Jestem zwolennikiem aborcji na życzenie. Ot tak i bez uzasadnienia. Zanim jednak skreślisz mnie jako „potwora mordującego niewinne dzieci”, opcjonalnie, zanim przyklaśniesz „bratu walczącemu o wolność przy decydowaniu o własnym życiu”, przeczytaj, proszę, niniejszy tekst. Nie wszystko jest takie czarno-białe, jak co poniektórzy by sobie życzyli.
Przypominam, że moje przemyślenia nie muszą mieć nic wspólnego z rzeczywistością. Nie chcę nikogo przekonywać do zmiany stanowiska; nie angażuję się w ruchy proaborcyjne. Nie mam i nie planuję swoich dzieci. Nie jestem lekarzem, prawnikiem, socjologiem, psychologiem ani kaznodzieją. Choć poświęciłem tę stronę w największej mierze im, moje stanowisko nie wynika z Przekazów Urantii; nie udało mi się zresztą znaleźć w Księdze o aborcji nawet wzmianki.
Aby łatwiej było mi ogarnąć tak obszerny temat, postanowiłem przyjrzeć się argumentom, jakie padają w sporach o aborcję, a następnie do nich się odnieść. Będzie więc o religii, Kościele (stosunek Kościoła katolickiego do szeroko pojętej seksualności, jest jednym z tych elementów jego polityki, które najmocniej wpływają na moje antyklerykalne poglądy), prawie i o równości płci. Nie raz zboczę z tematu, a wszystko to podam w przejaskrawionym, subiektywnym sosie.
Definicja
Zgodnie z Wikipedią, aborcja to zamierzone zakończenie ciąży w wyniku interwencji zewnętrznej, np. działań lekarskich. Przeważnie w efekcie dochodzi do śmierci zarodka lub płodu.
Myślę, że taka definicja dostatecznie objaśnia, z czym mamy do czynienia, a słowo „zamierzone” nie pozostawia wątpliwości co do intencji kobiet, które podjęły decyzję o przerwaniu ciąży.
Na wstępie należy przywołać również stanowisko środowisk naukowych, zgodnie z którym do pewnego momentu (do około 12 tygodnia ciąży) płód nie ma rozwiniętego układu nerwowego ani kluczowych organów. Do tego czasu nie odczuwa więc bólu ani nie rejestruje żadnych sygnałów z zewnątrz; nie byłby też w stanie przeżyć poza łonem matki.
Aborcja jest grzechem
Najłatwiej zacząć, od moim zdaniem najbardziej absurdalnego, acz wśród wielu przeciwników aborcji najważniejszego (często jedynego) argumentu — religijnego.
Zdaję sobie sprawę, że przeciętny członek Kościoła katolickiego wręcz wymaga, aby dogmaty religijne dotykały elementów jego codziennego życia, a więc i wszelakich dylematów, jakie może napotkać. Takie religijne lenistwo jest bardzo wygodne. Rozumiem też, dlaczego organizacje religijne angażują się prowadzenie swoich owieczek. Biznes to biznes, a gdy w grze są pieniądze i wpływy, nie istnieją żadne świętości. I choć wciąż uczę się współczuć zmanipulowanym, którzy odrzucając swą godność, własną piersią chronią tych, którzy ich z wyrachowaniem wykorzystują, nie mam problemu z misją Kościoła i mu podobnych. Nie mam, dopóki jakiekolwiek prawdy religijne nie wchodzą z buciorami w życie niezainteresowanych nimi ludzi. A tak właśnie jest w tym przypadku.
Przywódcy religijni od zawsze wskazują, jakie zachowania są sprzeczne z doktryną ruchu, któremu przewodzą. To od nich zainteresowani dowiadują się o grzechach. Wytyczne te najczęściej wypływają z interpretacji boskich objawień i natchnionych przez Boga (bogów) tekstów. Rzecz jasna to ci sami przywódcy nieomylnie ustalają, które objawienia, teksty oraz które z interpretacji są natchnione; oni też najlepiej wiedzą, jaka kara dotknie niezdyscyplinowanych grzeszników. W konsekwencji zrzeszeni członkowie danej organizacji religijnej, aby uniknąć potępienia, powinni tych wskazanych zachowań unikać. Wierzę, że nie wolno mi czegoś robić, więc tego nie robię. Tak podpowiada prosta logika.
Wspólnoty religijne idą jednak zazwyczaj o krok dalej i przyznają sobie prawo do narzucania poglądów całej reszcie. Nawet jeśli ta reszta wierzy w coś zupełnie innego albo nie wierzy wcale, a więc nie chce i nie ma zamiaru być częścią ich społeczności. Egotyczne organizacje religijne takie jak Kościół katolicki (ale również te zrzeszające muzułmanów) tego typu zagrywkami się wręcz szczycą.
Doskonale znam ideę ewangelizacji, zgodnie z którą Kościół usiłuje nawracać zagubionych oraz dbać o swój lud. I choć wątpię, aby miało to wszystko wiele wspólnego z rzeczywistością, wolałbym, aby robił to, głosząc słowo boże zainteresowanym. Obecnie ewangelizacja opiera się raczej na przekupowaniu oślizłych polityków, aby paragrafami przymusili do przestrzegania kościelnych praw wszystkich obywateli. Nawet tych (albo przede wszystkim ich), którzy religią nie są wcale zainteresowani. Nawiasem mówiąc — to, że muzułmanie są w jakimkolwiek aspekcie gorsi, nigdy nie będzie usprawiedliwieniem. Dziś ten sam Kościół, który wśród wiernych wzbudza trwogę ekspansją islamu, w bardzo podobny sposób i także agresją (w tym wypadku legislacyjną) zachęca niewiernych do przestrzegania niezgodnych z ich poglądami praw. Ten problem dotyczy zresztą wielu innych aspektów życia, kiedy pod pretekstem ewangelizacji, Kościół siłą dyktuje dyskryminujące warunki i ordynarnie, kupcząc głosami wiernych, chce stanowić powszechne prawo.
Swobodny dostęp do aborcji nikogo nie zmusi do przerwania ciąży. Wierzę w katolickiego Boga, nie chcę grzeszyć, więc nie poddam się aborcji. Kropka. Według statystyk niezmiennie ponad 90% Polaków deklaruje przynależność do Kościoła katolickiego. Skąd więc poruszenie, jakoby przyzwolenie na aborcję, miało przynieść jakąś gigantyczną demograficzno-moralną katastrofę? Ustalmy — argument równi pochyłej nie ma wartości w dyskusji; nigdy. Tak jak nastolatki, nazajutrz po spaleniu jointa nie zaczną pompować się heroiną z HIV, tak nieskrępowany dostęp do aborcji nie doprowadzi do rekreacyjnego wydłubywania dziewięciomiesięcznych płodów zardzewiałym wieszakiem. A nawet jeśli, dlaczego miałoby to dotyczyć członków Kościoła katolickiego? Przecież zdecydowana większość kobiet nigdy nie podda się aborcji, gdyż należąc do wspólnoty, żyje zgodnie z jej przesłaniami, prawda? Reszta grzeszników i tak spłonie w piekle. Niezmiennie nie chcą, aby ich ratować.
