Bóg, chłopiec do bicia

B

Popatrzył w lustro i stwierdził: „Stworzę ich na własne podobieństwo”. Pyk; oto my. Po drodze było jeszcze wyłamywanie żebra, intrygi, bratobójstwo; prawdopodobnie kazirodztwo. Ale jesteśmy. Niedoskonali jak doskonały Bóg.

Jakby coś, to Bóg jest miłością. Dlatego może się wydawać, powtarzam, tylko wydawać się, że jest zazdrosny, zmienny i kapryśny; mściwy i nieobliczalny. Nigdy nie wiadomo kiedy Bóg postanowi uprzykrzyć życie swoim owieczkom. A jeśli go wkurzymy, bez wahania wytnie nas w pień (i nie uratuje kangurów).

Uogólniając — w żadnym wypadku nie wolno ci marnować czasu na nieczczenie Boga. Jeżeli robisz cokolwiek innego, a nie daj Bóg, jeszcze sprawia ci to jakąś przyjemność, szanse, że oberwiesz, graniczą z pewnością. Sztuką, rozrywką, a przede wszystkim nauką, para się diabeł. Seks? Wykluczony. Chyba że taki w niezręcznej atmosferze i z presją spłodzenia potomstwa.

Oprócz tego zawsze powinieneś się bać. Nie zapominaj, że masz swobodny wybór: albo obrzędy, albo Bóg skaże cię na wieczne, nieprzerwane męki. Bez presji. Być może zażąda życia twoich bliskich. Czemu miałby nie? Bez powodu, na podpuchę, albo żeby wygrać zakład. „Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorszy, to pewne, że nie zasługujesz na mnie, kiedy jestem najlepszy”.

Bóg jest także sprawiedliwy. Dlatego wybiera sobie ulubieńców. Lepiej nie mieć tutaj pecha. Jeśli urodziłeś się w niewłaściwym miejscu i nie miałeś okazji zapoznać się z prawidłowymi interpretacjami jedynej wartościowej książki, spędzisz nieskończoność w cierpieniach. A gdy podpadniesz jego ludziom… Wytępi ciebie, twoich bliskich i bliskich twoich bliskich. Klęski żywiołowe, anomalie natury. Tu nie ma żartów. Nigdy nie wiesz kiedy (ani za co) niebo spadnie ci na łeb.

Żebyś zrozumiał i sam przekonał się, że w oczach Boga wszyscy są równi, on wskazał tych od ciebie lepszych i mądrzejszych, aby przemawiali w jego imieniu. Najpierw zapisali jego słowa, potem dostali polecenie, ażeby nigdy ich nie zmieniać. Jak nakazał, tak też zrobili, i robią do dzisiaj; przecież by cię nie okłamali. Teraz, co nie podlega dyskusji, to oni najlepiej wiedzą, co Bóg miał na myśli. Słuchaj więc, co mówią ci święci ludzie. Żebyś nie truł niepotrzebnie Bogu dupy, módl się do nich; albo do tych różnych figurek czy innych obrazków, do których uznają, że trzeba. Im też świnio opowiadaj, coś pobroił. Chyba że wolisz spłonąć w garze ze smołą. Twój wybór.

Pamiętaj, że tylko Bóg jest Bogiem. A zatem nie wolno ci oddawać boskiej czci rzeczom materialnym ani, broń Boże, innym ludziom! Chyba że mowa o jego ziomkach. Oni nie są Bogiem, a że nie wolno czcić nikogo poza Bogiem, ich możesz; wręcz powinieneś. Gloryfikowanie dewocjonaliów również jest kategorycznie zabronione. Chyba że są fajne. Fajne są te, które mu się podobają. A podobają mu się jedynie te wskazane przez jego ludzi.

Tak nawiasem to i tak rodzisz się z wyrokiem. Bóg cię stworzył, a ty co? Ledwo zaczerpniesz pierwszego oddechu i od razu grzeszysz bezbożniku! Z tego powodu, przez ciebie musiał poświęcić życie swojego jedynego syna. To super człowiek był; tym bardziej go szkoda. I to twoja wina.

