Ateizm? A komu to potrzebne?

A

Ogrom nawarstwiających się definicji, które określają stosunek człowieka do Boga (i do wiary w Boga) może być kołujący. Przeważnie nie rozróżniamy katolików od chrześcijan, świadków Jehowy od Hare Kriszna, a co dopiero antyteistów od agnostyków. Im dalej na mapie świata, tym gorzej. Lekcje religii wprawdzie są w szkołach powszechne, jednak wyłącznie dociekliwi mają jakiekolwiek pojęcie o wierzeniach Azji czy Afryki (Nawiasem mówiąc, nie wiem czemu, te zajęcia nazywają się lekcjami religii. W Polsce ten przedmiot powinien nosić bardziej adekwatną nazwę w stylu: „Jedyne słuszne wierzenia i trochę o tych, co się mylą”). Taka wiedza, większości z nas, nie jest do niczego potrzebna. Podstawowy podział wystarczy: My — oni. Tym bardziej że poszerzanie społecznej świadomości religijnej nie jest na rękę grupie wyznaniowej, która u nas ma najwięcej wpływów.

Tematu ateizmu (i ateistów) powierzchownie dotykałem już kilkakrotnie: W tekście o chłopcu do bicia, gdy pisałem o wierze, o uczuciach religijnych oraz o własnym ateistycznym epizodzie. Tym razem skupię się w głównej mierze na nim.

Definicja

Ateizm, według Wikipedii to brak wiary w istnienie bogów, ewentualnie odrzucenie teizmu; także pogląd przeczący istnieniu sił nadprzyrodzonych i odrzucający wiarę w Boga. Ateizm może uznawać religię za nienaukową, sprzeczną z rozumem lub niepotrzebną.

U swoich podstaw, ateizm jest zdroworozsądkowym podejściem do panujących warunków; stanowiskiem, które faworyzuje naukę i możliwe do zweryfikowania dowody. Staje więc w opozycji do wszelakich cudownych religijnych naleciałości. Ateizm nie neguje występowania zjawisk odbieranych jako nadprzyrodzone, lecz definiuje je jako niewyjaśnione, bo jeszcze niezbadane (lub na ten moment niemożliwe do zbadania); nie toleruje wygodnych i łatwych odpowiedzi, a te, które zasłaniają się działaniami bogów, bez wątpienia takimi właśnie są. Ateizm jako pogląd idzie w parze z wątpliwościami oraz ze zdrową ciekawością i bezsprzecznie jest jednym z istotnych kół napędowych nauki. A co za tym idzie również rozwoju cywilizacji.

Ateizm jako idea, prawdopodobnie zaświtał niedługo po tym, jak homo sapiens odnalazł Boga. Nie jako alternatywa dla wiary, nie po to, żeby pozbyć się Boga, a już na pewno nie z inicjatywy złych mocy, które za wszelką cenę chcą odciągnąć od Stwórcy jego owieczki.

Wyobraźmy sobie równoległą rzeczywistość. Świat, w którym każdy dostaje niczym niezmącony wybór: Jeżeli czujesz, że tak trzeba — wierzysz, jeżeli nie, nikt nigdy nie będzie cię do tego zmuszał, nawet przekonywał. Od dziecka sam decydujesz czy chcesz uczestniczyć w nabożeństwach i czy przyjmujesz sakramenty. Religijne dogmaty nigdy nie wpływają na przepisy prawa, a kapłani nie są w żaden sposób uprzywilejowani — płacą podatki i ponoszą odpowiedzialność za swoją niekompetencję oraz wyrządzone szkody. Organizacje religijne mają takie same prawa i obowiązki jak firmy komercyjne, więc nie uświadczysz indoktrynacji w szkołach ani w urzędach. Ich działalność podlega niezależnym kontrolom mającym na celu wykrycie ewentualnych wewnętrznych nadużyć i manipulacji (szczególnie tych szkodliwych dla życia i zdrowia). Jakikolwiek twój wybór by nie był, nie jesteś w związku z nim dyskryminowany ani potępiany. To świat, w którym związek wyznaniowy nie różni się zbytnio od „Klubu Przyjaciół Kanarków” czy innego „Stowarzyszenia Graczy Dungeon & Dragons”.

Sądzę, że niewielu ludzi uzewnętrznia swój stosunek do kierownictwa klubów ornitologicznych ani do zasad, jakimi kierują się mistrzowie gry D&D. Niema ku temu powodów. Z prostej przyczyny: ani miłośnicy ptaków, ani fani fabularnych RPG nie wchodzą ludziom postronnym w paradę.