Postulat wskazujący na konieczność prawnego zakazu aborcji, bo ta jest „obrazą Boga”, dla niewierzących będzie nie tylko irracjonalny, ale przede wszystkim dyskryminujący. Wierzącym natomiast taki zakaz jest zbędny — oni i bez przepisów prawa powinni kierować się kościelnym kompasem moralnym.
I ryby głosu nie mają
W tym miejscu musi pojawić się głos sprzeciwu, który zagrzmi, że darem z niebios jest każde życie. I, że obowiązkiem świętego Kościoła jest chronić wszystkie dzieci; nawet potomstwo straconych grzeszników!
Ochrona najsłabszych to chlubna intencja, a członkowie Kościoła rzeczywiście pomagają w bardzo wielu obszarach. I choć doceniam pozytywy takiego wsparcia, ubolewam, że wszystko to podszyte jest zatęchłą hipokryzją. Podobne wątpliwości mam, gdy mowa o ochronie nienarodzonych dzieci.
Może jestem zaślepiony niechęcią do kleru, ale nie mogę oprzeć się wrażeniu, że jego antyaborcyjna postawa może wynikać przede wszystkim z cwaniackich kalkulacji, gdzie każdy nowo narodzony wygląda jak potencjalne „co łaska” za chrzest, bierzmowanie, komunię, ślub i pogrzeb; jak wygodnie prezentujący się procent do statystyk i zdolny zmieniać układ sił politycznych wyborczy głos do zmanipulowania. Nigdy nie słyszałem o biskupach goszczących polityków w ramach dialogu o dodatkowym wsparciu dla najmłodszych ofiar przemocy i nadużyć. Nie zauważam kościelnej agitacji za zwiększeniem funduszy dla sierot czy upośledzonych; a na pewno nie tak agresywnej, jak w przypadku propagowania prawnego zakazu aborcji. Istnieją w Polsce (i poza europejsko-amerykańskim światem) miejsca, gdzie najmłodsi i najbardziej bezbronni faktycznie potrzebują pomocy, a ich opiekunowie takową przyjmą z ulgą. Jak wyglądałby świat, gdyby Kościół, zamiast siłą nawracać ludzi, którzy wolą sami wziąć odpowiedzialność za swoje decyzje, kierował swoje zasoby, fundusze i wpływy w stronę tych, którzy faktycznie cierpią i którym nikt nie chce pomagać? Nienarodzone dzieci nie potrafią zawalczyć o swoje, to prawda, ale te już płaczące Kościół katolicki z lekkością ignoruje. Jego polityka jako instytucji daje do zrumienia, że nie zależy mu tak bardzo na najmłodszych, którym już jest ciężko, jak na tych, którzy w przyszłości mogą zasilić jego armię.
Kto więc jak nie Kościół ma ratować nienarodzone dzieci? Odpowiedź jest oczywista — świadomi, zdecydowani rodzice. Za takimi jednak Kościół najwyraźniej nie przepada, gdyż z całą swoją zażartością walczy o (nie tylko) rodzicielską ignorancję.
Kosztem najmłodszych
Kościół katolicki obwołał się jedynym obrońcą życia. I choć rzeczywistość (w parze z historią) śmie temu przeczyć, to samozwańcze miano stało się uniwersalnym pretekstem do wpychania jego macek w edukację i politykę. Skoro walczy o najwyższe świętości, wolno mu.
I o ile zupełnie niedorzeczne jest wskazywanie grzechu jako wartościowego argumentu przeciw prawnemu przyzwoleniu na aborcję, chciałbym przy okazji zwrócić uwagę na inne odcienie wpływu kościelnej sekty. Bo mimo iż Kościół wciąż zasłania się szczytnymi ideami, sam przyczynia się do wzrostu (lub do utrzymania wysokiej) ilości przerywanych ciąż.
Antykoncepcja
Kościelny lęk przed seksualnością bywa zabawny. Wydawałoby się dorośli (i wydawałoby się, że zdrowi) ludzie, najpierw udają, że seksualność jakimś cudem ich nie dotyczy; następnie, robiąc mętlik w głowach tym, którzy im zaufali, czynią z niego grzeszny i obrzydliwy temat tabu, by finalnie, choć sami wcześniej ustalili, że nie chcą mieć z nim nic wspólnego, mianować się autorytetami i w tej dziedzinie; oraz we wszystkich pokrewnych.
Demonizowanie antykoncepcji, w czym Kościół katolicki jest niekwestionowanym liderem, jest jedną z głównych przyczyn pojawiania się niechcianych ciąż. To jest aż tak proste. Na aborcję decydują się przecież te kobiety (lub pary), które, uwaga, z jakichś powodów nie chcą mieć dzieci. Gdyby tylko istniały tanie i bezpieczne dla zdrowia sposoby na uniknięcie niechcianej ciąży…
Kościół jednak, w aurze obrońcy życia, niezmiennie rozpowszechnia (również w szkołach!) fałszywe informacje na temat zapładniania oraz metod zapobiegania ciąży. I o ile mógłbym zaakceptować stanowisko wskazujące, że nie powinno się przerywać ciąży, gdyż komórka jajowa już od pierwszej chwili po zapłodnieniu kształtuje potencjalnego człowieka, to kościelnych idiotyzmów, jakoby antykoncepcja miała być sprzeczna z wolą Boga, nie toleruję.
Kościół, głosząc bzdury w stylu: „Małżeństwo stosujące antykoncepcję skazuje siebie na wpływ szatana”, „Antykoncepcja oznacza zastrzeżenie, brak pełnej akceptacji drugiej osoby, jej cielesności i fizjologii. Rezygnacja z integralności aktu — okalecza go. Nie można wtedy ani osiągnąć, ani przeżyć pełni zjednoczenia” czy „Akt małżeński jest święty, a ingerencja w jego naturę jest świętokradztwem”, z wręcz idealnego środka zapobiegającego aborcjom, uczynił grzech ciężki.
Takie stanowisko (zresztą nie tylko to) nie ma umocowania w Biblii. Zakaz antykoncepcji wynika więc wyłącznie z widzimisię kościelnych hierarchów. Aby go uwiarygodnić, również przy tej okazji podważają fakty naukowe i bezczelnie osłabiają autorytet medycyny. Czy tak ma wyglądać ewangelizacja?
Przemilczę kwestię „kalendarzyka małżeńskiego”, bo trudno w ogóle nazywać go metodą zapobiegania ciąży. Kościół oczywiście pochwala jedyną pewną metodę antykoncepcji — całkowitą wstrzemięźliwość seksualną. To dobre miejsce, aby wspomnieć o jednej z najbardziej ignoranckich jego teorii. Fakt, skuteczność wstrzemięźliwości seksualnej jako środka antykoncepcyjnego jest stuprocentowa. Kościół jednak i przy tej okazji posiłkuje się manipulacją, zrównując popęd seksualny ze szczeniacką zachcianką.