Dostałeś od Boga wolną wolę. Rób, więc co uważasz za słuszne, ale wyłącznie to, na co (aktualnie) zezwalają jego ludzie. A jakbyś miał co do swoich wyborów wątpliwości, bez obaw — i tak niczego nie zmienią — wszystko było i jest już dawno ustalone.

Poza tym? Ciesz się! Bóg w swojej mądrości dał nam cały wszechświat. Że niby po co nam, skoro nie jesteśmy w stanie go ogarnąć nawet naszą bujną wyobraźnią? Szczegóły. Tak daje nam znać, że jesteśmy dla niego jedyni i najważniejsi; tak powiedział. Wszyscy jesteśmy wyjątkowi, wybrani i najmądrzejsi. Oprócz tych, co mieli pecha, tych, którzy podpadli jego ludziom, tych, co to nie chcą być im posłuszni oraz wszystkich tych, co śmią wątpić w ich nakazy i zakazy (i oprócz gejów). Miej na uwadze, że ta cała zgraja innych bogów to zwykła ściema, a ich wyznawcy, w imię miłości, równości i braterstwa ludzkości, zdechną w udręce.

Jeśli miałeś farta, jeżeli będziesz posłuszny, niełamliwy (i hojny) Bóg zabierze cię do siebie — do nieba; więc zaciśnij zęby i przemęcz się. Potem, po śmierci, nie będziesz musieć robić już nic. Nieźle, nie? Wieczny chill i zajebistość. Jedyne co, to masz się słuchać i zbierać pieczątki.

Bóg głosi wszem wobec i każdemu z osobna:
„Te wszystkie technologiczne pierdoły, które powymyślacie, są złe. Nie po to macie wybór, aby się modlić, żeby ci, którzy i tak będą się smażyć w piekle, mogli was leczyć i być napędem postępu. To nie po bożemu. Ma być tak jak w książce, a jak coś się sypnie, to powiedzcie, że to tylko przenośnia.

Nie zawahajcie się przed niczym (przed niczym!), głosząc miłość bliźniego i nieskończoną dobroć waszego ojca.

Aha. W piątek nie wolno wam jeść mięsa.

Pamiętajcie — piekło zmieści was wszystkich”.

O czym wszyscy wiedzą

Dowaliłem się do Biblii tylko dlatego, że jako tako ją znam. Jestem jednak przekonany, że we wszystkich świętych księgach — a przede wszystkim w interpretacjach tych ksiąg — bez problemu dałoby radę wyszukać analogiczne niedorzeczności. Jednoznaczne wskazanie dogmatów jednej, konkretnej religii jako tych najgłupszych, to nie lada wyzwanie.

Wyobrażam sobie taką scenkę. Na podłodze leży skulony wierny. Ze strachu szklą mu się oczy; jakby szukał pomocy, sięgając dłońmi ku górze. Na jego twarzy widzę nadzieję, spod której prześwituje upokorzenie. Jak u bitego psa, który kwiląc z bólu, czeka, żeby za moment, merdając ogonem znów łasić się do swojego pana, który akurat jest katem. Wierny z jednej strony ma nad sobą księdza z Biblią zamiast bata; ten plując, pokrzykuje coś w dół z nieznoszącą sprzeciwu groźną miną. Naprzeciwko duchownego stoi rozpromieniony, schludnie ubrany świecki; wskazuje palcem na wijącego się pośrodku człowieka i pęka ze śmiechu.

W strachu łatwo udawać, że tego nie widzimy. W rzeczywistości o wiele trudniej ukryć, że to, co powypisywano w Biblii, ma coraz mniej sensu. Nie może już być mowy choćby o pozorach spójności czy konsekwencji. Obraz i charakter Boga opisanego w Piśmie Świętym jest zmienny; jego zachowanie trudno kategorycznie nazwać dobrym i sprawiedliwym. Gdy weźmiemy Biblię jako całość, przedstawiona tam miłość Boga oraz jego motywacje nie są tak czyste, jak próbuje się nam wmówić.