Ateizm, w moim odczuciu, u swych źródeł jest naturalnym oporem przed ograniczeniami wolności, których źródłem są religie i ich dogmaty. Wielu ateistów nie zdaje sobie sprawy, że to nie Bóg im przeszkadza (jak miałby, skoro nie istnieje?), a organizacje religijne, które dla władzy, wygody i pieniędzy się nim zasłaniają.

Zakładam, że jeżeli „Klub Przyjaciół Kanarków” wyewoluowałby w państwo w państwie; gdyby treserzy żółtych ptaszków mieli się za autorytety w każdej dziedzinie; gdyby ich cele i potrzeby były stawiane wyżej niż innych organizacji; gdyby walki członków klubu z aktywistami „Towarzystwa Wielbicieli Papug” zamieniały się w krwawe rzezie z tysiącami niewinnych ofiar; gdyby kanarkowcy wręcz zmuszali do zwiedzania ich wystaw i w szkołach wmawiali wyższość kanarków nad innym ptactwem; gdyby zapraszano ich do uczestnictwa w każdym publicznym wydarzeniu; gdyby wpływali na wyniki ogólnokrajowych wyborów i referendów; gdyby stali ponad prawem — sądzę, że wtedy też od dawna już istniałaby idea zrzeszająca ludzi, którzy ptakami po prostu się nie interesują i nie mają ochoty na każdym kroku czuć pierza.

Nie boję się, gdy ciemno jest!

Wolno nam gdybać jak istota niewiele bystrzejsza od zwierzęcia mogła wpaść na tak abstrakcyjny pomysł — wierzący powie, że to boskie objawienie, ateista, że odruch obronny psychiki w obliczu strachu i niewiedzy — faktem pozostaje, że skądś Boga wytrzasnęliśmy.

Instynktownie boimy się nieznanego. Nawet dzisiaj, kiedy wydarzy się coś zaskakującego, na co nie znajdujemy szybkiej, jednoznacznej odpowiedzi, czujemy podświadomy, trudny do opanowania rozsądkiem lęk. Czytelniku, jak ty byś się poczuł, będąc świadkiem np. takiego zjawiska (uwaga na głośną muzykę)?
Ludzkość od zawsze usiłuje kontrolować swoje środowisko — to jedna z wielu cech, które odróżniają nas od zwierząt. Zwierzęta dostosowują się do otoczenia, my je dla siebie przekształcamy. Jednak aby móc cokolwiek zmienić trzeba najpierw wiedzieć, jak to zrobić. Dlatego jesteśmy też ciekawscy i szukamy odpowiedzi na nurtujące nas pytania.

Niepewność dręczy; odpowiedzi, szczególne dotykające bezpośrednio naszego życia, uspokajają.

Wiele wskazuje na to, że religia ewolucyjna narodziła się mniej więcej w takich okolicznościach: Prymitywny człowiek, obserwując zjawiska zachodzące w naturze, pod presją ciągłego strachu o własne życie, w końcu sam siebie zwalnia z wysiłku intelektualnego — „Ten grom to głos Boga!”. Koniec tematu; można się rozejść.

Człowiek wnikliwy odrzuca takie wygodnictwo. Szuka zależności, drąży, stawia hipotezy, a gdy jest uparty i kiedy dać mu wystarczająco dużo czasu w końcu dowiaduje się, że pioruny to nic innego jak wyładowania elektryczne. To naturalnie rodzi szereg kolejnych pytań, ale taki naukowiec chętnie i na nie będzie szukał odpowiedzi. Zacofany wierzący ustali, że to, czego nie widać, a działa jest sprawką Boga; badacz udowodni, że źródła owego działania po prostu nie zauważamy gołym okiem. Wskazywanie Boga jako przyczyny niezrozumiałego jest najpierw wygodnictwem, a potem cwaniactwem.

Leniwy wierzący wciąż stoi w miejscu. Nie dowiedział się niczego nowego. Ciekawski poszukiwacz poszerzył swój światopogląd i co ważne, doszedł do logicznego wniosku: Skoro nie znalazł Boga w zjawiskach atmosferycznych, nie jest on też wskazanym przez religijnego niewidzialnym czynem, prawdopodobnie wcale nie istnieje; tym bardziej, kiedy raz po raz okazuje się, że to wierny się myli.
Gdy odpowiedzi są źródłem kolejnych pytań, wyznawca zawsze może odpowiedzieć na nie bogiem. Szczególnie kiedy nauka w końcu dociera do swoich aktualnych granic i nie zawsze jest w stanie od ręki udzielić zadowalających wyjaśnień. On wie od razu — to był (jest) Bóg; nauka nie jest do niczego nikomu potrzebna.

