tę okoliczność Anna napisała wiersz, którego słowa Szymon, po otrzymaniu sygnału od Zachariasza, zaśpiewał pod świątynią. Wszyscy zebrani na dziedzińcu, z Marią i Józefem na czele, byli osłupieni.

Zniknięcie kapłanów z Ur potęgowało podejrzliwość Heroda. Teraz jeszcze szpiedzy donieśli mu o niecodziennym wydarzeniu pod świątynią; dostarczyli nawet częściową kopię pieśni Szymona. Nie wiedzieli jednak, dokąd zabrano chłopca. Herod był wściekły. Wysłał ludzi, aby znaleźli Józefa i Marię. Na szczęście Zachariasz dowiedział się o tych poszukiwaniach i Józef ukrył Jezusa u swoich krewnych.

Szpiedzy Heroda tropili Jezusa ponad rok. Kiedy poszukiwania nie przynosiły skutków, zdesperowany władca zlecił metodyczne przeszukania każdego domu w Betlejem. I choć Herod nie był najmądrzejszym, czy w ogóle najnormalniejszym z włodarzy, determinacji nie można mu odmówić. Chciał mieć pewność, że dziecko — przyszły „król Żydów” — nie pozbawi go tronu. Wszyscy chłopcy w wieku poniżej 2 lat mieli zostać zabici.

Jednak nawet na dworze Heroda byli tacy, którzy wierzyli w Mesjasza. Ktoś uprzedził więc Zachariasza, a ten ostrzegł Józefa. W noc przed masakrą Józef i Maria uciekli z Jezusem z Betlejem do Aleksandrii w Egipcie. Zostali tam dwa lata. Do Betlejem wrócili dopiero po śmierci Heroda.

Tamtego feralnego dnia, w połowie października 6 r. p.n.e., w Betlejem zginęło szesnastu chłopców.