Szybko też zauważono, że twórcy Ewangelii chętnie pożyczali teksty napisane przez ludzi niezwiązanych z przedstawianym przez nich Bogiem, a potem uznawali za swoje. Rażą ewidentne ograniczenia — świat tych pism zawężony jest do miejsc, które autor miał możliwość odwiedzić. Ówcześni ludzie nie mogli wiedzieć o pewnych rzeczach, więc o nich nie pisali; o pewnych sprawach chcieliby wiedzieć; o innych byli przekonani (wierzyli), że wiedzą. Czytając Biblię, wierny jest co najwyżej zdezorientowany.

I tu pojawia się on! Ksiądz na białym rumaku — „Ja wiem wszystko. Jeżeli chcesz mieć nadzieję na życie wieczne, musisz mnie słuchać”.

Naukowe dowody stopniowo, acz systematycznie podważają wiarygodność coraz większej części opisanych w Piśmie Świętym historii i zjawisk. Kościołowi to nie przeszkadza. Niezmiennie miota się, kłamie i manipuluje wiernymi, byleby mit nieomylności księgi — więc ich pozycji — pozostał nienaruszony. W tym wszystkim już nie chodzi o samą Ewangelię tak bardzo, jak o jej jedyną i najwłaściwszą interpretację. Kapłani wiją się, kombinują, zmieniają zdanie, co nieco przemilczą, gdy to wygodne. Momentami wygląda to jak desperacka walka o utrzymanie władzy oraz status quo. Kościół katolicki nierozłącznie i od lat związany jest z pieniędzmi i polityką. Czasami wygląda to jak prężenie muskułów. „Zobacz, ilu nas jest. Patrz, co możemy. Albo jesteś z nami, albo przeciwko nam”.

Napisano o tym wszystkim już bardzo wiele; rzetelniej ode mnie. Każdy dzień może przynieść kolejne powody, aby stwierdzić, że z Biblią, taką jak wciskają nam przedstawiciele związków wyznaniowych, jest coś nie w porządku. Możesz być ateistą, agnostykiem albo praktykującym wiernym, ale kiedy zdajesz sobie sprawę, że interpretacja może być naciągana, wiesz, że tym samym może być też szkodliwa.

Zdziwiony?

Nie można powiedzieć, że Pismo Święte jest bezwartościowe. W całej swojej niedorzeczności dotyka również tematów ważnych, uniwersalnych. Biblia z wielowymiarową siłą wpływa na ludzkość. Nawet zupełnie odrywając ją od Boga, spokojnie można uznać niektóre jej teksty za natchnione; choćby wyłącznie literacko. Wpływ Ewangelii na obecną rzeczywistość jest niezaprzeczalny (niekoniecznie wyłącznie dobry). Naprawdę nie wiem skąd tylu zdumionych, że kilku cwaniaków zrobiło sobie z tego biznes. Dziwne raczej by było, gdyby nikt na to nie wpadł.

Dla nas — ludzi, nie ma nietykalnych tematów. Udajemy, że jest inaczej, ale to zawsze będzie tylko rżnięcie głupa. Zarabiamy na handlu ludźmi, dziećmi; wszczynamy wojny, aby utrzymać się przy władzy; nakręcamy fortuny kosztem cudzego zdrowia. Korupcja, niszczenie życia bliskich fałszywymi oskarżeniami, handel czystym powietrzem i 2 zł za to, żeby móc się odlać. Jeżeli istnieje szczyt skurwysyństwa, zawsze znajdzie się ktoś, kto potraktuje to jak wyzwanie. Kiedy w rachubę wchodzą pieniądze i władza człowiek nie zna granicy przyzwoitości. Dlaczego religii miałoby to nie dotyczyć? Bo zasłania się dobrem i służbą bliźniemu? Bo twierdzi, że przemawia w imieniu Boga?