Powyższe przykłady obrazują jakim garbem dla człowieka dociekliwego (a zarazem dla świata) może być taki ograniczony bogobojny. Nie pomaga, sabotuje i z radością jeszcze wytknie palcem: „Taki z ciebie mędrzec, a nie wiesz”. Chętnie zapomina o swoich niedawnych błędnych pomysłach na Boga (lub — co gorsza — do tych błędów się zawzięcie nie przyznaje), za to zgrywa mądrzejszego — on przecież wszystko wie.

Naukowiec staje się ateistą (nawet jeśli o tym nie wie). Doskonale pamięta, ile razy obalał dowody, które wyznawca przedstawiał na istnienie Boga; osobiście nie potwierdził nawet jednego. Jak chyba każdy, on też ma granice, po przekroczeniu których nie uwierzy już w nic, co druga osoba ma do powiedzenia. Każdemu wolno się pomylić, raz, drugi, trzeci; niemniej jeżeli ktoś błądzi zawsze i od zawsze, a do tego jeszcze bezczelnie kłamie i wciąż kurczowo trzyma się swoich ściem, trudno traktować go poważnie.

Szaman

W międzyczasie w to wszystko wmieszał się szaman. Może był zbyt leniwy (albo zbyt głupi), żeby zostać naukowcem; może był bystry, ale chciwy u uległ ego. Koniec końców szaman postawił siebie w roli boskiego powiernika. Zaniepokojony piorunem człowiek potrzebował ukojenia. Szaman za niewielką opłatą (posłuszeństwo, przywileje i dobra materialne) mu je zaoferował.

Wyrachowany szaman miał świetny pomysł i orzekł (lub potwierdził przypuszczenia wierzącego), że gromami ciska Bóg. Żaden człowiek nie ma przecież takiej mocy. Odpowiedź zatem wydaje się całkiem logiczna — za głośnym hukiem i oślepiającym błyskiem stoi jakaś potężna siła. A że bywa jednocześnie przyczyną pożarów, zatem i strat i śmierci, zapewne jest celowa. Przerażony człowiek, aby nieco uspokoić swoje lęki, przyjmuje taką odpowiedź. Tym lepiej, że szaman udostępnia mu środki, by tę siłę jako tako kontrolować. Szaman został namaszczony, wie więcej — także czemu Bóg się złości na ludzi. Taka wymierzona w człowieka rozpierducha musi przecież być następstwem boskiego niezadowolenia. Teraz trzeba jedynie składać ofiary, żeby go przekupić, czasem poodprawiać jakieś tańce, by oddać mu cześć, albo codziennie recytować zaklęcia, aby go zaczarować, ale co najważniejsze, należy słuchać świętych poleceń szamana, aby Boga udobruchać. Jeżeli to wszystko jakimś cudem nie przyniesie pożądanych skutków, szaman wyjaśni, że ofiary były zbyt skromne, że wygibasy miały niewłaściwe choreografie, a modły wypowiadano ze słabym zaangażowaniem albo ze zbyt małą wiarą. No i tamci bezbożnicy ciągle są mu, czytaj Bogu, nieposłuszni. To dlatego ten wciąż i znowu jest rozgniewany. Kapryśna pogoda, jakość plonów, nieobliczalność zwierzyny, przypadki, choroby, katastrofy oraz zjawiska atmosferyczne były (są!) wdzięcznymi tematami do szamańskiej żonglerki.

Niebezpiecznie jest podważać kompetencje takiego szamana. Jeżeli rzeczywiście jest boskim powiernikiem, lekceważenie jego poleceń może jeszcze bardziej Boga wnerwić. Trzeba żyć wedle jego zaleceń, a dla pewności (i dobra ogółu) wykosić w pień wszystkich, którzy śmią szkodzić społeczności swoimi wątpliwościami. Przecież każdego, kto będzie zgrywał marudę, i tak spotka boska kara. A jak wiadomo, Bóg od samych swoich początków preferuje odpowiedzialność zbiorową. Szaman wyraził się jasno.

Szamani zręcznie odnajdywali się w zastanej rzeczywistości. Poznali smak władzy, siłę większości, ale również im udawało się czasem odkryć zależności w prawach natury. Tak manipulowali okolicznościami i wypadkami, aby do nich dopasować przekazywane wytyczne. Co rzecz jasna umacniało ich autorytet. Wielu z nich było inteligentnymi ludźmi. Gdy trafiali na podatny grunt, życie stawało się wygodne, łatwe i usiane przyjemnościami. To dzięki Bogu (czyli szamanom) panował dobrobyt. To przez niewierzących Bóg karcił trudami.