Popędowi bliżej jednak do głodu niż do próżnego kaprysu. Nadmierna wstrzemięźliwość seksualna (tym bardziej że Kościół za grzech uznaje również masturbację), podobnie jak długotrwały głód, może narobić sporo krzywdy. I tym, którzy zbyt długo będą dusić w sobie te naturalne potrzeby — co niestety aż nazbyt wyraźnie widać w kapłańskich szeregach, ale przede wszystkim osobom postronnym, kiedy ci otumanieni niezaspokojonymi żądzami wychodzą na łowy. Głodzony człowiek słabnie i może szybko zgubić swoje człowieczeństwo. Seksualność to nie widzimisię; napięcia seksualnego nie budzi Belzebub. W kościelnej narracji jednak naturalny, zdrowy popęd seksualny stał się pierwotnym źródłem zła i ulubionym paliwem diabła.
W żadnym wypadku nie usprawiedliwiam gwałtów czy pedofilii, jako popędów nie do powstrzymania. Jestem zdania, że zdrowy człowiek potrafi kontrolować swoje mroczne instynkty, ale mam jednocześnie świadomość, że nie wszyscy są całkiem zdrowi. Tym bardziej że głoszone przez Kościół katolicki dyrdymały mogą takie schorzenia wręcz wywołać i potęgować. Demonizowanie naturalnych odruchów, w połączeniu z wszechobecną, wywołującą poczucie winy sekciarską presją może stać się źródłem uporczywych, wewnętrznych konfliktów seksualnej natury. Jeżeli już od dziecka i dalej, na każdym etapie rozwoju konsekwentnie słyszy się, że intymność jest grzechem, że grzechem jest zarówno masturbacja, jak i uczucie pożądania czy seksualne fantazje, nie trudno o bałagan w głowie w dorosłym życiu.
Odnoszę wrażenie, że dla ludzi Kościoła niechciane dzieci nie mają wielkiego znaczenia. Nie liczy się to czy będą kochane, a więc rzeczywiście szczęśliwe; nie jest istotne czy będą zdrowe; nieważne czy rodzina, w której się pojawiają, jest w stanie zapewnić im byt oraz właściwy rozwój; nie. Kościelnym priorytetem zdaje się wyłącznie ich ilość. Nie potrafię inaczej interpretować tak agresywnej i bezczelnej walki ze swobodnym dostępem do antykoncepcji. Nie istnieje przecież skuteczniejsza metoda ochrony przed niechcianą ciążą. Szczególnie gdy wsparta rzetelną edukacją seksualną.
Edukacja seksualna
Edukacja seksualna to jedna z wielu ofiar kościelnego wyrachowania. Wprawdzie to jedynie malutki front walk Kościoła katolickiego z godzącą w jego interesy nauką, w kontekście aborcji stanowi kolejną kroplę w morzu szamba. Kler z niebywałą zajadłością sabotuje wszelkie próby wprowadzenia do programu nauczania powszechnej, rzetelnej nauki na temat seksualności. Na to również sam sobie przyznał monopol; na wieki.
Wyobraź sobie, jak mogłaby się zmieniać świadomość dzieci i młodzieży, gdyby zawczasu przekazać im obiektywną wiedzę na temat współżycia, antykoncepcji, zapładniania, rodzicielstwa oraz odpowiedzialności, jaka za tym idzie; gdyby od najmłodszych lat oswajano ich i uczono rozmawiać o intymności, o szczerych potrzebach i faktycznych oczekiwaniach.
Osoby zaczynające dzisiaj współżyć, informacje na temat seksu uzyskują z internetu i od rówieśników; albo, nie daj Boże, od pana księdza. Teoretycznie to rodzice powinni przyuczać swoje dzieci, jednak ci katoliccy są zupełnie skrępowani i zgorszeni własną seksualnością; dziecięca ich tylko przeraża. Nie potrafią rozmawiać bez zawstydzenia nawet ze sobą, a co dopiero z dziećmi. Zresztą ich faktyczna wiedza często jest wątpliwa i pełna przesądów. Dlaczego tak jest? Bo ich edukacją seksualną zajmował się pan ksiądz lub pani katechetka. A ci z cielesności zrobili grzeszny temat tabu. Zaraz obok strachu, to wstyd jest najulubieńszym instrumentem kościelnej ewangelizacji.
Tylko wyedukowana, stopniowo oswajana z tematem młodzież, może świadomie rozważać ewentualne, przyszłe rodzicielstwo. Tacy wchodzący w dorosłość ludzie sami uznają czy i w jaki sposób chcą się zabezpieczać; będą znać ryzyko i konsekwencje przygodnych, pustych relacji. Wiedza, zarówno ta anatomiczna, jak i z obszaru związków międzyludzkich pozwoli im podejmować decyzje zgodne z ich wolą; decyzje obdarte z zabobonnego strachu i wtłoczonych, przeczących faktom przekonań. Również w kwestii aborcji. A kiedy już zdecydują się na rolę rodzica, bez krępacji przekażą tę wiedzę swojemu potomstwu. To jest aż takie proste.
Dzisiaj, wydawałoby się ogarnięci nastolatkowie, mają zupełnie idiotyczne poglądy na temat stosunków przerwanych czy dziewictwa jako metody antykoncepcji (i wiele, wiele innych). I o ile młodzieńcza głupota rządzi się swoimi prawami, to zakładanie rodzin przez dorosłych ludzi z tak ogromnymi brakami w podstawowej wiedzy o życiu i zdrowiu zakrawa na tragifarsę. Na szczęście nie leczymy się już piecowymi zdrowaśkami, aczkolwiek społeczne przyzwolenie na indoktrynację w atmosferze magii, wstydu i strachu wciąż zbiera swoje żniwo. To m.in. przez kościelne blokady przepływu wiedzy oraz dzięki kreowanej przez kapłanów atmosferze zakazanego owocu młodzież bezrefleksyjnie rucha się po kątach. A utrzymywanie, że ksiądz — mężczyzna, który nigdy nie był w dojrzałej relacji z kobietą — ma lepsze kwalifikacje, aby przekazywać wiedzę o intymnych związkach, niż wykształcony w tym kierunku pedagog, jest już zwykłą bezczelnością. Podobnie zresztą jak demonizowanie całego programu nauczania, gdy oswajanie najmłodszych z ich własną cielesnością kłamliwie sprowadzono do nauki grupowego samogwałtu pod dyktando podstarzałego transwestyty.
Wiedza o życiu, wynikająca z powszechnej (zgodnej z faktami naukowymi!) edukacji seksualnej jest, zaraz obok antykoncepcji, najmocniejszą bronią w walce z aborcją. Kościołowi jednak nie zależy na skuteczności, tak jak na samej walce; ba, nie zależy mu w ogóle na edukacji innej, niż jego jednowymiarowa indoktrynacja. Religijni przywódcy przyznali sobie wyłączność na głoszenie jedynej prawdy i matactwami taki stan rzeczy usiłują utrzymać. Zdali sobie sprawę, że przy korycie utrzymuje ich już tylko ignorancja wiernych i chciwość polityków.
A może i przy okazji, co poniektóre bezczelne bachory, gdyby zawczasu opowiedzieć im, jak wiele rzeczywistych krzywd może wyrządzić źle rozumiana bliskość, oduczyłyby się uwodzić Bogu ducha winnych kapłanów…
Powszechna edukacja seksualna niesie ze sobą zdecydowanie więcej korzyści niż tylko poprawę aborcyjnych statystyk.