Gdy wiedza jest dostępna na wyciągniecie ręki, może budzić obawy fakt, że tylu ludzi mimo wszystko chce w te wszystkie wpychane im w gardło bzdury wciąż wierzyć. Tym bardziej bezwstydne jest wyrachowanie przedstawicieli Kościoła katolickiego. W żadnym wypadku nie chcę wszystkich ludzi związanych z Kościołem wrzucać do tego samego wora. Znam wielu dobrych i poczciwych ludzi mocno związanych z tą organizacją (nawet jeśli sami są omamieni). Aczkolwiek zgadzam się z tym, że należąc do grupy, reprezentują ją, a tym samym godzą się na poczynania jej najsłabszego ogniwa.

Kościół powinien być czysty jak łza. Dlatego każde budzące wątpliwości zachowanie jego władz oraz przedstawicieli powinno być publicznie piętnowane i surowo karane. To nie murarze ani celebryci. Od nich należy wymagać więcej.

Zauważam tutaj pewną analogię do Policji.
Policjant musi być wzorem. Kimś przy kim czuję się bezpiecznie i pewnie. Jego obowiązkiem jest sprawiedliwa oraz bezstronna ocena sytuacji, a reakcje muszą być stanowcze; nawet kosztem własnego zdrowia. Reputacja policjanta ma być nieskazitelna, a gdy złamie prawo, kara powinna być surowsza niż ta wymierzana zwykłemu Kowalskiemu za to samo przewinienie.

Wolno nam od księży, arcybiskupów czy innych hiperkardynałów oczekiwać szczególnego przestrzegania ich własnych (bożych) słów. To oni powinni nam służyć; nie tylko wzorem.

Robią to z taką samą pasją jak Policja.

Rzeczywistość weryfikuje idee, i to, że ktoś nazywa siebie sługą bożym, wcale nie oznacza, że nie może być podłym człowiekiem. Zresztą to sekty są najbardziej gównianym popisem bożej miłości. Między organizacją religijną a sektą jest taki sam dystans jak pomiędzy firmą MLM a piramidą finansową.

Warto stawiać im opór. Obnażanie kościelnej obłudy, niesprawiedliwości i przede wszystkim zła, jakie wyrządza w imię kochającego Boga to naprawdę szczytny cel. Księżom należy wytykać błędy i wskazywać dowody odkrywające ich kłamstwa. Nie możemy godzić się na role pacynek sterowanych zaklęciami z magicznej księgi; a tym bardziej dojnych krów. Jednocześnie jednak powinniśmy mieć na uwadze tych, którzy z jakichś powodów dali się złapać; części przecież nawet nie dano wyboru. Różnica jest subtelna, jednak ofiary sekt darzy się współczuciem, podczas gdy osoby religijne pogardą.

Nie jestem wojującym antyklerykałem ani obrońcą uciśnionych; jednak nie ukrywam swoich poglądów i zawsze będę wspierał antykościelne inicjatywy. Nie wszyscy wyznawcy są ofiarami. A nawet jeśli, to nie każdy chce wsparcia. Nie uważam, żeby kogokolwiek trzeba było ratować na siłę. To jak z ćpunami i alkoholikami — wymuszona pomoc nie przyniesie im trwałych efektów; ba, oni chętnie wykorzystają taką przysługę dla utrwalenia swojego nałogu.

Popychadło

Satysfakcja z udowodnienia nieistnienia Boga dzięki wypunktowaniu biblijnych idiotyzmów musi być jak radość z wygrania tytułu MMA, po tym, jak do walki wybrałeś sobie ryżego grubaska z podstawówki i spuściłeś mu (z kumplami), wpierdol po lekcjach.