Szamani bardzo nie lubili naukowców-ateistów. Niby z jednej strony mogli obarczyć ich odpowiedzialnością za wszelakie plemienne nieszczęścia, jednak tamci i tak się wymądrzali, wytykając szamanom machlojki. Mogli przez nich swe przywileje i wygody łatwo stracić. Dzisiejsi księża z dumą kultywują tę szamańską tradycję.

Szamańska profesja, w obliczu rosnącej populacji ludzi, rozrasta się i przechodzi wiele metamorfoz. Stykanie się i mieszanie plemion (narodów) rodzi religijne konflikty. Kiedy łakomi wygodnego i dostatniego życia kapłani zauważyli, że walcząc między sobą o względy zagubionych owieczek, głównie je sobie komplikują, poszli na zmyślny kompromis — podzielą się zyskami i władzą. Co sprytniejsi, aby uniknąć zatargu z konkurencją, powołali do życia swoich, nowych bogów, a następnie ogłaszali siebie ich namiestnikami. Skoro ten bóg czegoś nie wymaga, to tamten na pewno tego chce; jeżeli nie osobiście to zasyłając swoich posłańców. Oczywiście to konkretny szaman miał najlepszą wiedzę o zaleceniach swojego boga. Bóg płodności zdradził swojemu nieomylnemu powiernikowi tajemnice zdrowia nienarodzonych dzieci; bóg wzburzonych wód swojemu sekrety bezpiecznej żeglugi; bóg wojny, za niewielką cenę, wstawi się za walczących w jego imieniu żołnierzy. Szamańskie wyrachowanie do dzisiaj nie ma granic przyzwoitości.

Czemu?

Wierzący niewiedzę od zarania dziejów uspokaja Bogiem — łatwo i od razu. Nie tym, to tamtym. Dogmaty religijne mieszają swoim spróchniałym kijem w poszerzającej się kałuży naszej wiedzy.
Bo tyle w gruncie rzeczy mamy — zamulone bajorko. Nie jesteśmy takimi gigantami wszechświata, jak nam się zdaje. Wypowiadanie się na temat świata z nieznoszącą sprzeciwu pewnością, może być co najwyżej urocze. Religie były i są hamulcem postępu, bo kiedy nauka nie wie, szaman zawsze zna odpowiedź.

– Wnerwiacie wciąż Boga, nie jesteście mu (mi) posłuszni, więc ten w swej furii ciska w nas gromami!
– Występowanie piorunów zależne jest od pogody, a te, same w sobie, są zwykłymi, bezspornie efektownymi, ale tylko wyładowaniami elektrycznymi.
– Wyładowania elektryczne i sama elektryczność jest mocą Boga!
– Elektryczność to oddziaływania cząstek posiadających ładunek elektryczny.
– Cząstki są boskie, tak Bóg włada światem i z nich właśnie nas ulepił!
– Cząstki to te fragmenty, z których składa się cały wszechświat, nie tylko my. Ich zachowanie potrafimy przewidzieć, a często nawet kontrolować.
– Na końcu tego wszechświata mieszka Bóg!
– …

Nauka stopniowo, acz systematycznie wytrąca z rąk szamanów kolejne boskie odpowiedzi. W żadnym wypadku nie przeszkadza to im wyciągać jak z rękawa kolejnych. Jak na moje oko może to tak wyglądać do czasu, aż nie dowiemy się wszystkiego o wszystkim. A to jeszcze trochę potrwa.

Spieranie się z szamanem podważającym autorytet nauki, jest jak dyskusja z upierdliwym przedszkolakiem, który znalazł słowo-klucz rozwiązujące wszystkie problemy.

– Musisz zjeść warzywa.
– Czemu?
– Bo są zdrowe.
– Czemu?
– Bo zawierają witaminy.
– Czemu?
– Bo takie wyrosły z ziemi.
– Czemu?
– Na Ziemi żyją ludzie, tacy jak ty, mama i tata, żyją zwierzątka takie jak Pimpek, ale też rośliny, takie jak ta zdrowa marchewka z witaminami.
– Czemu?
– Bo po wielkim wybuchu ewolu…, a dobra. Dawaj, zjem to za ciebie. Tylko ani słowa mamie!