Kościół ma rację — dzieci są bezbronne. Jego tabu takimi je czyni. Są bezbronne, ponieważ nie wiedzą, kiedy dorosły przekracza granice. Nie wiedzą, że w ogóle może je przekroczyć. Nikt z nimi o tym nigdy nie rozmawiał; bo to grzech. Świadomego zagrożeń malucha pedofil (murarz także) tak łatwo nie zmanipuluje ani nie zaszantażuje; dziecko już skrzywdzone będzie mieć mniej oporów, by o wszystkim opowiedzieć opiekunom.
Piętnowanie
Intymność jako grzeszna, obleśna zachcianka niesie ze sobą jeszcze jeden odcień ewangelizacyjnej indoktrynacji. Syndrom sztokholmski w sektach jest czymś wręcz pożądanym; widać to również w Kościele.
Żal mi tych wszystkich ludzi, którym Kościół przez lata powykrzywiał psychikę, wmawiając, że w konsekwencji naturalnych, nikomu nieszkodzących potrzeb i odruchów spłoną w piekle. Ich bowiem też przy okazji zaprzęgnął do roli psów ogrodnika. Zindoktrynowani rodzice, zamiast wspierać zdrowy rozwój swoich pociech, pod dyktando zaklęć kleru zapewniają im powtórkę własnych zgryzot. Zmieszani, pełni surrealistycznego poczucia winy, kojąc sumienie wypaczonym pojęciem troski, wtłaczają swoim dzieciom to, co im wtłoczono. Ze wstydem i lękiem tłumią pęczniejące wątpliwości; bronią i gloryfikują swoich oprawców. Tak im wmówiono i wierzą, że tak trzeba.
Mimo zawziętości Kościoła społeczne horyzonty stopniowo się poszerzają. Jednak młodzi, z dylematami seksualnej natury najczęściej i tak zostają zupełnie sami. Wstydzą się swoich rodziców. Tak samo, jak rodzice wstydzą się ich (i swoich rodziców). Rodziców również się boją. Kościół katolicki — obrońca rodziny i życia — błogosławi patologię piętnowania; piętnowaniem się trudni. Odpowiada za zniekształcony obraz rodziny, w której gusła wyniesiono ponad dobro dzieci. Kobiety z najbardziej konserwatywnych środowisk, w obliczu niechcianej, nieślubnej ciąży zostają bez wsparcia najbliższych. Boją się gniewu rodziców; nie potrafią znieść wstydu, jaki wraz z brzuchem niosą całej rodzinie. Są z tym same, a samotność sprzyja desperackim wyborom. Hańba dla rodziny czy cichy zabieg? I nawet nie jest kwestią to czy dziecko jest chciane, nie. Czasami decyzja zapada wyłącznie pod wpływem wszechogarniającego poczucia winy, o którym moherowe otoczenie nigdy nie pozwoli im zapomnieć. Dlatego przerywają ciążę; dlatego, zamiast zgłosić się do lekarza, ryzykują zdrowiem w ukraińskiej piwnicy; dlatego ciąże w ogóle ukrywają i dlatego porzucają noworodki na śmietnikach. Bo co powie pan proboszcz; bo jak babcia się teraz pokaże na mszy; bo nie tak tata wychowywał; bo sąsiadki będą gadać.
Spór z nauką
Kościołowi z nauką nigdy nie było po drodze. Odkrycia praw natury zbyt szybko i bezceremonialnie demaskują jego krętactwa. Dlatego też niezmiennie i przy każdej sposobności osiągnięcia nauki albo podważa, albo wypacza.
I choć od zawsze rozpowszechnia bzdury, Kościół ma prawo głosić i nauczać; trudno. Jednak brzydzi mnie, kiedy kapłani przekształcają swoje dogmaty (nie tylko te w sprawie aborcji, edukacji seksualnej i antykoncepcji) w naukowo-polityczno-prawny głos. Niech Kościół mocą Pisma Świętego napełnia ludzkie dusze; niech jego ludzie świecą przykładem. Obecnie głównie co, to się bogaci i usiłuje utrzymać polityczne wpływy, przy tym wszystkim stale podważając fakty naukowe. Tego typu bezczelne poczynania każdej organizacji religijnej muszą być ostro piętnowane.
To, u części zrzeszonych może wywołać kolejny konflikt. Tym razem pomiędzy tym, w co wierzą (czyli tym, co Kościół im przez lata wmówił), a faktami. Tacy ludzie mogą być potem skłonni, co do zasady, odrzucać wszystko, co nauka ma do zaoferowania. Księża przecież orzekli, że to szatańskie podstępy. I chociaż nie ma to bezpośredniego powiązania z aborcją, ciągła dyskusja na polu „od kiedy płód staje się człowiekiem” w dużej mierze przyczynia się do kołowania ludzi, którzy i w tym zamieszaniu stają się ofiarami kościelnej hipokryzji.
Organizacja, która od samych swoich początków kwestionuje, godzące w jej interesy odkrycia naukowe; która fałszuje dowody cudów i innych nadprzyrodzonych fenomenów; której przedstawiciele nieustannie głoszą dawno obalone mity, jest na tyle bezczelna, że pozuje na nieomylny, o zgrozo także naukowy, autorytet. Biorąc pod uwagę wyłącznie medycynę, Kościół zakazywał m.in. szczepień, transfuzji krwi, przeszczepów czy sekcji zwłok. Wszystkie te zabiegi w pewnym czasie były grzesznie, więc sprzeczne z niezmienną wolą Boga. Obecnie, tak jak wtedy — głosząc przeczące faktom naukowym tezy — demonizuje in vitro i antykoncepcję. A ta butna postawa nie dotyczy wyłącznie medycyny. Przypomnę, że Kościół do niedawna jeszcze przeczył odkryciom Kopernika, był przeciwny elektryczności, a i dzisiaj co poniektórzy jego przedstawiciele podważają teorię ewolucji.
Oczywiście wskazane jest ustalenie momentu, do którego aborcja zdrowego, niezagrażającego życiu matki zarodka jest przerwaniem ciąży, a od którego staje się uśmierceniem już ukształtowanego człowieka. Powinna jednak zająć się tym nauka; nie kler. Ja, zupełnie jak panowie księża, nie mam odpowiedniego wykształcenia, żeby rzucać konkretnymi liczbami. W przeciwieństwie do nich nie mam zamiaru tego robić. Niemniej pamiętam co nieco z lekcji biologii. Wiem np., że menstruacja to wydalanie komórki jajowej. Zatem obojętnie czy kobieta będzie stosować antykoncepcję, czy nie, jej niezapłodniona komórka jajowa i tak umrze. Uczono mnie też, że nocne polucje zawierają żywe plemniki, a te niewykorzystane i tak giną. I tu też obojętne jest czy mężczyzna się masturbuje, czy uprawia seks, czy żyje w celibacie — przeważająca cześć jego plemników obumrze. To grzeszne fakty z poziomu szkoły średniej.