Ateisto. Jesteś taki pro naukowy i inteligentny; jesteś ponad tym, więc musisz zdawać sobie sprawę, że ukazanie niedorzeczności Biblii nie wyklucza istnienia Boga. Książka nie jest dowodem na to, że Bóg istnieje. Jak więc chcesz za pomocą tej samej książki udowodnić, że Boga nie ma?

Ja rozumiem, ty nie wierzysz, wątpisz — na pewno masz ku temu swoje powody. A tamci i tak muszą zewsząd wciskać ci te religijne bzdury. Indoktrynują dzieci, przydzielają sobie dodatkowe prawa i wpychają te spasione łapska w politykę. Oślizłe rządy widzą jedynie słupki poparcia. Nie masz nawet wyboru. A wypisać z tego się nie da! Dla świętego spokoju zaciskasz wciąż zęby i gryziesz się w język, a mimo to cię atakują; potępiają i dyskryminują za inne (poparte logiką i dowodami!) zdanie. Czarodzieje w sukienkach bezczelnie pozują na piewców moralności i wszechstronne autorytety; a z tymi swoimi zaklęciami i na uzdrowicieli. To może być wkurwiające, to jest wkurwiające.

Nie zapominaj jednak, że z jednej strony masz perfidnych manipulatorów. Ludzi, którzy nie zawahają się ruszyć żadnej świętości (miłość, rodzina, życie i zdrowie) dla osiągnięcia korzyści; którzy pod przykrywką dobra oraz braterstwa, a za pomocą zastraszania oraz poczucia winy, trzymają w garści i bezwstydnie pasożytują na tych, którzy najbardziej im zaufali. Z drugiej zaś strony są ci zlęknieni, często prości, wierni. Oni nie rozumieją skomplikowanych odpowiedzi. Przytłacza ich niepewność; przeraża perspektywa malutkiej, nikomu niepotrzebnej drobinki. Im trudno zaakceptować niewiedzę. Dostali więc (lub im wtłoczono) to, czego tak bardzo im trzeba — Boga. Cóż z tego, że Biblia tak komplikuje jego obraz, że łatwiej by było załapać fizykę kwantową. Oni dostają prostą odpowiedź — wystarczy, że będą posłuszni. Tylko tyle wystarczy, by żyć wiecznie w raju.

Nie uważasz, że obie te grupy reprezentują nieco inny poziom niż ty? Oni dawno temu już ustalili, że rozsądek ich nie dotyczy. Jaką masz satysfakcję z kopania tego spasionego, rudego Boga? Przecież on nie istnieje. Jeżeli jesteś ateistą, jak chcesz udowodnić, że żadnego (każdego) Boga nie ma? To walka z wiatrakami. Szkoda na to twojej energii. Zastanów się, czy to, że wygrywasz na argumenty, z co poniektórymi opóźnionymi chrześcijanami spowoduje, że Bóg zniknie? Czy sprowadza się to prędzej do tego, że głównie wytykasz im, że są naiwnymi głąbami? To z kolei musi w nich budzić pewien dyskomfort, nie sądzisz?

Wiadomo, gdyby nie Bóg, nie byłoby religijnych kultów. Zatem gdy pozbędziemy się Boga, cała krzywda wyrządzona w jego imieniu nie będzie mieć już racji bytu. Zgoda, ale jako ateista, nie zapominaj, że Bóg nie istnieje. To jedna z marionetek do wystawienia; ty wybierasz tą ryżą, grubą (bo marne szanse, że odda) i ją lejesz.

Statystyka rzadko się myli. Ludzie prawie wszędzie i od zawsze jakoś tam wierzą w boga; nie zapowiada się, by to miało drastycznie się zmienić. Uduchowieni powiedzą, że to naturalny odzew na boskie wezwanie, ateiści, że to choroba psychiczna. Bez względu na przyczyny, jako ludzkość, wierzymy.