Wspólny mianownik

Pionierem ateistą został nasz przodek, który jako pierwszy ośmielił się pytać: „Czy to na pewno Bóg?”. Ja chciałbym, aby zadał to pytanie natchniony ciekawością, ale niewykluczone, że padło ono, dopiero kiedy zwątpił w kompetencje swojego szamana. I to do dzisiaj nie uległo wielu zmianom. Ateiści nie akceptują magicznych odpowiedzi (więc też nie wierzą następcom szamanów), a sami nie natrafili na żaden przekonujący ich do wiary w Boga argument (lub impuls). Nie wierzą. Ani w niego, ani im. Szczególnie kiedy szamańskie nieporozumienia doprowadziły do powstania wielu przeczących sobie religii, z których chyba każda twierdzi, że jest tą jedyną prawdziwą.

Prawdziwa siła ateizmu wydaje się rosnąć wprost proporcjonalne do dystansu, jaki ateista ma do własnego stanowiska. Jeden nie wierzy w Boga, ten drugi (jakimś cudem) wie na pewno, że Bóg nie istnieje.

Czasem ateistą staje się człowiek, który został skrzywdzony przez sługę bożego jakiegoś wyznania; innym razem ktoś, kto nie uzyskał oczekiwanej pomocy od swojego Boga, więc uznał, że ten nie istnieje; ateistą może mianować się ktoś, kogo rozczarowały organizacje religijne. W zdecydowanej większości jednak ateista to ten, kto nie znalazł niczego, co mogło spowodować, aby uwierzył.

I fajnie by było, gdybym mógł tutaj skończyć. Niestety dzisiejszy ateizm zbyt często wygląda zupełnie jak religia. Na pewno nie z perspektywy założeń, organizacji, obowiązków, hierarchii czy praw. Na myśli mam raczej tworzących obraz całości ateistów — fanatyków swoich przekonań, religijnych oszołomów po drugiej stronie barykady. Samo nazwanie ateizmu religią wywołuje u nich ból odwłoka porównywalny do reakcji babci z różańcem, której ktoś zasugerował, że Karol Wojtyła nie jest święty. Ze społecznego lub psychologicznego punktu widzenia ateizm jest tam samo prostytuowany jak szczytne idee religii.

Ateizm oczywiście nie jest i nie może być nazywany religią. Choćby tylko dlatego, że jest jej konsekwencją. To jakby siniaka nazywać uderzeniem, katar mokrymi włosami, a rozwód zdradą. Każda argumentacja w stylu: „Ateizm jest religią, bo ateiści też wierzą, z tą różnicą, że zamiast w istnienie, wierzą w nieistnienie Boga” jest kompletnym idiotyzmem. Takie dyrdymały mogłyby mieć jakiś sens jedynie w rzeczywistości, w której Bóg jest bytem pewnym; udowodnionym naukowo. Dopiero tam, gdzie wszyscy wiedzą, że istnieje, ateista mógłby powiedzieć: „Ja wierzę, że Bóg nie istnieje”.

Niestety ateista, jak zafiksowany wierny, jest w stanie nienawidzić drugiego człowieka tylko z powodu odmiennych poglądów religijnych; i ateiście i wierzącemu często brakuje dystansu do własnych przekonań, gdyż równie mocno się z nimi identyfikują; obaj na siłę, wręcz z agresją będą je wciskać innym; bezrefleksyjnie i bezmyślnie wierzą ludziom (i książkom), których uznają za autorytety; i ci, i ci bywają bezpodstawnie, uparcie przekonani o swojej nieomylności; traktują siebie nawzajem z taką samą wyższością, pogardą i pobłażliwością; nie potrafią przyznać drugiej stronie nawet słusznej racji. Wierzący ma cytaty z Biblii, ateista naukowe definicje; jeden nosi na piersi krzyżyk, drugi koszulkę z napisem „Ojciec Ateusz”. Obaj chcą przynależeć i zaciekle będą bronić swoich. Mógłbym tak długo… Czasem, i to po obu stronach, wygląda to wszystko, jak lękliwa reakcja obronna przed dopuszczeniem do świadomości pytania: „A może jednak się mylę?”.

Oczywiście nie każdy wierzący (ateista) jest agresywny, ograniczany przez swe przekonania, nie każdy musi się z nimi obnosić i nie wszyscy czują misję naprawiania oponentów. Ale jak wielu ateistów (wierzących) potrafi się do swojej małostkowości przyznać?

Wspólnym mianownikiem religii i wiary są ich szczytne przesłania. A raczej to, jak często objawiają się w przyrodzie. Bo teraz działają pod tym samym sztandarem: „Ty nie patrz, co ja robię, ty słuchaj, co ja mówię”.