Grzeszne DNA
Och, gdyby tylko ci mądrzejsi, oprócz wiary w czarodziejskie moce bielizny mieli w sobie, choć krztę zaufania w szarlatańskie fakty. Bo jeżeli na chwilę zapomnimy o pieniądzach, wpływach i wciąż ewoluującej moralności, okaże się, że powszechna aborcja powinna być im wyłącznie na rękę. Przecież każdy, kto z premedytacją pozbywa się potomstwa, wyklucza przy okazji własne geny z ogólnoświatowej puli; a więc i siebie. Gdyby zezwolić wszystkim grzesznikom i mordercom dzieci na dowolną ilość skrobanek, w końcu sami by się wyeliminowali! Zostałby sam święty, nadinteligentny kwiat narodu.
Hipokryzja
Organizacje religijne niezmiennie są siedliskiem nietolerancji i agresywnych podziałów. Sekciarskie poczucie przynależności do grona wybrańców łechcze ego zrzeszonych. Ustalili, że wiedzą więcej, dlatego też mają się za lepszych.
Hipokryzja środowisk religijnych nie znika, nawet jeżeli pominiemy pogardę, z jaką opętani dogmatami obrońcy życia odnoszą się do innowierców, krytyków czy mniejszości seksualnych; nawet kiedy pominiemy ich ksenofobię i ciągoty do dyktatury. Kościelna teoria antyaborcyjna argumentuje, że każde życie jest darem; praktyka pokazuje jednak, że to dane homoseksualistom, antyklerykałom i ateistom jakby trochę niechcianym. Zgodnie z tą samą teorią każdy człowiek niesie wartość; w praktyce jednak wszelkie osiągnięcia demaskujące religijną propagandę są wyłącznie szkodliwe. Usłyszymy, że dobry Bóg obdarzył nas wolą, abyśmy mogli samodzielnie decydować; okaże się jednak, że nasze wybory nie są grzeszne jedynie wtedy, gdy zgodne z jednowymiarową linią Kościoła. Bóg chce, a to, czego chce Bóg — dzieje się. Dlatego nie wolno ingerować w przebieg ciąży, stosować antykoncepcji ani zapładniać poprzez in-vitro. Dlatego zamiast do lekarza wysyłano nas na msze i dlatego nie wolno nam było się szczepić i przyjmować leków… Tak Bóg chciał. Ale już nie chce.
Aborcja jest przestępstwem
Przeciwnicy aborcji chętnie powołują się również na obowiązujące w Polsce prawo. Przerywanie ciąży powinno być prawnie zakazane, ponieważ jest prawnie zakazane… Faktycznie, aborcja na życzenie jest zabroniona, ale czy oznacza to, że prawa nie można zmienić? Albo, że wszystkie funkcjonujące przepisy są właściwe? Polityka ma to do siebie, że głównie udaje, że dba o ludzkie interesy. Tylko naiwny ignorant może wierzyć, że wszystkie obowiązujące w naszym kraju prawa są dobre i potrzebne. Tylko egoista będzie się upierał, że tylko te prawa, które on uznaje za odpowiednie, są ogółowi niezbędne.
Podobny argument widuję w dyskusjach na temat zasadności karania za obrazę uczuć religijnych — takie jest prawo, więc trzeba je konsekwentnie egzekwować. Nie. Należy wprowadzać, egzekwować, a przede wszystkim tak zmieniać już obowiązujące prawo, aby było aktualne, potrzebne i obiektywnie sprawiedliwe. Reszta przepisów jest niepotrzebna; a w rzeczywistości głównie szkodliwa.
Aby naród był uśmiechnięty, Ministerstwo Szczęścia może wprowadzić ustawowy zakaz wstawania lewą nogą. Ciekaw jestem czy i wtedy ci wszyscy domorośli prawnicy byliby skłonni z takim samym entuzjazmem bronić litery prawa, gdyby przyszło im co rano witać przy swoim łóżku urzędnika sprawdzającego, czy nie są bandytami. Nie trzeba zresztą aż tak abstrakcyjnych przykładów. Przepis zezwalający na jednopłciowe związki partnerskie błyskawicznie zrewidowałby katolickie umiłowanie do temidy.
I to nie jest tak, że wolałbym, aby kwestia aborcji nie była w ogóle regulowana prawnie. Bynajmniej. Nie jesteśmy gotowi, aby zostawić to naszym sumieniom. Odnoszę się do samej argumentacji, bo tutaj także, jak w przypadku granicy płód-człowiek, nie czuję się kompetentny ustalać jakie prawo byłoby najlepsze.
Dla dobra kraju
Politycy zawsze będą odzwierciedleniem ogółu społeczeństwa. Toż to nasi reprezentanci. Przekupni, obłudni, butni, bezczelni, mający się za lepszych. Tacy też jesteśmy my. Tacy też są hierarchowie Kościoła i biznesmeni. Niełatwo zresztą ich od siebie odróżnić. Polityk jest kaznodzieją, kapłan biznesmenem, a biznesmen politykiem; księża ingerują w politykę, politycy rozkręcają biznesy, a biznesmeni drenują religie. W polityce tak jak w religii — w pierwszej kolejności liczy się pieniądz. Jak w religii i biznesie, także polityka swą interesowność pudruje chlubnymi intencjami. Polityczno-finansowo-duchowa symbioza.
Intencją taką może być np. pobudzenie demografii. Po to rząd wprowadza programy socjalne i pomocowe; tak też czasami argumentuje się zasadność zakazu aborcji. Dla dobra kraju.
Ktoś nazwie to wszystko przedwyborczym przekupstwem; ktoś inny podważy propagandową (nie)skuteczność takich inicjatyw. Ja chciałbym zapytać o coś innego: Czemu ma nas być jeszcze więcej?
Mamy coraz mniej zasobów, mieszkań, wody, pożywienia i terenów zielonych. O przeludnieniu, zanieczyszczeniu powietrza, zmianach klimatycznych i ich apokaliptycznych następstwach grzmi się od wielu już lat. Stoimy w coraz większych korkach, do pociągów i autobusów coraz trudniej wcisnąć szpilkę; byłeś ostatnio na plaży? Mamy się mnożyć, ale żeby mieć nadzieję na miejsce w żłobku czy przedszkolu, dopisz dzieci do listy oczekujących jeszcze zanim w ogóle zaczniesz je planować; najlepiej też od razu zarejestruj je do wszelkich możliwych specjalistów. Wizyty u lekarza doczekają akurat, kiedy ze starości zaczną chorować.
Mamy się mnożyć, by mnożyć się mogły obstawiane prezesami, zastępcami prezesów i zastępcami ich zastępców, ministerstwa i agencje rządowe. Mamy się mnożyć, bo wadliwy system emerytalny bez stałego przyrostu produktywnych podatników w końcu zdechnie. Mamy się mnożyć, aby kapłańska elita nigdy nie musiała faktycznie pracować. Mamy się mnożyć, żeby oferujące nikomu niepotrzebne usługi, produkujące psujący się tydzień po wyjęciu z pudełka szmelc korporacje, mogły pączkować i puchnąć. Dla dobra kraju.
A co jakby ciebie usunęli?!