Wierzący każdej religii coś czują, cokolwiek to miałoby być; angażują się, tworzą (albo jest im stwarzany) obraz Boga. Ty atakujesz to naturalne (często spontaniczne) boskie poczucie (lub ich chorobę psychiczną). Jakich spodziewasz się rezultatów? Wyzdrowienia i przejrzenia na oczy? „Aha! Czyli to ja jestem po prostu głupi, a to, co czuję to moje niedorzeczne wymysły! Prawdopodobnie jestem chory psychicznie? Dzięki, stary! Potrzebowałem, żeby ktoś, traktując mnie protekcjonalnie, logicznie i jasno wyłożył mi, że całe swoje życie byłem zmanipulowanym głąbem. Tego mi brakowało. Od teraz, najpierw ot tak rzucę wszystkim, co mam i co mnie dotyczy, a potem o 180 stopni zmieniam swoje poglądy, kierując się na oświeconą ścieżkę nauki! Dzięki tobie mój przyjacielu świat stał się lepszy”. Tak to sobie wyobrażasz?

Bóg jest synonimem dobra; Bóg jest miłością, prawdą, rodziną. Hierarchowie Kościoła z premedytacją trudne dla siebie pytania przedstawiają jako zamach na Boga i wiarę. Co może bardziej utwierdzać w przekonaniach, niż konieczność bronienia ich w imię tego, co dla nas jest ważne? Atakując Boga, atakujesz dobro, miłość, prawdę i rodzinę. Atakujesz polskość! Gdy próbujesz, wszelakie ewentualne szczytne cele, jakie ci w trakcie przyświecają, przynoszą odwrotny skutek. Wróg wroga jest przyjacielem. Po jednej stronie stoisz (symboliczny) ty, atakujesz to, z czym wielu ludzi czuje się dobrze. Po drugiej stronie stoi (symboliczny) ksiądz, który agresywnie ustalając reguły, stawia siebie w roli obrońcy wszystkiego, co w życiu się liczy.

To nie Bóg jest problemem. Problemem jest człowiek, który uzurpując sobie prawo do przemawiania w jego imieniu, manipuluje dla własnych korzyści.

Daj pomyśleć

Czasem trudno siedzieć z założonymi rękami i patrzeć jak kilku cwaniaków, dla władzy i hajsu robi z nas wszystkich idiotów. Wiem, co czujesz. Tego nie wolno przemilczeć. Oni na to właśnie liczą. Szczególnie gdy sprzedajna władza, wraz z pokaźną częścią społeczeństwa służy im jak marionetki. Gdy poczujesz chęć naprawiania świata, a łatwo wyobrazić sobie lepszy świat bez dogmatycznych farmazonów, skieruj swoją energię w innym kierunku niż atak na Boga i wiarę. Jak sądzę, po to wojujesz, czyż nie? By coś zmienić na lepsze. Nie posądzam cię o egoistyczną przyjemność z okładania słabszego. Zgodzisz się, że inteligentnemu człowiekowi nie przystoi napawać się takim wątpliwym zwycięstwem?

Przyznaj przed sobą, w jakim celu inicjujesz temat religii (szczególnie w towarzystwie wyznawców)? By ich ośmieszyć? Wkurzyć? Pobożni ludzie często są przewrażliwieni na punkcie swojej wiary. Ubzdurali sobie, że tylko im wolno poruszać te tematy. Gdy osoba niewierząca (w to, co oni) taki poruszy, momentalnie zapala im się lampka („Oho! Lucyfer będzie mnie chciał odciągać od zbawienia!”) włączająca tryb agresywno-obronny. Zastanów się, z jakim zamiarem prowadzisz taką rozmowę; pomyśl, czym to się najczęściej kończy. Temat wiary, prędzej czy później sam się pojawia. Czy to z okazji świąt, wyborów czy kościelnych skandali, a jeżeli nie — tym lepiej dla wszystkich.