Kolejny argument przeciwnikom aborcji dyktuje ego. Wywodzi się z przeświadczenia, że to właśnie ja jestem kimś, bez kogo świat nie mógłby się obejść.
Z tym że niezbyt. Gdybym nigdy się nie urodził, nic znaczącego by się nie zmieniło. Zresztą nawet bym nie wiedział, że w ogóle mogłem żyć; bo niby skąd? Żadna strata. Ani dla mnie, ani dla świata.
Każdy człowiek w pewnym stopniu wpływa swoją obecnością na otoczenie; to prawda. Jednak wbrew temu, co podpowiada nam egoizm, z najszerszej perspektywy, wpływy te są praktycznie bez znaczenia. Cokolwiek robimy, czegokolwiek już nie zrobiliśmy, ktoś inny może zrobić to tak samo dobrze; albo i lepiej. Cokolwiek mielibyśmy stworzyć, jeżeli zajdzie taka potrzeba, i tak zostanie stworzone.
Proliferzy przywołujący argument „a chciałbyś, żeby ciebie usunęli?” nie mają wątpliwości co do swojej wyjątkowości. Są przekonani o niezmywalnym i wyłącznie pozytywnym piętnie, jakie odcisną na całej planecie. W końcu bronią najświętszych wartości. Wszystko to element głęboko zakorzenionego poczucia wyższości. Przeciwnik aborcji rzucający takim pytaniem nie kłopocze się (na pewno nie w pierwszej kolejności) losem nienarodzonych, a swoim. Paraliżuje go odpowiedź. „A co jakby mnie usunęli?”. No właśnie. Nic. Nie jesteś tak ważny, jak ci się zdaje. W konsekwencji takiego lęku wykluwa się fałszywe przekonanie, jakoby każdy człowiek, gdy tylko zaistnieje jako zygota, miał nieść ze sobą wartość dla społeczeństwa. W rzeczywistości takich jednostek jest promil. To zresztą ten sam egoistyczny zew, który nakazuje coś po sobie zostawić. Jakby to coś miało sprawić, że świat nie zapomni. A zapomni.
Kij ze mną, kij z Kowalskim. Co by było, gdyby usunięto takiego Einsteina? Też nic. Ktoś inny, może nieco później, ale w końcu odkryłby wszystko to, co słynny Albert. Żaden, nawet najwybitniejszy naukowiec niczego nowego nie tworzy, ani nie wymyśla; żadna jednostka nie jest niezastąpiona. To my — ludzkość, stopniowo i swoim tempem, odkrywamy to, co już od zawsze działało i jest. Wspólnie. A jeśli nie zrobimy tego dzisiaj, stanie się to za tysiąc lat. Einstein nie stworzył niczego samodzielnie. Pomogły mu przeszłe odkrycia oraz otoczenie, w jakim się rozwijał. Ponadprzeciętne jednostki są istotne, ale zakaz przerywania ciąż argumentowany absurdalną nadzieją, że z każdej może się taka urodzić, ma tyle samo sensu co postulat, aby jak najwięcej płodów usuwać, bo z każdego może wyrosnąć Hitler.
Moje ciało — moja decyzja
„Moje ciało — moja decyzja” to chyba najpopularniejszy (i często jedyny) argument kobiet — zwolenniczek łatwo dostępnej aborcji. I jeżeli popatrzeć na ciążę wyłącznie z ich perspektywy, może i jest uzasadniony. Przyjrzyjmy się jednak sprawie z perspektywy nieco szerszej.
Feminazim
To na ciało kobiety ciąża wywiera największy wpływ; na nim też może zostawić widoczne ślady. Fakt. Warto jednak zadać pytania uzupełniające: Czy tylko o ciało tu chodzi? Czy kobietom powinno zależeć przede wszystkim na nim? A jeżeli tak, jak to o nich świadczy? Kościelna sekta w stylu mistrzowskim wykoślawia rzeczywistość, jednak w walce o aborcyjną wolność strona przeciwna wcale jakoś mocno jej nie ustępuje.
Dzisiejszy ruch feministyczny nie ma już wiele wspólnego z ideami, które twierdzi, że mu przyświecają. Uwypuklanie feministycznych żądań (bo nie są to już postulaty), od jakiegoś czasu odbywa się w bardzo ordynarnym stylu. Do tego zdążyłem się już przyzwyczaić; taki urok feministów. W przypadku aborcji, oprócz tak urokliwej demonstracji sprzeciwu wobec ideologicznych ograniczeń wolności, z premedytacją ignorują pozostałe aspekty tego problemu.
Ciało ciałem, ale czy można udawać, że ciąża nie dotyczy przy okazji potencjalnego, rozwijającego się człowieka? Jasne — plemnik, komórka jajowa czy parotygodniowy płód człowiekiem nie są; ale gdy dać im odpowiednie warunki i czas… Przerwanie ciąży nigdy też nie będzie rutynowym zabiegiem, jak zwolennicy lubią go nazywać. Trudno zresztą porównywać aborcję do jakichkolwiek innych medycznych ingerencji, ponieważ żaden inny zabieg nie kończy potencjalnego ludzkiego życia. Płód to nie wyrostek robaczkowy ani uwierająca ósemka.
Tego typu argumentacje, zmierzające do zupełnego odczłowieczania ciąży, mają w sobie ten sam chory posmak fanatyzmu, co nadawanie zlepkowi komórek ludzkiej godności.
Co więcej, zapomina się przy okazji, że w cały ten proceder zawsze zamieszany jest ktoś jeszcze. Tak, tak; niespodzianka. Biologiczny ojciec nienarodzonego dziecka. Co z nim? Odpowiedź na to pytanie jest prosta, ale pachnie nieprzyjemnie…
Aborcja ekonomiczna
Jeżeli stosunek mężczyzny do rodzicielstwa, nie jest zbieżny z aktualną wolą jego partnerki, pozytywny wynik testu ciążowego stawia go na z góry przegranej pozycji. Nawet jeśli był przekonany, że wie czego się w takiej sytuacji spodziewać.
Kiedy kobieta zaufa nieodpowiedniemu mężczyźnie, ciążę może usunąć, ale nic nie stoi na przeszkodzie, żeby przez 25 lat cieszyła się finansowymi wpływami na konto; dla dziecka. Może korzystać z funduszu alimentacyjnego, może liczyć na wsparcie społeczeństwa, instytucji publicznych, religijnych, polityków, kiboli i kierowcy miejskiego autobusu, który wstanie i będzie klaskał, bo wzięła na siebie ciężar samotnego wychowywania bąbelka. Mężczyzna nie ma kontroli nad tym, czy partnerka nie zapomina o antykoncepcji, czy nie wyciąga z szuflady wybrakowanych prezerwatyw, albo czy w tej kwestii po prostu nie kłamie. I to jedna strona medalu bezpośrednio niezwiązana z aborcją, jednak nawet jeżeli przyszły ojciec całym sercem pragnie potomstwa, kobieta może ciążę usunąć, nie pytając nawet go o zdanie. Bo jej ciało — jej decyzja.
Jeżeli to mężczyzna zaufa nieodpowiedniej kobiecie, jest stracony. W przypadku kiedy decyzja kobiety co do zachowania ciąży nie będzie zgodna z tym, czego on oczekuje, nie przysługują mu żadne prawa.
Pragnie potomstwa, ale kobieta uzna, że woli ciążę przerwać? Sorry. Jej ciało — jej decyzja. Nie chce mieć dziecka, a mimo to partnerka postanowi je urodzić? Musi zacisnąć zęby. I płacić. Przez lata. I nie proporcjonalnie do przychodów, jakie uzyskuje, a w oparciu o możliwości zarobkowe i majątkowe. Jeżeli jest więc wykształconym pasjonatem-ogrodnikiem, wysokość ewentualnych alimentów nie zostanie wyliczona na podstawie jego rzeczywistych zysków ze sprzedanych pomidorów. Sąd wyliczy kwotę alimentów, biorąc pod uwagę jego hipotetyczne przychody, gdyby ten, zgodnie ze swoimi „możliwościami zarobkowymi i majątkowymi”, pracował jako inżynier w NASA. Jeżeli z jakichś powodów nie zarabia wcale albo nie doścignie swoich możliwości zarobkowych i majątkowych? Trudno. Ma płacić i tak. Pod rygorem więzienia (Art. 209 Kodeksu Karnego). A to nie koniec ciekawostek.
Nie umiem wyobrazić sobie łatwego przełamania impasu, kiedy mężczyzna chce dziecka, a kobieta nie. W odwrotnej sytuacji jednak coś na kształt „męskiej aborcji”, czyli w praktyce zarzeknięcie się potomstwa z wszystkimi tego konsekwencjami, udałoby się wprowadzić kilkoma ustawowymi paragrafami. Przy okazji kilka feministek mogłoby poznać definicje słów odpowiedzialność i równość.
W całej tej około aborcyjnej awanturze mężczyzna jest wyłącznie nosicielem spermy, bankomatem i jedynym sprawcą ciąży. Kobieta najczęściej zaś ofiarą i bohaterką. Bo my nie mamy uczuć, potrzeb, ani prawa do błędów.
Na zdrowie
Obrońcy życia, chcąc uwypuklić zagrożenia związane z przerywaniem ciąży, przywołują czasami przykłady poaborcyjnych powikłań. Zapominają jednak przy tym, że te zdrowotne występują najczęściej w następstwie zabiegów wykonywanych przez niekompetentnych ludzi w miejscach do tego nieprzeznaczonych i nieprzystosowanych. Czy gdyby dać kobietom łatwy dostęp do profesjonalnych klinik i wykształconego personelu, decydowałyby się na zabieg w piwnicy kolegi szwagra? Czy ryzykowałyby zdrowiem, gdyby nie bały się upokorzenia i wytykania palcami? Czy pseudo medycy od nielegalnych aborcji byliby komukolwiek wtedy potrzebni? Idąc dalej tym tokiem — w jakim stopniu radykalne obostrzenia prawne sprzyjają rozkwitowi podziemnego, aborcyjnego biznesu?
Hipokryzja katolickich środowisk pro-life wciąż zaskakuje. Z jednej strony kobiety skłonne poddać się aborcji uważa się za podludzkie służki Lucyfera, gdy z drugiej, troska o zdrowie tych samych kobiet staje się argumentem usprawiedliwiającym antyaborcyjne żądania. Nawet najprostsze zabiegi medyczne wiążą się z ryzykiem. Aborcja również. Brak świadomości takich zagrożeń wynika przede wszystkim z heroicznej walki Kościoła z dostępem do powszechnej edukacji seksualnej; a tradycja podkopywania autorytetu medycyny zbudowała ku temu solidne fundamenty.
Co z ewentualnymi poaborcyjnymi skutkami natury psychicznej? Z przeprowadzonych badań wynika, iż większość kobiet nie żałuje decyzji o przerwaniu ciąży. Szczególnie w krajach, gdzie Kościół nie ma wielkich wpływów, a zatem nie stygmatyzuje tych, które poddały się aborcji. Wiele wskazuje na to, że poaborcyjne zaburzenia psychiczne nie mają tak ścisłego związku z samym zabiegiem, jak z religijnymi manipulacjami, których kobiety od najmłodszych lat były ofiarami. Istnieje także druga strona tego medalu. I choć historia, która teraz przytoczę, nie ma bezpośredniego związku z aborcją, w niepokojący sposób ukazuje, jak Kościół katolicki kiereszuje psychikę wrażliwych ludzi.
Młoda, gorliwe wierząca w Kościół i Kościołowi kobieta zaszła w wyczekiwaną ciążę. Nie znam przyczyn, ale niestety doszło do poronienia. Od samego początku płód nie rozwijał się prawidłowo i w okolicach 7-8 tygodnia lekarze oznajmili, że jest martwy. Należy współczuć utraty oczekiwanego potomka, trudno jednak porównywać poronienie w 8 tygodniu ciąży do śmierci dziecka. A ta kobieta i jej mąż tak właśnie to odbierają. Najpierw zlecali badania DNA, aby określić płeć płodu i móc go ochrzcić. Bez chrztu ich dziecko skażone było przecież grzechem. Następnie zorganizowali ceremonię pogrzebową. Później przyszła pora na żałobę. Niedoszła matka jest zdruzgotana; jej mąż z łzami w oczach opowiada o tym, że umarło im dziecko. Dziecko. Dla nich nie było to poronienie, a śmierć dziecka. Wątpię, czy istnieje większe wyzwanie niż pochowanie własnego potomstwa, w tej historii mowa jednak o 8 tygodniowym płodzie. Wiara w Kościelne manipulacje tej pary jest tak wszechogarniająca, że tę dosyć powszechną stratę (do 80% poronień dochodzi w pierwszym trymestrze ciąży) opłakują, jak śmierć najbliższego członka rodziny. Napędzane zabobonami sakramentalne procedury ten smutek wyłącznie cementują. A co gdy dotrze do nich poczucie winy? Przecież Bóg mógł odebrać im to dziecko za karę…
Wyparcie
Zostając przy wątku szram na psychice, warto pamiętać, że człowiek dysponuje systemem obronnym — mechanizmem, który pomaga mu unikać psychicznego bólu.
Jesteśmy specjalistami od okłamywania samych siebie. Każdy z nas, w jakimś stopniu to robi. Z łatwością utwierdzamy się w przekonaniu, że nasze wybory były właściwe i najlepsze. Szczególnie tuż po podjęciu decyzji istotnych życiowo. Czy to w sprawach kierunku kształcenia, kariery, związków czy nawet tak prozaicznych, jak zakup samochodu czy sprzętu elektronicznego. Tak jak mało który ksiądz, choćby było to najszczerszą prawdą, przyzna przed sobą, że pójście do seminarium było błędem, tak i kobiety, które żałują poddania się aborcji, dzięki temu samemu mechanizmowi obronnemu mogą unikać zmierzenia się z rzeczywistymi konsekwencjami takiej decyzji. Bo odwrotu już nie ma. Świadomość pomyłki, której nie da się naprawić, a która definiuje resztę życia, mogłaby okazać się druzgocąca. Mając na uwadze ów system obronny, nie odważyłbym się uzasadniać przyzwolenia na aborcję przytoczonymi wcześniej statystykami.