Da się uzasadnić niechęć do zinstytucjonalizowanego chrześcijaństwa (i każdej innej religii) bez ataku na Boga, bez kpin z wiary i bez personalnie skierowanej agresji. Nie trzeba uderzać w wartości, którymi Kościół katolicki twierdzi, że się kieruje; te są bezsprzecznie piękne. Wolno za to wzbudzać wątpliwości.

Zachęć do samodzielnej analizy, obudź nutkę zwątpienia. Nie co do istnienia Boga, nie co do zasadności wiary. Zakwestionuj kompetencje i bezinteresowność przedstawicieli religii. To skuteczniejsze niż drwiny.

Nie wciskaj niczego na siłę — nie jesteś wtedy lepszy od księdza. Nie udowodnisz błędów w myśleniu, a już na pewno nie na podstawie surowych liczb, ludziom, którzy życie podporządkowali wierze w coś nadnaturalnego. Mając Boga po swojej stronie, zawsze ustawią się wyżej niż ty. Jeżeli coś wydaje się niemożliwe, przeczy logice, jeśli godzi w fakty, wierny po prostu wyjaśni to boskimi czarami. Jak możesz być mądrzejszy od Boga? Nie przeskoczysz tego. Ale możesz zapytać, czy Kościół jest Bogiem? Jeżeli ty będziesz się wypowiadał w imieniu stwórcy, będziesz przekonywał, że właśnie tobie powiedział prawdę, że to ty wiesz lepiej od innych, będzie to piękna wiara w Boga czy grzech pychy? Historia chrześcijaństwa (i każdej innej religii) ma wiele zabawnych, wstydliwych, ale też obrzydliwych kart. Dziwnym trafem tym nikt nie chce się chwalić. Kościelni przywódcy chętnie przypominają o szlachetnych poświęceniach swoich przedstawicieli, o świadectwach potwierdzających ich bezinteresowną miłość do drugiego człowieka, jednak fakt, że równie często bywali głupimi albo — co gorsza — zwyczajnie złymi ludźmi, jakoś im umyka. Tutaj niezwykle ważny jest kontekst. To, że religijni ludzie u władzy bywali źli, nie oznacza, że wiara jest głupia, ani też, że wszyscy tacy są; to jedynie sygnał, że nawet oni mogą być słabi. Oni również się mylą. Skoro wtedy błądzili, jeżeli raz po raz zmieniają zdanie, jaką można mieć pewność, że i teraz nie są w błędzie? Człowiek nie może zrównywać się z Bogiem. Przyzna to każdy, kto wierzy. Czy to w porządku, jeśli niektórzy chcą sprawiać takie wrażenie? Możemy z taką pewnością wykrzykiwać, że zrozumieliśmy, więc o nieskończonym Bogu wiemy już wszystko?

Jeżeli chcesz porozmawiać o Bogu bądź otwarty na informację zwrotną. Nieważne jak bardzo byś chciał, nie udowodnisz, że Boga nie ma; przykro mi. Nie musisz wierzyć (szczególnie w to, co oni), ale kiedy jesteś zafiksowany na swojej pewności, że Boga nie ma, czym różnisz się od nieomylnego wyznawcy?

Nie ukrywaj swoich poglądów; wręcz przeciwnie. Daj jednak szansę przekonać do innych racji też siebie. Bądź ponad tym. Przyznaj, że możesz być w błędzie. Bo przyjmujesz taką opcję, co? Otwartość na odmienne spojrzenia zachęca do tego samego. Szanuję moją mamę, niezależnie czy i w co chce wierzyć, dlaczego miałbym nie szanować kogoś innego z takiego powodu? Wiadomo, nie ma sensu w rozmowie z agresywnym katolem. Taki człowiek zaślepiony jest strachem i nienawiścią; nic na to nie poradzimy. Jednak nie każdy wierzący jest tępakiem; nie każdy ateista ma rozum.

Zechciej być ciekawym, w co druga osoba wierzy. Zapytaj o subiektywne przemyślenia. Nie o to, co powiedział pan proboszcz, ale jak rozumie to ta konkretna osoba. Nikomu nie udowodnisz, że jest głupi. Od większości dowiesz się, jakimi wartościami się kierują.