Jakiekolwiek te statystyki by nie były — część kobiet żałuje. Aborcji, ale też macierzyństwa. Tu jak bumerang wraca idea świadomego rodzicielstwa. Ani przesądny, prymitywny strach, ani wstyd, ani też poczucie winy nie kreują świadomych rodziców; tym bardziej przymus. Dramaty nieprzystosowanych do roli matek kobiet, nienadających się na ojców mężczyzn oraz ich niechcianych dzieci, dla obrońców życia wciąż jednak są mniejszym złem niż rzetelna edukacja seksualna i dostęp do antykoncepcji.
Bądź sobą!
Religijno-kościelni fanatycy to jedna skrajność. Ja jednak jestem też zdania, że kobiety, które byłyby w stanie poddać się aborcji bez najmniejszej refleksji nad tą decyzją, pewną granicę również przekraczają. Szczególnie te, które z pełnym przekonaniem dzieci nie chcą mieć, ale nie stosują antykoncepcji; tym bardziej, kiedy frywolnie podchodzą do przygodnych stosunków seksualnych. Bo „jakby coś, to usunę”.
Skrajne odczłowieczanie ciąży jest jednym z odprysków impulsywnego konsumpcjonizmu i komercjalizacji seksualności. Gdy pruderia autorytetów oraz wszędobylska religijna presja tworzą aurę zakazanego owocu, naprzeciw młodym ludziom wychodzą korporacje. Gdy ci pierwsi chcieliby, żebyśmy wierzyli w czary i wiecznie rozzłoszczonych, rozkapryszonych bogów, drudzy wolą, żebyśmy uwierzyli, że liczy się wyłącznie to, ile możemy kupić oraz to jak wyglądamy. Kobiety nie potrzebują już charakterów ani opinii; mężczyźni nie muszą być odpowiedzialni i nie potrzebują pasji. Intymność i bliskość sprawdzone zostały do chwilowego pożądania, a wartość człowieka określą metki jego ubrań.
Mamy być sobą. Z tym że „bycie sobą” oznacza gonitwę za materialnymi zachciankami, które inni być może uznają za atrakcyjne. Podążanie za tym, co rzeczywiście nas pociąga, nie jest sexy. Sexy jest popularność i wypacykowany polik. Celem ambitnych ludzi nie jest już szczera samorealizacja. Jeżeli chcesz być sobą i być ambitny, musisz być lepszy od innych i wciąż się bogacić; a przynajmniej mieć więcej niż oni.
Jak każda indoktrynacja, ta również jest źródłem patologii. Gdy mowa o aborcji, ciąża może okazać się przeszkodą na drodze do wygrywania. Jak miałbym być sobą, kiedy będę musiał zadbać o dziecko? Co z moimi wygodami i wolnym czasem? Co z pieniędzmi? Skrajne, konsumpcyjne zapatrzenia w siebie zniechęca kobiety do rodzicielstwa. A zewsząd dowiadujemy się, że wartość ma wyłącznie wygląd, pieniądz i prestiż; nie ma tu miejsca dla pasożyta. Pasożyta trzeba się pozbyć.
Jeszcze ciekawiej się robi, kiedy do takiej osoby dotrze, że małe dziecko może być świetnym sposobem na promocję. Ona jest sobą, urodziła dziecko, więc z dnia na dzień mianuje się autorytetem; partentingową influencerką. Dziecko staje się wtedy kolejnym logiem — błyskotką, dzięki której postronni ludzie powinni dzielną mamę podziwiać i jej zazdrościć.
Egoizm nie ma granic. Ofiarami tego matczynego zawsze są dzieci. Niektóre matki potrafią gardzić bezdzietnymi kobietami; nawet innymi mamami, bo tamte np. nie rodziły naturalnie. Szczególnie tym, których przypadkowa ciąża była jedynym rzeczywistym osiągnięciem, potomstwo daje niezbywalne prawo do wywyższania się; jest też uniwersalnym usprawiedliwieniem braków w kulturze i wychowaniu.
Bycie mamą to bezsprzecznie zaszczytna i niełatwa rola. Wątpię jednak, żeby sama ciąża czyniła człowieka godnym tego miana.
Samodzielni
Przystało nam żyć w kraju, gdzie czary średniowiecznej sekty wpływają na każdą dziedzinę życia. Kościół katolicki otrzymał ciche przyzwolenie na wtrącanie się w obszary, które go nie dotyczą. Polityczne przekupstwa, podważanie nauki i zatruwanie edukacji nazwano duchowym przewodnictwem; rozwój duchowy sprowadzono do bezmyślnego posłuszeństwa kościelnym hierarchom. Gdy w grze są tak ogromne (choć na szczęście stopniowo malejące) wpływy, politykom jest to wyłącznie na rękę. Tym bardziej kreującym potrzeby i trendy korporacjom.
W Polsce najmłodszych najpierw się okłamuje, potem zastrasza, przez cały ten czas wywierając na nich kołującą, zabobonną presję. Media kuszą kolorem i seksapilem, gdy pruderyjny Kościół pod rękę z polityką konsekwentnie ogranicza im dostęp do wiedzy. Wchodząca w dorosłe życie młodzież jest skołowana i zagubiona; skonfliktowana z tym, w co wierzy, z tym, co czuje oraz z tym, jak siebie postrzega. Jak im rodzice, tak oni ten bagaż przekażą dalej. Nienarodzone dzieci są w tym wszystkim wyłącznie narzędziem; dobro, troska i miłość manipulacyjnym pustosłowiem.
Jestem zwolennikiem aborcji na życzenie. Ot tak i bez uzasadnienia. Jestem też przeciwnikiem aborcji. Bo mimo iż ciąża mojej dziewczyny byłaby niechciana, na pewno byśmy jej nie przerwali.
Niezależnie od tego, w co wierzysz, na kogo głosujesz i ile masz na koncie, obojętnie jaka by twoja decyzja w obliczu niechcianej ciąży nie była, to ty poniesiesz jej konsekwencje i tylko ty będziesz nosić jej brzemię. Nie ksiądz. Nie polityk. Nie prezes. Decyduj więc samodzielnie; i pozwól na to innym.
PS Dla dobra świata
Niezależnie od przytoczonych wyżej poglądów, jestem także zwolennikiem obowiązkowych, opłacanych z podatków i szczegółowych badań prenatalnych; a gdy te wykażą jakiekolwiek poważne wady, choroby czy uszkodzenia płodu, obligatoryjnych aborcji. Publiczna służba zdrowia powinna również wspierać pary mające trudności z zajściem w ciążę oraz zabiegi in-vitro. Ostatecznie, na bezwarunkową miłość czeka przecież tysiące sierot.
Grzech
Jak wygląda nasza religijność?
Argument równi pochyłej
Rządowy program leczenia bezpłodności nie działa?
Kościół i medycyna
Alimenty na dzieci – od czego zależy ich wysokość
Czy można odzyskać alimenty płacone na nieswoje dziecko?
Aborcja nie wywołuje traumy, a 95 proc. kobiet jej nie żałuje