Nie znam na pamięć Biblii; podobnie jak zdecydowana większość katolików. Mało kto zna. Kapłani twierdzą, że czytają co mszę, aby przybliżać ją wiernym i ułatwić zrozumienie. Żeby ci mogli zbliżyć się do Boga. W rzeczywistości wałkują wciąż te same cytaty, których karkołomne interpretacje pasują do aktualnej retoryki. Jakby całą, mniej wygodną i nie tak plastyczną resztę woleli przemilczeć. Taka manipulacja ma jednak drugie dno. Dzięki temu wierni są zwalniani z obycia z Biblią — ksiądz im przeczyta, co trzeba; wytłumaczy, co Bóg miał na myśli. To wygodne.

Ateiści mają z kolei tendencję do wykorzystywania Pisma Świętego w celu punktowania swoich racji. I dziwią się, że to nie działa.
Popisywanie się wiedzą głównie po to, by wykazać, że komuś innemu jej brak, w każdych okolicznościach jest nieprzyjemne; jeszcze bardziej, gdy strona niedouczona ma się za specjalistę. Nie twierdzę, że pozowanie na znawcę bez podstawowej wiedzy jest ok, chcę jedynie zaznaczyć, że opór w takiej sytuacji jest całkiem zrozumiały; tym bardziej, jeżeli komuś brakuje dystansu.

Bywa, że zasadność pewnych poglądów, których bronimy, dotrze do nas dopiero po głośnym ich wypowiedzeniu. Odparcie podżegającego argumentu raczej nie wzbudzi wątpliwości. Po raz kolejny — obrona prędzej utwierdza w przekonaniu o swojej racji. Wrażenie zaszczucia rodzi odruch obronny; prowokuje. Jednak kiedy samodzielnie, na głos zwerbalizujesz (i pozwolisz na to innym) to w co wierzysz, jest szansa, że obudzisz wątpliwości. Te są potężnym narzędziem.

Ewentualne powątpiewanie nie jest zwycięstwem jednej ze stron. Nie oczekuj niczyjego spektakularnego nawrócenia. Twój zwrot (choćby w stronę ateizmu) też nie był i nie będzie okraszony fajerwerkami i nagłą, teatralną przemianą. To spokojny, wewnętrzny, i co najważniejsze, osobisty proces. Wątpliwości są bardzo cierpliwe.

Tak abstrakcyjne zagadnienia, jak Bóg czy wiara nie mogą wikłać się w pojedynki na naukowe argumenty. Niech to jest niezobowiązująca wymiana myśli. Chcesz wzbudzić wątpliwości, zachęcić do samodzielnego myślenia, ale gdy ci się to uda wyskakujesz z „Aha! Mam cię debilu!”? O wątpiącym świadczy to tylko dobrze, o tobie wyłącznie źle.

Jest, który jest

Bóg istnieje; jako wszechobecny byt lub jako rezultat czyichś wewnętrznych czy psychicznych procesów. W obu wypadkach to człowiek nadaje sobie prawo do wypowiadania się w jego imieniu. Praktyki religijne nie są wiarą. Wynikają z niej, ale ich forma zależy wyłącznie od ludzi. Nie widzę nic złego w wierze (lub nie) w coś; w Boga, w niebo, wieczność. Problem pojawia się, kiedy wierzysz najpierw komuś, a potem uznajesz to za niepodważalną prawdę.

Kto jest hamulcem postępu? Kto podważa naukowe fakty? Kto w swej hipokryzji zbyt często jest źródłem cierpienia i niesprawiedliwości? Kto leczy różańcem? Kto w imię miłości grozi i krzywdzi? Bóg, czy zasłaniający się nim człowiek? Ja nie potrafię wskazać choćby jednej podłej rzeczy, za którą bezpośrednio odpowiedzialny jest Bóg, a ty?

Powiązanie materiały